Najnowsze komentarze
No tak, miałeś pecha. Beniu TRK 50...
Przejechałem na nowym(rok prod 200...
DominikNC do: 24 początek
I o to chodzi! Pozdrawiam!
Od powstania tego artykułu minęło ...
Cześć! Dopóki pojawia się tu jakiś...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

11.05.2024 10:45

Mołdawia

Откуда ты? Из Польши ? Очень хороший !

 

    Nie znam osobiście nikogo, kto był w Mołdawii. Dlatego, mimo że miałem parę innych opcji na majówkę, planów B których mógłbym użyć w razie braku sprzyjających warunków pogodowych na terenach niegdysiejszej Besarabii, to podróz do ojczyzny Mołdawian była dla mnie absolutnym priorytetem. Cieszyłem się na myśl o możliwości zwiedzenia tej tajemniczej krainy, która w sumie leży dosyć blisko od naszego miejsca zamieszkania. I nie jest członkiem Unii Europejskiej, choć uzyskała już status państwa ubiegającego się o członkostwo.

    Motocyklowego wypalenia, o którym wspominam tu na łamach na przestrzeni ostatnich lat, nie było ostatnio w ogóle. Zniknęło gdzieś. Pomysł z Mołdawią wyjątkowo mi siadł, widziałem w nim ogromny potencjał, przez co czekałem nań ze zniecierpliwieniem. Szykowałem się na samotną podróż do według niektórych  statystyk najbiedniejszego kraju w Europie. Tenerkę miałem świeżo po serwisie, więc całą energię skierowałem na poznanie kraju do którego miałem zamiar się wybrać. Kompletnie nie wiedziałem czego mam tam się spodziewać. Tabunów żebrzących, hord Cyganów w starych Zaporożcach spychających mnie do rowu, czy rosyjskiej agresji na każdym kroku.

    O Naddniestrzu i Gaugazji napisano już wszystko, wrzucę więc kilka innych faktów o których sam nie wiedziałem. Mołdawia jak wiadomo słynie z produkcji wina, jest tam mnóstwo winnic, z których najwieksza ma podziemne tunele o długości ponad stu kilometrów, gdzie można po nich jeździć nawet samochodem dostawczym. Południową granicę Polski z północną granicą Mołdawii dzieli w lini prostej trzysta siedemdziesiąt pięć kilometrów a część jej terytorium należało kiedyś do Królestwa Polskiego. Wojsko Polskie starło się z Armią Mołdawii w piętnastym wieku we wsi Obertyn,  gdzie za sprawą genialnego dowodzenia hetmana Tarnowskiego Polacy rozgromili trzykrotnie liczniejsze oddziały mołdawskie. Obowiązuje tam urzędowo język rumuński, ale w użyciu często napotykamy rosyjski wraz z pisaną cyrylicą. Lej mołdawski jest praktycznie nie do kupienia w naszym kraju, a przynajmniej w moim mieście. Przy czym jest czterokrotnie słabszy od Leja rumunskiego który w zakupie kosztuje u nas około jednej złotówki w zależności od kursu. Flagę mają prawie identyczną jak rumuńska, tylko jej środkowej części znajduje się cherb przedstawiający orła z łbem byka na klacie. Sami Mołdawianie są właściwie Rumunami i ich kraje też kiedyś były jednością. Obecnie część Mołdawian opowiada się za ponownym połączeniem z Rumunią.

      Republika Mołdawii jest państwem próbującym pobudzić międzynarodową turystykę, która szczerze mówiąc jest tam w opłakanym stanie, czytaj - prawie nikt tam nie przyjeżdża. W 2023 roku ziemię te odwiedziło 120 tysięcy turystów, gdy w tym samym roku do samego Krakowa przyjechało ich ... 4 miliony.

      Na kilka dni przed wyjazdem dowiaduję się że Multistrada 950 dołącza się do mojej wyprawy. Stosunek do tego mam neutralny.  Jak wiecie mam to ogromne szczęście, że uwielbiam podróżować także samotnie na motocyklu, co daje nieograniczoną niczym wolność. Jednak każda z tych opcji ma swoje plusy i minusy, a na tym wyjeździe było sporo takich plusów i wyszło to wspólne jeżdżenie naprawdę fajnie.

      Ruszamy z Bielska. Na Słowacji, przed zamkiem Spiskim zatrzymują nas nieoznakowani. Filtruję korek i przed czerwonym staję sobie spokojnie machnąwszy ręką w podzięce słowackim kierowcom za białym Dusterem, który stoi na pierwszej pozycji przed czerwonym światłem. Nie wiem, że Policja stoi za mną w srebrnej, co najmniej dziesięcioletniej podrdzewiałej Octawii. Kiedy zapala się zielone Multistrada zamiast spokojnie ruszać za mną idzie pełnym ogniem bokiem po elementach wyłączonych z ruchu białą farbą, wzniecając tumany kurzu i wyprzedzając Dustera po prawej na środku skrzyżowania. Słowacy wyskakują wyjątkowo nabuzowani że swojego radiowozu i krzyczą na wejściu 150€. Skończyło się na pokucie(mandat po słowacku) 50€ bo też byli motocyklistami i trochę udało się zbić ich ciśnienie. Mam przeczucie nieomal graniczące z pewnością,  że gdyby Multistrada ruszyła spokojnie za mną, stróżowie prawa machneliby na nas ręką.

      Węgry jak Węgry, przelatujemy dosyć szybko opcją z unikaniem autostrad, żeby nie płacić winiety. W tych czterech krajach przed które jedziemy tylko Węgry wymagają opłat od motocyklistów. Nieładnie tak. Mijamy też parę patroli, widać że lubią polować z radarem. Z Węgrami to jest w ogóle ciekawa historia, bo nikt w okół nie mówi ich językiem. To język z grupy ugrofińskich, pochodzi z Uralu i mówi się w nim tylko w kilku krajach, jak Finlandia czy Estonia. Niech wystarczy że powiem, iż Polska po węgiersku to nie Polsza/Polen/Poland czy Polonia, tylko  Lengyelorszag. Wegrowie nie są słowianami, przybyli tutaj ze wschodu, z Uralu właśnie.  Na stacji podchodzi do nas gościu z białego Ducato i wypytuje gdzie jedziemy. Mówi że jest z Rumunii, jeździ na motocyklu enduro, ale w Mołdawii jeszcze nigdy nie był. Hmm, nie jest to szczególnie dobra dla mnie  wiadomość. 

      Kraj Vlada Palownika jest już od miesiąca w strefie Schengen (weszła wraz z Bułgarią) ale na razie działa to tylko na lotniskach. Czwarty raz wjezdzam na terytorium ukochanej przeze mnie Rumunii, jest tam jeszcze trochę tej motoryzacyjnej swobody, którą pamiętam z dawnych czasów. Oczywiście, trzeba uważać na ryzyko utraty prawa jazdy przy wyprzedaniu na ciągłej, ale to trzeba już mieć wyjątkowego pecha, poza tym rumuńscy kierowcy tak zjezdzają na bok, że rzadko po liniach ciągłych się jeździ. Jak to mawia Mircea z Casa Iris, rumuńska policja nie patrzy na motorki z wnętrz swoich zakurzonych Daci. Nasza odprawa trwa krótko, i bez przygód dojeżdżamy na pierwszy nocleg. Mały, przyzwoity pensjonat że śniadaniem,  cena 90zł od osoby, choć z właścicielką można się dogadać jedynie w języku migowym.

      Wyjeżdżamy rano po siódmej i kierujemy się na przełom Bicazul. Wciąż towarzyszy nam piękna,  słoneczna pogoda. Wąwóz Bicaz bardzo fajny, choć wyobrażałem go sobie troszkę ciekawiej. Te budy z chińszczyzna,  które stoją w jego najciekawszej części przeniósłbym gdzie indziej. O wiele bardziej mi się podobał Kourtialotiko na Krecie, tam gdzie podmuch wiatru przewrócił mi wypożyczoną Tenere XT 660 i zwiał jedną rękawiczkę w przepaść. Tam byłem sam i był przez to bardziej niesamowity był klimat tamtego miejsca.

     Przed granicą taknujemy do pełna aby na jednym zbiorniku dojechać do hotelu w stolicy Kiszyniowie. Naczytalem się że może być problem z płaceniem kartą, a nadal nie wymieniliśmy Lejów rumuńskich na mołdawskie, na razie zostawiamy to na później. Wciskamy się na przód kolejki do przejścia granicznego, tam celnicy dodatkowo zabierają nasze prawa jazdy do wglądu. Podchodzi do nas jakiś strażnik z boku i pyta skąd jesteśmy i gdzie jedziemy. Mowię że do Mołdawii i że jako turist. Uwierzcie lub nie,  ale gościu na to parsknął śmiechem. Coraz bardziej mi się ta wyprawa podoba.

      Granica w Sculemi nie wygląda źle,  aktualnie jest w remoncie i powstaje nowoczesny obiekt. Na służbie młodzi celnicy z dobrym angielskim. To było dobre wrażenie numer jeden, choć przy granicy kręci się ze dwóch zniszczonych typów, ale wyglądają załośnie i niegrożnie (mimo że jeden w dłoni dzierży młotek).

     Od granicy jedziemy drogą jednojezdniową średniej jakości. Kierowcy, tak jak w Rumunii z daleka ostrzegają o policyjnych kontrolach. Później droga zamienią się w doskonale zachowaną trasę z dobrą infrastrukturą, kolorowymi znakami i czystymi poboczami. Ruch praktycznie zerowy. Mijane po drodze miejscowość wysprzątane i zadbane. Ludzie z zaciekawieniem spoglądają na nasze motocykle i nierzadko machają do nas tak jak ma to miejsce w  niektórych częściach Albanii.

    Od granicy do Kiszyniowa mamy około 150 kilometrów,  które pokonujemy bardzo szybko. Po drodze mijamy nowoczesne stacje benzynowe nieznanych nam brandów, gdzie Pb 95 kosztuje około 5zl za litr. Innych motocykli zero.  Docieramy do przedmieść Kiszyniowa od strony zachodniej. Wspaniała droga to zaskoczenie numer dwa.

    W pierwszym kontakcie miasto wygląda ciut inaczej niż metropolie wewnątrz Unii Europejskiej. Najpierw to rzucają się w oczy niebieskie trolejbusy starszego typu, ciężarowe Ziły i osobowe Łady, choć gdzie niegdzie przemknie też Porshe czy elektryczna Tesla. Arterie są szerokie, dwu, trzy pasmowe a na każdym semaforze wisi jakże pomocny sekundnik. Mijamy po lewej jezioro w centrum miasta, z plażą i udogodnieniami dla wypoczywających. Ruch jest płynny. Skuterów śladowe ilości, motocykli prawie wcale. Jest sympatycznie, ludzie siedzą przy stolikach kawiarnianych, jedzą posiłki w ogródkach restauracji. W mieście jest trzynaście parków, rzeczywiście jest tutaj bardzo zielono. Dobre wrazenie numer 3. Mamy środę, godziny późnego popołudnia. 

     Jazda po Kiszyniowie sprawia mi wielką przyjemność. Jadę po równiutkim asfalcie, wśród spokojnych i przewidywalnych manewrów lokalnych kierowców. Mijamy po drodze salony ogólnoświatowych marek, ale jest tu jednak jakby ciut inaczej. Na granicy wyłączyłem transmisję danych i do hotelu dolatujemy na mapach offline. Ciut przed nim widzę w lusterku, że w Multi spaliła się jedną żarówka świateł krótkich. Druga świeci. 

     Hotel nazywa się Klassik i jest kilka minut od ścisłego centrum. Wiodą do niego czyste ulice, bez hord cyganów, czy tabunów bezdomnych. Mimo że Mołdawia jest w europejskiej czołówce spożycia alkocholu na mieszkańca, a wino ma status zwykłego napoju ( nie jest uznane za alkohol) to nigdzie tego nie widać. Na murach prawie zerowe ilości grafitti, potężne post sowieckie bloki mieszają się uroczymi prawosławnymi cerkiewkami. Jest bardzo spokojnie.

     Pokój ze śniadaniem kosztował 180 zł za dobę przez booking, a 140 zł za następną wykupioną już na miejscu. W recepcji rozmawiamy płynnie po angielsku. Tenerka i Multistrada wjeżdżają na zamykany bramą dziedziniec po którym przechadza się fantastyczna ruda kotka. Wjeżdżamy na piętro nowoczesną winda, a nasze lokum jest naprawdę w przyzwoitym standarcie z WiFi, łazienką, telewizorem, lodówką i czajnikiem.

     Idziemy do centrum na kolację. Trafiamy na lokal Andy's ale o to akurat nietrudno, nawet chciałem tam sobie wstąpić. To kulinarna wizytówka stolicy, jest ich tam kilkanaście a w całym kraju kilkadziesiąt (są nawet w Naddniestrzu). Dodam jeszcze że powierzchnia całej Mołdawii równa się mniej więcej powierzchni województwa mazowieckiego. Kolacja była bardzo smaczna, a wraz z napojem kosztowała niespełna 30 zł na osobę. Kelnerka przy kasowaniu rachunku pyta nas skąd jesteśmy i proponuję że na jutrzejszej zmianie będzie jej kolega mówiący po polsku i jak coś to możemy się zwrócić do niego po pomoc, czy poradę.. 

     Wstępujemy do supermarketu sieci No1, bardzo dobrze wyposażonego, gdzie jak właściwie wszędzie w Mołdawii można płacić karticką po ichniemu kartą. Przykładowo pół litrowa butelka Finlandii, którą kupujemy kosztuje około 24 złote. To znaczy Bartek kupuje - stawia flachę i popitę za ten mandat u Słowaków. Przy wejściu do sklepu klęczy pani w średnim wieku i zadbanej odzieży i płacze prosząc przechodniów o jałmużnę. Serce się kraja na taki widok, u nas w Polsce w sumie już bardzo rzadki.

     Dzień ma się już ku zachodowi, wracamy więc na drinka do stoliczków na dziedzińcu, gdzie podziwiając motorki bawimy się z rudą kotką strażniczką obiektu. Właściciel zbiera stare amerykańskie samochody i rowery dirtowe, wsiada na jesnego i robi nam stunterskie show, a widać, że umie. Skacze między naszymi motorami a spalonymi słońcem Chevroletami. Jest bajerancko. Potem smarujemy łańcuchy i robimy inspekcję wizualną naszych motocykli, zwłaszcza lag w Multistradzie, które jak wiecie puściły już dwa razy i przyprawiły Bartka o spore koszty. Uwierzcie lub nie, ale na jednej z lag zaczynają pojawiać się bardzo delikatne jak na razie ślady jakby oleju. Sprawdza się więc moja stara teoria,  że były kiedyś przekoszone i po prostu nie są idealnie proste, albo gładzie nie są równe. Mam nadzieję,  że wytrzymają do końca wyprawy.

      Oprócz lag i tego niepotrzebnego mandatu jak na razie jest mega sympatycznie. Od wyjazdu z Polszy przejechaliśmy dotychczas 1160 kilometrów. Tenerka jak zwykle nie pobrała ani grama oleju (przebieg 41 tys km) a Multi wzięła trochę, ale w sumie niedużo, tak że nawet nie dolewaliśmy (przebieg 59 tys km) Martwił mnie też łańcuch w Ducati, który po ostatnim serwisie mechanik naciągnął Bartkowi za mocno. W załadowanym bagażem motocyklu łańcuch był napiętu jak struna i pod naciskiem praktycznie ani drgnął góra, dół. Miałem w kufrze klucz z nasadką do popuszczenia osi w swojej Tenerce 700, ale co z tego,  skoro w Multistradzie jest zupełnie inna, jakaś nietypowa śruba, do której ziomek nie miał końcówki. To jest coś co ja uznaje za wielki minus tych włoskich sprzętów. Stanie się coś w trasie w takiej Mołdawii,  po której w ogóle jeździ bardzo mało motocykli, zholują cię do jakiegoś warsztatu skuterowego i tam nawet nic nie ruszą bo nie mają specyficznych narzędzi. 

      Mołdawia przywitała nas zajebiście, planujemy więc następny dzień, który w całości spędzimy w tym ciekawym skądinąd kraju. Skupimy się na stolicy, ale wyskoczymy też do jedynego parku narodowego Mołdawii,  godzinę drogi na północ. W następnym odcinku opowiem Wam też o jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w jakich byłem, mianowicie o największym w Europie (niektóre źródła podają że na świecie) romskim getcie, które co ciekawe nie mieści się  ani w Rumunii,  ani w Mołdawii.

CDN

Lewa!

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz
FotoBlog
Galeria:
Mołdawia
[zdjęć: 0]

Kategorie