Najnowsze komentarze
Panowie czyli na pierwsze moto ktm...
j-n-k: zdecydowanie polecam osobis...
Marcin Motormania właśnie się ukaz...
jazda-na-kuli do zdjęcia: -
Ja mam 178 i było ok
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

04.09.2014 20:00

Randka z Bombą Nuklearną.

Hayabusa dziewięć dziewięć oraz mała cebeerka.

    Każdy kij ma dwa końce. Jeśli chodzi o motocykle to sprawa jest banalnie prosta. Z jednej strony kija mamy motocykle najsłabsze i najmniejsze, a z drugiej te największe i najmocniejsze. Jak łatwo sie w tej chwili domyśleć dzisiaj będzie o tych drugich.

    Tak więc każdy z nas lubi zapierdalać. Może są i wyjątki, jak w każdej regule. Jednak wbrew społeczno-politycznej poprawności należy to przyznać. Jednak jest  pewna subtelna różnica w tym temacie, bowiem zapierdalanie nie dla każdego znaczy dokładnie to samo. Zwykle jest to kojarzone z jazdą na maxa w każdych warunkach, pałowanie z najwyższą mozliwa prędkością, czy to w mieście, czy poza nim, gdziekolwiek. Potrzeba cięgłego gonienia  jak najszybciej jak najmocniej, totalny imperatyw. Strasznie się cieszę, że to nie mój klimat, bo to bardzo niebezpieczne. U mnie oznacza to, nie mniej nie więcej jak brutalnie gwałtowne, szybkie rozpędzanie się do pewnej założonej przeze mnie prędkości. Dlatego mam taki motocykl jaki mam. A on posiada bardzo mocne przyłożenie w dolnym i środkowym zakresie obrotów. Góra obrotów mnie już tak nie ekscytuje, bo w sumie to nie jeżdżę za szybko. Jednak dla nie zorientowanych moimi osiągami kierowców puszek, mogę jawic się jako ''Ich Wariat Drogowy''. Dlatego, że wyprzedzam dynamicznie, nie potrzebuje dużo przestrzeni i hamuje skutecznie, mocno nabierajac i wytracając prędkośc na bardzo krótkim dystansie. Według mnie w miarę bezpiecznie wyprzedzam, dla nich - zapierdalam bez opamiętania.

    Sporo osób jeżdzi obecnie na 600-tkach  myśląc powoli o zmianie na coś mocniejszego. Zaczyna brakować mocy ,znam to, doskonale rozumiem. Sam ponad rok temu przechodziłem tą drogą. Chciałem kupic sobie Litra i śmigać. Oczywiście, krąży w okół Litrów ponure odium, więc  spodziewałem się iż najpierw połamie mi on nadgarstki, potem wyrwie ręce z barków i rzuci na pobocze jak zakrwawioną szmatę. Na koniec jeszcze powróci, obleje mnie swoja benzyną i podpali. Nie taki jednak diabeł  był straszny jak go malowali.

    Tak więc pewnego dnia zadzwonił do mnie mój kolega mieszkający dosyć daleko. Znamy się naprawdę długo, całe życie, niejedno razem wypiliśmy i przeżyliśmy. Oznajmił mi przez telefon, że kupił sobie Hayabyse. Zaproponował, że przyjedzie i będziemy sobie latac jak dawniej. Ucieszyłem sie niezmiernie i poczułem w dole żołądka znany ucisk. Poczułem, że na bank coś się tu wkrótce wydarzy.

    Jednak naszły mnie watpliwości, czy dobrze zrobił mój koleżka. On i Hayabusa to niezbyt fortunne połączenie. Nie chodzi o to, że on nie umie jeżdzic. Wprost przeciwnie. Umie za dobrze. Jeżdzi nawet nie wiem ile lat, ale zapewne o wiele dłużej ode mnie, miał parę poważnych kraks, wiele różnych motocykli. Ogarnia mnóstwo tematów związanych z motorami, to głównie on musiał cierpliwie odpowiadac na moje głupie pytania, kiedy kupowałem swój pierwszy motor. Oprócz Hayki ma jeszcze brudasa i jakieś turystyczne enduro. Radzi sobie bardzo dobrze na szosie jak i w  terenie. Sęk w tym, że za bardzo zapierdala on w mojej ocenie. Zawsze szedł jak wariat i nie znał żadnego lęku. Może nie było aż tak żle jak tu opisuję, ale ja tak to zapamiętałem powinien jeżdzic czymś, co nie przyspiesza aż tak radykalnie szybko. Stukonne, turystyczne enduro jest dla niego w sam raz idealne.

    No i Suzuki GSX 1300 Hayabusa. To moim zdaniem to najlepsze, co ta firma stworzyła. Jako pierwszy przekroczył barierę 300km/h. Stał sie żywą legendą i nic mu już tego nie odbierze. Napisano o nim już wszystko co można było napisac i powiedziano wszystko co można było powiedziec. W sieci są miliony filmów z jej udziałem. Stała sie jedną z ikon popkultury. Może jeszcze nie u nas , ale za oceanem na sto procent. Zwłaszcza w Japonii, byłem tam i widziałem na własne oczy.

   Tak więc termin spotkania sie zbliżał a ja rozmyślałem o potężnych Hyperbikach. Miałem już z nimi kontakt wcześniej, bowiem jechałem kiedyś zieloną Kawasaki ZX12R Ninja zwaną potocznie Dwunastką, z 2000-go roku, także niezablokowaną. Wiedziałem więc mniej wiecej czego się spodziewac, mimo, iż tamta jazda była dosyc krótka. Pamiętam dokładnie ciągłe zrywanie przyczepności tylnej opony jak chciałem niewprawnie odjechac spod dystrybutora z paliwem, lub wyjechac pod górkę. Pamiętam sposób w jaki Ninja osiągała 200km/h . Natychmiast. Bezkompromisowo. Gwałtownie. Nie było jednak za bardzo gdzie się rozpędzac wtedy, poza tym po 30 kilometach trasy straciła moc i się zjebała. Dobrze, że jakoś dokulałem się spowrotem, ale bardzo silne emocje towarzyszyły temu zdarzeniu. To była jazda próbna, a ja chciałem ją wtedy kupic

    Kolo ma byc w sobotę. Jestem przygotowany. Mam dla niego materac, żarcie i czystą pościel. Mam wódkę i browary. Miejsce na parkingu na jeszcze jeden sprzęt zaklepane. Pozostaje tylko czekac, aż usłyszę basowy łomot pod blokiem, zatrzęsą się szyby w moich oknach i w panice odlecą wszystkie ptaki w okolicy.

    R. przyjechał w sobotnie południe i zabawa się zaczęła.

    Parking. Podchodze do tego kultowego motocykla i uważnie go oglądam. To rocznik 1999, pierwsza, niezablokowana, legendarna. Nie ma map zapłonu, systemów wspomagajacych pracę kierowcy, nic. Tylko czystą moc. Moc bez rozumu. Widziałem jak jeżdżą i widziałem nówkę w salonie, ale to co innego zobaczyc tą surowo oryginalną, pokrytą kurzem z drogi i mającą już parenaście lat, na żywo. Jest niska, ale duża i ciężka. Nie powiem wygląda na to co potrafi, na pierwszy rzut oka. Mam wrażenie, że obcuję z czymś na prawdę potężnym. Własciwie to jest cała seryjna,  tylko ma racingowy wydech od samego silnika. R. odpala i po parkingu roznosi sie ponury pomruk. Odbija się od karoserii samochodów i ulatuje w zachmurzone niebo. Prawie dwieście koni na pokładzie. Przegazowałem i ziemia zatrzęsła się pod naszymi nogami a stojący nieopodal skuter Kymco o mało nie przewrócił się na ziemię.

    Miasto. Ja jadę pierwszy. Jestem wjeżdżony w swojego Zeta i znam tu każdą dziurę. R. nie to że zostaje w tyle w gęstym ruchu, ale nie jest tak blisko jak zwykle. Moc plastika, zwinnośc 600-tki i pozycja jak na supermoto powoduje, że na mojego Zeta w mieście nie ma bata. Nie ma huja na Mariolkę. Hayka jest cięższa, R. siedzi mniej wygodnie, niżej i ciężko mu skakac między puszkami. Do tego dziury, które Zet zaopatrzony w najszerszą w klasie kierownice i świetne zawieszenie sprawnie wybiera. Wyjeżdżamy na pustą prostą i  od razu zbieram baty. Śmieszne uczucie kręcic na maxa mocnym motocyklem i widziec jak gładko wyprzedza Cię z lewej skurwysyńsko mocny motocykl. Jednak na kolejnych światłach widzę, że Zetem wystrzelam szybciej. Żółte, wbijam jeden i od razu rura. R. zanim się pochyli ze swobodnie wyprostowanej pozycji do kierownicy na niskich clip-on'ach wbije jeden i ruszy kontrolując potężny moment traci cenne ułamki sekund.

    Jednak po chwili stajemy, zsiadam i podchodzę do Hayabusy.Czytałem gdzieś, że moje Kawasaki jest jak bomba, która zaraz wybuchnie. Jeśli tak, to Hayabusa jest jak ładunek nuklearny, explodujący białym blaskiem bezpośrednio w Twoją twarz. Jest jak zaklęty w kształt monument czystej energii. Czy jest ładna, to juz kwestia gustu. Stoi nieruchoma, a wygląda jakby pędziła autostradą.

    Autostrada. To tutaj na stacji benzynowej zamieniamy się motocyklami. R. znienacka wygłasza kwestie, która mnie troche dziwi, dlatego, że jakoś mi do niego nie pasuje. Słuchaj mówi, proszę Cię, żebyś nie odpierdalał za bardzo. Spróbuj sobie po lekku, wjeżdżij się, najwyżej jutro tu wrócimy. Kiwam głową, bo taki mam zamiar i spoglądam do góry na niego. Kurde, dziwne, czyżby to co zobaczyłem w jego oczach to był cień lęku o mnie ? Przecież R niczego się nie boi.

   Wyjeżdżam na autostradę. R mnie wyprzedza, a ja zaczynam pomału się rozpędzac. Jedynka, dwójka, trójka, lightowo sobię jadę. Spoglądam w dół na zegary. Ponad 200km/h. Rozwinęło się strasznie szybko, gładko i bezpiecznie. Spokojnie. Jak gdyby nigdy nic. Jak to zauważam, to wiem już, że to stanie się teraz. Jak Pitt skaczący wokół Willisa w 12 Małpkach w lobby szpitala psychiatrycznego. Nie pytaj gdzie Jimbob... tylko kiedy.. kiedy Jimbob,  teraz,  teraz,  teraz....Teraz !!!!! !

   To teraz jest ta chwila. Teraz. Zbijam do dwójki i odkręcam pełną pizdą. Hayabusa zabiera się tak ostro do roboty w kwestii przyspieszenia, że zaczynają dzwonic wszystkie amalgamatowe plomby z lat dziewięcdziesiątych, jakie mam w swoich zębach. Muszę się zatem bardziej poskładac, ukryc  za owiewką. Mijam dwie paki jakby nigdy nic. Potem 250km/h . Dla niej to żadna prędkośc. 270, 280, 290.. 300km/h !. Jest! We wskazówce mijającej 300km/h na wyskalowanym do absurdalnych trzystu pięcdziesięciu kilometrów na godzinę prędkościomierzu, jest dla mnie, motocyklisty coś magicznego. Ale ja rwie dalej, mimo, że powyżej 300 rozpędza się już trochę wolniej. 310km/h, na horyzoncie wyłania się bułgarski TIR jadący w tą sama stronę co ja. Zbliża sie zatrważająco szybko. Do tego zaczyna mi brakowac drogi, widzę ostry łuk w lewo i muszę pomału pomyślec o hamowaniu. Ostatnie spojrzenie na zegary. Wskazówka zbliża sie do 320km/h.

    Wieczorem idziemy na miasto napić się, coś zjeśc i pogadac o motocyklach. Fajna knajpa w centrum miasta, zamawiam piwo i jakąś tłustą pizze, a ziomek tatar posypany siekaną cebulą. Potem  cicho i w skupieniu znowu mówi coś dziwnego, co mi do niego nie pasuje. Że kiedy widział, jak na Zecie wchodzę między auta to o mało ze cztery razy nie dostał zawału serca.  Hę ? Coś tu nie gra, coś się zmieniło. Czy kolo mi  właśnie uzmysławia, że narażam swoje życie,  szaleję a ja przecież  staram się jeżdzic bardzo ostrożnie Ale, jak to czy on to naprawdę powiedział, czy za dużo wódy przyjąłem ? On ? A może to tylko on na siłę poważnieje - wbrew sobie, za szybko, jakoś nieporadnie ? Co sie z nim porobiło, przecież zawsze nienawidził jak ktoś zamula. Może to, że  ma już dwójkę dzieci go zmieniło ?, albo te trzydzieści parę lat na karku...nie mam pojęciam.

    Potem siedzimy u mnie na chacie i dobijamy się procentami. Mam bombę w trzy dupy.  Lecą jakieś fajne nostalgiczne kawałki z wczesniejszych lat, kapele jak Pantera , czy Pro-Pain. Zastanawiam się nad tym wszystkim jak i kiedy to się stało, że czas tak podstepnie wystrzelił do przodu. Czyżbym to ja przespał gdzieś te parę lat, a w międzyczasie wszyscy dorośli, stali się poważniejsi, ostrożniejsi, a świat poszedł naprzód ? Czy to ja teraz jeżdżę jak ten wariat i to ja jestem psychopatą -  takim jak kiedyś lata temu w moim czerwonym, dwugażnikowym Fiacie Ritmo, z nieodłączna fajką w zębach ? Przecież to niemożliwe, przecież ja cały czas uważam, obserwuję co robię... pomalutku i podstępnie w  mojej głowie zaczęło się nagle robic jakieś mistyczne zamieszanie tak jak w filmach Lyncha

    Mogłem jeszcze poprosic kumpla o następną przejażdżkę i próbować wrócić rano spowrotem na tamtą szeroką autostradę. Pociągnać jeszcze bardziej, jeszcze szybciej. Ale po tej szalonej jeżdzie już mi się nie chciało. To co zrobiłem dnia poprzedniego w kwestii prędkości maksymalnej to mi juz zupełnie wystarczyło. Teraz mogę sobie zwyczajnie, normalnie jeżdzic. Spuściłem ciśnienie, wrzuciłem na luz.

    Następnego dnia jeżdżę jeszcze sobie Hayabusą po mieście i okolicach a on gumuje z tyłu mojego Zeta. Mimo, że jestem jej bardzo wdzięczny za tą prędkośc z wczoraj, to jazda po mieście nie podoba mi się za specjalnie. Cały czas jeżdżę napięty jak baranie jaja i jest mi niewygodnie. Bak gniecie mi wora. Cały czas muszę zwracac uwagę na potężny moment obrotowy i żeby się gdzieś nie wyjebac. Jest taka jakaś toporna i nie skrętna ta ta Hayka. Ciężko mi się sensownie złożyc w zakręt, jakoś ciężko skręcic. Rozpędzam ją, ale co z tego, skoro zaraz muszę ostro hamowac. No a hamulce to ma niestety cieniutkie, muszę ściskac mocno klamę całą dłonią i deptac nogą prawie do przebicia podeszwy, żeby wyhamowac z tych przyspieszeń. Rozpędza się tak błyskawicznie, że od razu brakuje mi drogi. Nie mam czasu zachwycic się tym przyspieszeniem, bo ciągle się spinam, że mi coś wyskoczy i nie ogarnę. Stresuje mnie i nie bawię się za dobrze. Wymusza zwiększoną uwagę. A ja jak jeżdżę to nie chcę obsesyjnie uważac, tylko fajnie się bawic. Więc jak zsiadam z niej i gramolę się na Zeta, czuję ulgę. Kochany mój czarny motorek, ale na nim wygodnie - jak mięciutko i przyjemnie...

    To by było na tyle, tak to mniej więcej wszystko wyglądało.

    Jakieś ze dwa tygodnie póżniej zadzwoniłem do innego starego kumpla, niejakiego Ł. który ostatnio chciał się przejechac moim Zetem, mieliśmy tak gdzieś sobie pojeżdzic. Ł ma właśnie taką Hondę CBR 600 RR, 2004 więc jeszcze bez widelca USD. Motor ma jakieś stoparenaście koni i waży śmiesznie mało, coś około 170-ciu kilogramów.

    Przyznaję od razu, że dawno nie  jeżdziło mi się na niczym nowym tak fajnie jak na tej małej Cebeerce. W sumie, to zaskoczyła mnie zupełnie. Spodziewałem się bowiem słabego, starego zmęczonego plastika, z kiepskim momentem, na którym nic się nie dzieje. Myślałem, że na pewno  dupy mi nie urwie, a tutaj wydarzyło się coś zupełnie zaskakującego. Nagle stała się zabawna, świetna jazda dająca fantastyczną radośc z kręcenia silniczka pod sufit, kiedy wskazówka obotomierza ciągle biega po czerwonym polu, a motocykl zwinnie skacze z pasa na pas. Zwrotna, lekka - pasująca jak ulał. Jest  malusieńka, ale to w ogóle mi nie przeszkadza. Fajnie się bawię tą przejażdżką, w ogóle się nie nudzę. Mimo, że nie mogę jej porównac do innych tu opisanych parametrami technicznymi, czy moca silnika to prawie wygrała w jednej niezwykle ważnej dla mnie kategorii : Radośc z jazdy, w pełni ogarnialnej a zarazem sportowej i świeżej. Brawo konstruktorom za ten świetnie zaprojektowany, doskonały motocykl.

    W tamten weekend w ogóle nie poznałem zagadnienia jazdy na Hayce. Owszem zaznajomiłem się z nią ogólnie, ale jazdę to dupa tam poznałem. Ja tylko usiadłem na tym skomplikowanym, złożonym i magicznym motocyklu i ostrożnie dałem trochę po garnkach. Hayabusa, jak znudzona i chwilowo leniwa Anakonda dała mi łaskawie kawałek przejechac. Ale wiem, że jak tylko musnąłbym jej manetkę nie tak jak trzeba natychmiast poleciałbym w krzaki jak bezwartościowy strzęp.

    Reasumując to wszystko, nie ogarniam jeszcze chyba takich hyperbików jak Suzuki GSX 1300 Hayabusa, czy Kawasaki ZX12R Ninja. To jeszcze nie mój level. Pewnie dla starych wyjadaczy ta moc i moment na trasie, gdy jadą w dalekie podróże z pasażerem i pełnymi kuframi są zbawienne i uzależniająco przydatne. Założę się, że nie narzekają pewnie na nadmiar powera, który mi żółtodziobowi wydał się trochę przerostem formy nad treścią. . Ale jestem wdzięczny firmie Suzuki i kumplowi R  za tą jazdę jak cholera. Też taka trochę Jazda na Kuli to była, tylko na innej niż poprzednio. Na razie wyleczyła mnie z pragnienia posiadania jeszcze większej mocy pod sobą niż mam obecnie. Hayka pokazała swoją niezgrabnością i bezkompromisową brutalnością jaki w sumie wygodny i zestrojony pod moje potrzeby motocykl aktualnie posiadam.  Dlatego tak ważne, aby ciągle próbowac czegoś nowego, poszerzac swoją wiedzę jak tylko jest możliwośc. Żeby miec jakis punkt odniesienia. Żeby na ślepo nie zmieniac tego, co jest dla nas dobre. Bo lepsze jest wrogiem dobrego.

   Całe szczęście, że wtedy ta Dwunastka odmówiła posłuszeństwa i suma sumarum jej nie kupiłem. Gdybym zamiast niej kupił Hondę CBR 600 RR przypuszczam, że bawiłbym się o niebo lepiej.

 

 

    ''

Komentarze : 7
2014-09-22 13:25:13 Loco_Twostroke

Fantastycznie się czytało jakie doświadczenia z jazdy Hayką wyniosłeś. Nigdy nie miałem kontaktu z tą maszyną ale zastanawiam się - czy to że tak łatwo i szybko dochodzi do trzech paczek nie zabiera nieco z magii tej prędkości?

To coś jak porównanie hipersamochodów z Veyronem przez Maya w Top Gear - tam gdzie inne wozy trzęsły się jakby miały się zaraz rozpaść przy swoich granicznych prędkość, Veyron był spokojny jak jogin i to bardzo zwodniczo powodowało że nie odczuwało się prędkości. Czy twoje odczucia były podobne, czy magia przekroczenia 300 po raz pierwszy przyćmiła fakt że Hayka wydaje się tam docierać bez kłopotu?

2014-09-18 13:09:16 Katje

Tak, myślę, że ta dwójka dzieci może mieć coś wspólnego z zachowaniem Twojego R. - tak jak Niki Lauda w filmie "Rush" zobaczył twarz swojej żony przed oczami i postanowił zjechać z toru, tak samo Twój kumpel ma twarze swoich dzieci przed oczami i nie szarżuje jak kiedyś. To raczej normalne.

2014-09-05 20:58:18 okularbebe

Bardzo dobrze to ująłeś, aż się musiałem odezwać w komentarzach pierwszy raz od dawna. Dawaj więcej takich tekstów. Czytam wszystko

2014-09-05 16:59:24 left 4 dead

@ do mjk - dwunastka była w zbyt atrakcyjnej cenie i wisiała za długo na oto, co nie wróżyło nic dobrego. Jednak poszukiwałem akurat tego rocznika 2000-go, więc pojechałem tam moim Z750 rzucić na nią okiem. Pan był bardzo sympatyczny i mówi, żebym ruszył na drogę ocenić motocykl. Łańcuch był w stanie agonalnym, gumy łyse, ale sprzęt miał potencjał. Ruszam, wszystko fajnie chodzi, jadę na stację żeby zatankować honorowo. Potem wylatuje na trasę. Równy zdrowy, fajny ciąg, do momentu, kiedy tracę połowę mocy na środkowym pasie. Próbuje jakoś bezpiecznie wrócić na prawy, motocykl krztusi się, wskazówka leci w dół na łeb, na szyje a ja rozpaczliwie rozglądam się za zjazdem, żeby zrobić oberka. Wtedy sprzęt gaśnie, nie jest dobrze. Wyrzucam go na luza i przed światłami odpalam z pycha na dwójce. Budzi się do życia a ja trzymam mu obroty na wysokim poziomie. Dziadówa ma taka moc, albo słabe sprzęgło, że z wciśniętym wbijam ze stojaka jedynę a mimo sprzęgła Dwunastka wyrywa mi spod dupy jak rakieta. Powiem Ci, że pot lał się wtedy ze mnie strumieniami. Jednak 3mając wysokie, nierówne obroty i ślizgając sprzęgłem znowu wracam na trasę i delikatnie jadę z powrotem. Dokulałem się do gościa i tłumacze jaki jest motyw. Gasimy ją i odpalamy. Pali, ale po długim kręceniu i trzęsie się jak pudel w lodówce. Pan stwierdził, że iskrę na jakimś garze gdzieś gubi i że on to zrobi. Ale wiesz jak jest zniechęciło mnie to, co jest zrozumiałe. Może wtryski padały, albo jakaś inna droga mina tam była ukryta. Szkoda,bo fajna była, spróbuje dodac zdjęcie ze starej komórki na fotobloga obok wpisu. pozdro

2014-09-05 13:34:19 cantrell

Poziom językowy dostosowany do zainteresowań: mistrzowanie na prostej spod świateł.

Człowieku, ulica to nie tor, zabijesz siebie lub co gorsza kogoś... jedź na tor

2014-09-05 11:23:16 czytelnik

A po co tyle tych wulgaryzmów....?!

2014-09-05 10:14:39 mjk

Wiesz co było z tą 12?

  • Dodaj komentarz