Najnowsze komentarze
Nieeeeeeeee dla baraniej skóry na ...
Zaglądam regularnie. Nic nie piszę...
dzięki za gratki i ciepłe słowa. u...
No to pięknie, Gratulacje! Następn...
Gratuluje zmiany stanu cywilnego. ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

02.04.2015 20:39

Pan Diabeł i jego Potwory.

Mój Test: Diavel, Monster 796 i 1200. Ci Którzy Stoją za Rzędami.

    Jest coś takiego jak Kult i Legenda. Czasem używanie tych słów powinno byc dozwolone tylko po okazaniu specjalnego certyfikatu. Dziś napisze Wam o pewnych wyjątkowych motocyklach i nie omieszkam dolożyc pewnych refleksji natury ogólnej. Na przykład o Kulcie i Legendzie.

    Słucham jakiegoś radia, a tam puszczają fajny kawałek. No to zapamiętuję sobię nazwę i sprawdzam na necie, żeby się czegoś w temacie dowiedziec. A tam pisze, że kapela taka to a taka i że wcześniej wydała ten a ten kultowy album. Brnę więc dalej i sprawdzam ten kultowy krążek. No i tu okazuje się, że został on wydany w zeszłym roku. :)

    Albo legendarna powieśc, która wyszła dwa lata temu.

    No to pytam się, jaki to jest kurwa kultowy album ?. Co to znaczy legendarna ? Przecież to swoisty gwałt na tym określeniu. Dla mnie coś kultowego i legendarnego to przeważnie rzecz już posunięta w czasie, wyjątkowa i powszechnie znana jako kanon. Jako swoista opoka tematu, jeden z rdzeni.

    Każdy z nas ma swoje legendarne imprezy, kultowe wydarzenia,  w życiu i tym podobne. A ponieważ jestesmy na blogu o motocyklach powiem jakie motocykle są dla mnie kultowe w pewnym sensie. W takim mianowicie, że ich nazwy znam od zawsze, od kiedy byłem małym dzieckiem i zawsze kojarzyły mi się z motocyklami. Dawno sprzed czasów zanim sam zacząłem jeżdzic. Z czasów kiedy nie miałem zielonego pojęcia o motocyklach i nie przypuszczałem, że mnie kiedykolwiek zainteresują. Z czasów zanim Świat Poszedł Naprzód.

     Te dwie kultowe i prastare w mojej świadomości marki to Ducati i Harley Davidson.

     Przypuszczam, że każdy z Was ma inne, bo jest wiele znakomitosci w tej dziedzinie. Wiedziałem przecież, że Honda, Yama, Kawa, Suzi, Triumph, BMW i wielu innych produkują motocykle, ale te dwie akurat marki kojarzyłem i znałem od dzieciństwa. Powszechnie przeciez wiadomo, że motocykle dzielimy na ścigacze, Harleye i te czerwone. 

    Te czerwone to Dukaty.

     Nadszedł więc kiedyś taki dzień w którym skonfrontowałem się z zagnieżdżona w mym mózgu jedną legend, marką Ducati. Motocykl to był akurat specyficzny a i kierowca który na nim zasiadł, też w jego kontekście był specyficzny. Dlatego, że jako kompletny żółtodziób nie powinienem raczej na nim wyjeżdżac gdziekolwiek. Właściwie to zalecane było by w ogóle mi się do niego nie zbliżac.

     A działo się to w roku 2012, pod koniec sezonu. Miałem przejeżdżone na moim Bandicie kilka tysięcy kilometrów i nie czułem się jeszcze jakoś szczególnie pewnie. Mimo tego już zaczynałem kozaczyc. Miałem jednak świadomosc, że moje umiejętności są znikome i to pewnie pozwoliło mi odbyc w jednym kawałku taką przejażdżkę. Z drugiej jednak strony wydawało mi sie, że czułem się już na siłach, żeby wyjechac za miasto takim czymś, odkręcic do końca i zobaczyc jak takie coś idzie.

     Diavel, bo o nim mowa gdy się ukazał wzbudził nieco kontrowersji, bo wpisuje się w określenie cruiser. Jest nietypowym motocyklem w portfolio tej zacnej marki. Nietypowym, ale zajebistym. Nazwałbym go najchetniej Modern-Power-Cruiser'em. Nowoczesny, świetnie zaprojektowany w najdrobniejszych detalach ni to naked, ni to nie wiadomo co.

    Mój egzemplarz był czerwony, bez dodanych elementów z karbonu. Kosztował wówczas koło ośmiu dych. Wtedy jego wygląd na żywo dosłownie zwalał mnie z nóg. Tylna guma w szerokości 240 odbierała mi mowę i wpędzała w ponurą zadumę. Mocowanie tablicy w połowie tylnego koła także. Niesamowite kolorowe  wyśwetlacze, jeden na kierze a drugi koło wlewu paliwa. Krwista czerwień lakieru. Dupny podwójny wydech po prawej stronie. Niesamowite odlewy felg i kapitalny monowachacz z tyłu. Sylwetka, której profil wprost rwie się do jazdy. Kratownicowa rama. Miejsce tylko dla kierowcy. Oniemiałem i poczułem się pusty w środku i ubogi. Mój stary Bandzior wyglądał przy nim jak kupa jeżdżącego złomu.

    Tak więc ustawiono mi profil na Urban i któryś tam poziom kontroli trakcji, żebym się od razu nie zabił. Wielka jak martenowski piec hutniczy Testastretta o pojemności 1200cm i momencie na poziomie 130 niutków i mocy 162 koni to już przecież pierwsza liga. Do tego motocykl nie jest przesadnie ciężki, na sucho waży chyba jakieś 220 kilo. Tyle co Bandit.

    W następnej chwili usiadłem na nim i odpaliłem w ten specyficzny dla Ducatów sposób, odsuwając ciemno-czerwonego killswitcha. Strasznie podobał mi się sposób w jaki kręcił rozrusznikiem. Powoli, nieśpiesznie, jakby miał za mało prądu w akumulatorze. Czułem, że kręci coś wielkiego. Coś jak Mitsubishi Zero stojące w pustym hangarze czekające na swojego Kamikaze. Potem zrobiło się głośno i dudniąco. Powolutku, pomalutku i ostrożnie wyjechałem na ulicę i skierowałem się na drogę szybkiego ruchu. Motor był dosyc niski, wiec miałem złudne wrażenie, że zaczynam nad wszystkim od razu panowac. Nie trzeba było walczyc z ciężarem, który może sugerowac slowo cruiser. Na pierwszych światłach przełączyłem go w tryb Sport...chociaż lepiej by było, gdyby ten tryb nazwali Tornado. Świerzak od razu wiedziałby, czego należy się spodziewac, co zaraz nastąpi.

    Należy pamiętac, że byłem wtedy zupełnym nowicjuszem przyzwyczajonym do nie najlżejszej rzędowej czwóreczki o pojemności 600cc, która rozwija moc tak jak to one rozwijają. To z czym spotkałem się po pierwszym mocniejszym odkręceniu Ducata dosłownie odebrało mi oddech. Skurwielec totalnie mnie sponiewierał i pokazał, że w dupie byłem i nic jeszcze nie widziałem. Potężna machina zaczeła targac mną jak flagą na wietrze.

    Miałem gdzie się rozpędzac, jechałem bowiem fajną, niezatłoczoną dwupasmówką w słoneczny dzień.  Pewnie, spodziewałem się, że Diavel będzie napierdalał, ale nie wiedziałem, że aż tak. Nie miałem pojęcia, przysięgam. Kiedy odkręciłem w moim mniemaniu manetę na maxa, motocykl zamienił się w wechikuł czasu, który zaczął przenosic mnie sekundy w przyszłośc. Miałem wrażenie, że wyprzedzam sam siebie. Robił to tak gwałtownie, nagle i bezkompromisowo, że nie wiadomo było co sie dzieje. Nie wierzyłem własnym oczom. Nie wierzyłem własnym uszom. Nie byłem pewien nawet, czy dokręcam do odcinki obrotów, czy nie. Coś mi kazało za każdym razem odpuszczac, bałem się że zaraz spadnę a Diavel dalej pojedzie sam, prosto do piekła. Raz, tylko czy dwa rozpędziłem go  tak chyba na maxa, do odcinki bieg po biegu. Ale i tak nie jestem tego do końca pewien. Działała wtedy diabelska magia, która nie pozwala dokładnie odzielic  prawdy od fikcji, zwidów od  rzeczywistosci, czerwieni od czerni...

    Jak na tamte czasy i umiejętności był to motocykl, którego zupełnie nie ogarniałem. Zachowywał się totalnie psychopatycznie, ryczał jak wściekły i chciał mi wyrwac ręce z barków. Chciał mi zabrac kierownicę. Chciał mnie zrzucic niczym rozwścieczone bydle. Pochylałem się nad nim maksymalnie do przodu i trzymałem kurczowo, desperacko szerokiej kiery. Wiało na nim niesamowicie, kiedy bujnąłem go do grubo ponad dwustu na godzinę. To co on ze mną tam wyprawiał, nie mieściło mi się w głowie. Gdy wróciłem pod salon i zsiadłem na miękkich nogach nie wiedziałem za bardzo co powiedziec pracownikowi salonu, kiedy zapytał jak mi się jeżdziło. Łzy mi leciały i zabrakło mi języka w gębie. Oczy wykręciły mi się białkami do góry. Byłem w szoku.

   Nie pamietam jak działały hamulce, nie pamiętam jak skręcał, nie pamiętam jak działały systemy. Przypuszczam, że zsiadając z niego nawet wtedy nie za bardzo zarejestrowałem takie niuanse.. zapamiętałem za to ten piekielny wygar z wydechu, szaleńcze, szarpiące  przyspieszenia i to uczucie, że mój pierwszy, niedopasowany, stary kask Schubertha zaraz mnie udusi. I że jak się zagapię na chwilkę to wyladuje w strzępach na barierkach, albo wbiję się w jadącą z przodu ciężarówkę. Zapamiętałem także spojrzenia odwracających się przechodniów gdy jechałem nim miastem, albo tankowałem Diavela na stacji. Mieszały się w nich strach i hipnotyczna fascynacja.

    I to naiwne w swej prostocie wrażenie, które odniosłem, że jest to motocykl o wiele za mocny. Bulgoczący opentańczo, i walący po ścianach niczym bestia przykuta łańcuchem w komórce pod schodami.

    Nie wiem jak jeszcze mam opisac tamtą jazdę. Małą miałem wiedzę i jak widzicie nie zapamiętałem za wiele szczegółów technicznych.

    Jeszcze tylko dodam, że jak już kiedyś pisałem -  blog ten powstał w intencji zupełnej szczerości. Wiecie o co chodzi. No bo skoro odbyłem te jazdy i przepracowałem to jakoś i się w końcu ogarnąłem to mógłbym napisac na przykład tak : '' Byłem, jeżdziłem. Fajny ten Dukat, fajną ma oponę z tyłu. Ale on w ogóle nie jedzie. Powaga. Niby 162 konie i 130 niutków, a to stoi w miejscu. Coś tam próbuje, ale ogólnie to nic sie nie dzieje. Kurwa, on w ogóle nie ma góry. Myślałem, czy by se na autostradzie nie zapalic fajki, bo już nie wiedziałem co robic z nudów. Super sprzęcik ewentualnie na niedzielne wycieczki'' Ale wiecie, to było by zupełnie bez sensu. Fajnie jest mi się tutaj przyznac, że czegoś nie wiedziałem, nie umiałem, że coś mnie przerażało. Nie od razu przecież Kraków zbudowano. Tak nawijało się kilo.

    Takie więc były prawdziwe wrażenia zupełnego neofity siedzącego na potężnej Testastrecie. Tak się złożyło, że dwa lata póżniej ja i ten silnik znowu się spotkaliśmy. Tym razem było zupełnie inaczej. Miałem już możliwośc i odrobinę umiejętności, żeby na chłodno go przyobserwowac.

    W zeszłym roku, będąc już posiadaczem swojego Kawasaki Z 1000 uczestniczyłem w dniach otwartych Ducati. Było wiele modeli, ja jednak jako zatwardziały nakedziarz  byłem zainteresowany wtedy tylko i wyłącznie Monsterami. No i Streetfighterem, ale jego akurat niestety nie było.

    Przyznam się, że stare Monstery były sprzętami, które przesiewałem kiedyś na otomoto szukając swojego pierwszego motocykla. Podobał mi sie ich minimalistyczny charakter i agresywny wygląd przyczajonego do ataku owada. Wszyscy  w koło niestety obrzydzali mi zakup tego motocykla, wiec odpuściłem sobie ten temat.

    Na wyżej wymienionych jazdach 696 został mi odradzony przez przemilego sprzedawcę, jako taki ''wie pan bardziej dla kobiet'' ( akurt nie zgadzam się z tym). W puli pozostał średni 796 i jego potężny brat 1200. Kiedy stało się koło wiekszego, ten Średni wygladał nieco skromniej. Jest to oczywiste i oczywiste było także zagranie sprzedawcy, który najpierw zaproponował mi przejażdżkę na Średnim, uprzednio dodawszy, że po Kawie to na pewno zabraknie mi mocy.

   Ducati Monster 796 to zajebisty, zabawowy motocykl, którym prawie zawsze możesz odkręcac do końca i nie braknie Ci drogi. Uważam, że to też duża frajda i zaleta. Nie zawsze przecież chcemy agresorowac na jakimś milonie koni mechanicznych zastanawiając się ciągle, czy zmieścimy się w następnym zakrecie, albo żeby tylko nikt nas nie objechał. A 796 daje się zajebiście wybawic i nacieszyc na winklach. Skręca bowiem w mojej ocenie rewelacyjnie. Fajnie idzie dołem, świetnie hamuje a i na prostej też nie zamula. Wyciska 87 koni i 80 niutków. Na jego wagę wystarczy. Oczywiście przeszkadzała mi trochę słaba góra i szybko włanczająca się lampka shiftlight-u, a zaraz po tym odcinka. Ale tylko na początku. Szybko złapałem klimat motocykla i leciałem cały czas dołem i środkiem przebijając bieg na wyższy, jak tylko błysnął. Zespojenie się z tym sprzętem było natychmiastowe i intuicyjne. Czułem się na nim jak w fabryce czekolady. Czułem, że ten designerski motocykl, aż prosi, żeby usiąśc na nim w błękitnych dżinsach i pośmigac na zakrętach, albo w miescie. Co do wyglądu.. świetny surowy naked. Co mi się nie podobało - wyświetlacz, czy panel kontrolny jak kto woli. Strasznie jednokolorowy i mało czytelny. Dżwięk silnika także do poprawki. A potem przyszedł czas na danie wieczoru, na Monstera 1200 clue of the clue.

    Nasz sprytny sprzedawca wiedział, że jak poczuje pod sobą dużego Monstera, i się nim przejadę, od razu zapomne o Średnim. Zanim jednak to się stało o mało nie rozjebałem się o bramę wjazdową do salonu. Pierwszy raz doświadczyłem aż takiej różnicy w momencie obrotowym ruszającego motocykla w stosunku do poprzednika. Człowiek całe życie musi się uczyc. Świadomośc siły tej sentencji w kontekście jazdy na motocyklu jest wyjątkowo przydatna.

    Znacie ten motyw, kiedy przesiadacie się od razu na inny motor, albo samochód i Wasza pamięc mięśniowa traktuje go tak samo jak poprzednika ? Nowy sprzęt, którym chcecie ruszyc przeważnie od razu gaśnie. To zjawisko miało miejsce właśnie na tamtych jazdach, z tym, że motocykl nie zgasł od razu, o nie.

   Zasiadłem więc na dużym Monsterze ustawionym w rzędzie innych motocykli przodem w kierunku bramy. Przed chwila jeżdziłem, byłem wjeżdżony. Należało spokojnie ruszyc i po chwili gładko wykręcic w prawo i wyjechac wjazdem głównym. O mało bym nie zdążył. Brama wjazdowa się na mnie rzuciła.

   Moja lewa dłoń na sprzęgle i prawa na manetce zakodowały sobie spokojne chwile ze Średnim Monsterem. Wbiłem jeden, puściłem sprzęgło i nieoczekiwanie wystartowałem z miejsca jak rakieta ziemia - powietrze. Potężny moment obrotowy tejże Testastretty katapultował mnie prosto na bramę wjazdową. Nie wiem dokładnie jak to zrobiłem, ale jakoś opanowałem tego sprzęta. Przypuszczam, że wcisnąłem sprzęgło spowrotem i delitatnie przyhamowałem przodem i tyłem, bez panicznego skręcenia zatrzymując się milimetry przed feralną bramą. Mam wiele wad i braków w technice jazdy, ale akurat hamowac to potrafię. Chociaż w hamowaniu ważniejsza od techniki jest chyba zimna krew. Moja wychłodziła się na rowerze wysoko w górach. Nieraz się przecież leciało w dół po zakręcie na zblokowanym tyle. Albo nie dotykało się hampla pomimo, że logika i instynkt samozachowawczy nakazywały to natychmiast uczynic.

   Udało się więc nie narobic sobie wstydu i uratowac sprzęta przed tak beznadziejnym zgruzowaniem. Nawet nikt specjalnie nie zauważył co ja wtedy odwinąłem. Z sercem walącym jak metalhammer wyjechałem na tą samą trasę. Tą samą z przejażdżki na 796 a także tą samą z przejazdu Diavelem dwa lata temu.

    Kiedy usiadłem na kanapie 1200 nareszcie zrozumiałem, co to znaczy uśiąśc W motocyklu. Nie na. Zapadłem się w siedzeniu, między nogami mając potężny bak. Stopy wygodnie oparte na ziemi. W rękach szeroka kierownica. Bardzo wygodnie jak na takiego agresora...tak zrelaksowany stałem sobie na światłach, czekając na zielone. Nie będę Was ściemniał i od razu przyznam, że zacząłem odkręcac nim jak tylko się dało na mapie Sport. A duży Monster ? Idzie jak wariat. Niezłe własciwości skrętne plus kapitalne, o wiele mocniejsze niż w średnim hamulce Brembo. Na nierównościach sztywny i zwarty. Świetna zabawa, ale  tutaj podszyta już tym jak ja to nazywam ''imperatywem zapierdalania''. Duży Monster to nie jest zabawka i od razu to czujesz. Jak prawie każdy mocny ponad-liter, to prowokator. Nie lubi kruzowac. Nie lubi plumkania. Nawet stojąc w bezruchu wygląda kozacko. Złote lagi, grubaśny zbiornik i ta tablica rejestracyjna na środku opony, jak w Diavelu...to naked prawie idealny. Surowy i piękny. Widac jak na dłoni ta grubą stal, tą stylową włoską robotę.

   Co do wygladu obu tych sztuk zamieniłbym to i owo. Wziąłbym dużego Monstera i wsadził tam podwójne wydechy z mniejszego. Średniemu zmieniłbym panel kontrolny. Duży oczywiście wygląda na o wiele droższego i doinwestowanego. Ma na pokładzie kolorowy wyświetlacz, ABS Bosha, system ride-by-wire, trzy mapy zapłonu i pare stopni kontroli trakcji. Porównując gabaryty z moją Kawą, 1200 wydał mi się bardziej optymalny a 796 ciut za ''wąski''. Wiem, że jego ''wąskośc'' i lekkośc dała te świetne warunki skrętne. Żeby skręcac na 1200 trzeba włożyc w to ciut więcej siły.  796 jest przecież 40 kilo lżejszy od 1200...

   Podczas jazdy na Dukatach dwa razy zdażyło mi się to co wogóle mi się nie zdaża. Trafiłem w międzybieg. Podczas jazdy w 2012 roku nie wiedziałem jeszcze co to takiego i myślałem, że wykończyłem skrzynię. Dopiero z rozmowy z kumplem wyczaiłem o co chodzi. Co ciekawe, zdażyło mi się to także w zeszłym roku. Myśle, że to kwestia wyczucia. Skrzynia w Dukatach musi miec wiekszy skok między biegami niz japońce do których jestem przyzwyczajony.

   A jak porównałbym Monstera 1200 i Diavela ?. To niestety nie jest możliwe. Wtedy ta moc wydała mi się nie-wy-o-bra-ża-lna. Nie myślałem logicznie. Ten sam silnik zastosowany w Monsterze 1200 posiada 17 koni mniej, ale nie to jest problemem w ocenie. Po prostu ja nie posiadałem jeszcze za wielu koni w głowie i nie nadawałem się do jakiegokolwiek porównania. Diavel długo był najbardziej psychopatycznym sprzętem w mojej galerii. Dopiero Największa Ninja i Hajka go z tamtąd strąciły a to i tak nie bezdyskusyjnie. Diavel na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Został mgliscie zapamiętany po wsze czasy jako nacpana kochanka w czerwonej sukience spod której wrzeszczy obłąkana staruszka płonąca na stosie. Jej imie brzmi Legion.

   Co do samych Dukatów wszyscy wiemy jakie są. Są drogie i mają swojego stajla. Sprawiają wrażenie elitarnych. Nie za wiele ich tu jeżdzi i krąży wiele przeróżnych opini na temat nierzetelności naszych serwisów. Nie skomentuje tego nijak, bo nie znam nikogo, kto jeżdzi Dukatem. Nie mam kogo spytac, a na forach każdy przeważnie swoje chwali. Myślę, że jest jak w większosci pojazdów. Zadbana, regularnie serwisowana sztuka u pierwszego właściciela pewnie nie sprawia żadnych problemów (oprócz wymiany rozrządu). Pamiętajmy, że Ducati przy innych markach to prawie manufaktura... robią około 130 tyś. sztuk rocznie, podczas gdy Honda trzepie 4 miliony egzemplarzy. No a wykup tej pięknej, zadłużonej niestety marki z przebogatą historią przez koncern VW....to już inna historia.

    Uważam więc, że nie ma co się bac Dukatów...nie taki diabeł straszny jak go malują ;)

   Tymczasem...Zdrowych i Wesołych Świąt Wielkanocnych. Życzę wszystkim, aby ta upiorna pogoda, która nawiedziła nas bez ostrzeżenia wreszcie się skończyła. Żeby asfalt przysechł i żeby można było wyjechac i zamajaczyc na motocyklu na tle rodaków zmierzających do kościoła ze święconkami. Ave !

Komentarze : 2
2015-04-13 19:32:36 Multistrada

Ja pierd... To chyba najbardziej wyje... w kosmos test jaki widziałem. Stawiam browca przy jakiejś tam okazyji! Tak trzymaj..

2015-04-03 10:55:36 Marek M

Jak zwykle fajny tekst. Chciałoby się więcej ale z drugiej strony więcej byłoby może i za dużo. A tak człek wyczekuje spragniony literek na interesujące go tematy. Pozdrawiam.

  • Dodaj komentarz