Najnowsze komentarze
Nieeeeeeeee dla baraniej skóry na ...
Zaglądam regularnie. Nic nie piszę...
dzięki za gratki i ciepłe słowa. u...
No to pięknie, Gratulacje! Następn...
Gratuluje zmiany stanu cywilnego. ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

18.02.2017 19:02

latające motocykle na tle błękitnego nieba

jak to mawia postać Coach'a z mojej ulubionej gry: back in the days...

 

    ...na czym to skończyłem w ''tumanach kurzu nad błękitnym niebem''?..aha, wiem. Na tym, że zrezygnowałem z offroadu i wciągnąłem się w motocykle szosowe. Obawa, że połamie sobie oba kulasy w leśnej głuszy, złapię gumę czy dostanę w kość od okrutnych leśników, z dala od cywilizacji - zwyciężyła.

    Jednak, moja przygoda z brudasami nie zakończyła się na tej pojedyńczej przejażdżce na WR450. Dwa lata później, wczesną wiosną, w piękny słoneczny dzień, przyjaciel Seba zaprosił mnie bowiem na tor krosowy. Ja jeździłem wtedy na śweżo zakupionym Kawasaki Z1ooo, a on dopiero co zmienił WR'kę na nowiutkiego KTM'a 450 SX - sprzęta lekkiego i skurwysyńsko mocnego.

   Zatrzymajmy się teraz na chwilkę - po to, aby przybliżyć Wam nieco tą postać. Z Sebastianem, jak to legenda rodzinna głosi, jeździliśmy już razem w wózkach dziecięcych jako niemowlaki, wyprowadzane przez nasze przyjaźniące się matki na spacer. Do szóstej klasy, zanim nie usunięto mnie dyscyplinarnie z podstawówki, chodziliśmy razem do jednej klasy. Już wtedy, Seba miał swoją niebieską motorynkę Romet Pony i zajawkę na motocykle. Któregoś dnia, mając gdzieś z 12  lat pojechaliśmy pojeździć nią na zadupia i holowaliśmy się na zmianę..to znaczy na zmianę zakładaliśmy wrotki, jeden siadał za kierownicą, a drugi jechał z tyłu, na wrotkach, uczepiony motoryny.

   Potem Seba dostał jeszcze od taty żółtą, czterobiegową WSK'e, która katował po polach i lasach. Minęło parę lat, ja poszedłem do innej szkoły, a Sebastian zaczął coraz mocniej siedzieć w offroadzie i tego typu klimatach. Następnym jego motocyklem była nowiutka Suzuki DRZ 400S, którą latał następnych kilka lat. W międzyczasie skończył studia, a potem wyjechał z Anką, swoją małżonką, do pracy za granicę, najpierw do Stanów a potem na Tajwan. Podczas swoich zagranicznych wojaży odwiedził takie miejscówki jak Japonia, Australia, Nowa Zelandia i większośc Indonezji i Azji, więc w tamtych czasch nasz kontakt był nieco ograniczony. Ale od paru lat siedzi spowrotem w PL, a jego następnym moto po DRZ'cie była wspomniana Yamaha WR450, zgodnie z tradycją kupiona nowiutka i pachnąca, prosto z pudełka.

   Oprócz jazdy amatorskiej Seba startował też w wielu zawodach. Fascynujące jest dla mnie to, że przez ten cały czas, a jeździ na motocyklach pewnie już z 30 lat nie miał nigdy żadnej koszmarnej przygody, nie połamał się, ani nie zgruzował motocykla - wszystkie sprzedał dalej, łącznie ze wspomnianym przed chwilą wściekłym Katem. Co do Kata, ten nie posłużył zbyt długo nowemu, młodziutkiemu właścicielowi - chłopak rozpierdolił się nim o drzewo i teraz czeka go bolesna rehabilitacja.

    Tak więc Seba zaprosił mnie na tor, a ja przyjąłem zaproszenie i przyjechałem na to odludzie na swojej  Kawie. Przebierając się w jego ciuchy, zerkałem strachliwie na to, co działo się na torze. Latało tam dwóch gości na YZ 250'kach i tak dawali w palnik, że myślałem iż wydrą oponami glebę do samego piekła, aż wielkie głazy fruwały w powietrzu. Pomyślałem wtedy, że szykuje się ciekawy dzień i że dobrze by było dzisiaj nie umrzeć.

    Kat był wysoki i bardzo lekki. W wielkich, krosowych buciorach z jebitnymi klamrami, kiepsko wyczuwałem dzwignię biegów i nie umiałem trafić luzu. Każde muśnięcie manetki powodowało, że pomarańczowy bydlak skakał do przodu jak smagnięty biczem.

    Pierwsze kółko zrobiłem pomalutku koncentrując się na tym, żeby tylko nie przelecieć przez kierę, wylecieć z bandy czy zdeżyć się z innym śmiałkiem. Drugie i trzecie wyszło mi już bardziej zuchwale. Zacząłem mocniej atakować bandy i odkręcać manetę o milimetr więcej. Ten Kat był fatalnym motocyklem na pierwsze kroki po torze, zbyt narowisty, za mocny i w ogóle zakręcony jak słoik z ogórkami. Ale najlepsze, najlepsze było na końcu.

    Kiedy już zaczeły mnie łapy i nogi boleć od tego krążenia i zamierzałem już zjeżdżać szczęśliwy, że jestem nadal w jednym kawałku, za bardzo odkręciłem na ostatniej, łagodnej hopce. Motor wybiło a ja, dobrze jeszcze pamiętający skoki w górach na rowerze freeride'owym, w ułamku sekundy zorientowałem się co się stało - oderwałem się od matki ziemi i leciałem przez chwilę w powietrzu wolny jak ptak na błekitnym niebie. Zafascynowany tym niespodziewanym, nobilitującym osiągnięciem, ruszyłem powtórzyć to jeszcze dwa razy, zmuszony przez to do jeszcze dwóch kolejnych okrążeń. Moje przedramiona wołały o pomstę do nieba, ale kolejne skoki to rekompensowały. W najeżdzie na hopkę mocniej już odkręcałem a motocykl wzbijał się wyżej i leciałem dłuzej. Podczas ostatniego za bardzo pojechałem z entuzjazmem, bo na końcu zaczęło mnie za mocno przeważać do przodu i za mocno gruchnąłem w ziemią przednią osią.

    Kiedy już zsiadłem Seba i chłopaki znowu wyjechali na tor i zaczęło sie prawdziwe latanie. Wszystkie hopki, na które ja najeżdżałem ostrożnie i po nich zjeżdżałem delikatnie, oni przelatywali bez najmniejszego wysiłku waląc dropy, jak z dachów kamiennic. Latające motocykle, ryk silników, pokryte grubą warstwą pyłu i ziemi samochody z przyczepkami - wszystko to stworzyło fajny, niepowtarzalny klimat.

    Parę dni później jechaliśmy z Sebą, Anką i jego synkiem Gabrysiem (który ma parę lat i już jeździ mini cross'em) na targi motocyklowe do Brna, a ja całą drogę zamęczałem go tematem 125tek na tor. Finalnie jednak mój zapał szybko minął, a ja jak wiecie skoncentrowałem się na motocyklach na szosę. Teraz jeżdżę na turystycznym enduro, ale rzadko ciągnie mnie poza asfalt.

     No i taka to historia. Wspomniane wydarzenia miały miejsce w 2014 roku. Od tamtego czasu Seba i ja zmieniliśmy motocykle. Seba zrezygnował z ukochanego offroad'u, mimo, że miał kupę sprzętu, busa, przyczepkę i karcher"a do mycia moto. Motywował to tym, że nie ma czasu na regularne treningi, a poza tym paru kumpli z którymi jeździł poważnie się wtedy rozwaliło i powiedzmy, że miał złe przeczucia - postanowił w związku z tym przesiąść się dla pewności na motocykl drogowy.

    Ja w tym czasie zszedłem z centymetrów o 200 w dół ale i  Sebastian również kupił sobie moto o mniejszej pojemności. Spytacie, jak to możliwe, skoro już wcześniej jeżdził na 450'tce. Ano możliwe, bowiem po sprzedaży SX'a w jego garażu stanął nowiutki KTM Duke 390. Wyobrażacie sobie taką decyzję, po 30 latach jeżdżenia, w czasach, gdy poważne magazyny polecają na pierwszy motocykl sprzęty o pojemności ponad 800 ( np. Sportster'a ) ? To się nazywa indywidualizm.

    Miałem już okazję polatać Sebowym Dukiem, wiosną zeszłego roku. Zadziorny motor. W porównaniu z moim Tigerem tak lekki, że sprawia wrażenie, jakby można by go wziąć pod pachę i zanieść na pierwsze piętro. Powiedzieć o nim, że jest zwrotny jak rower, to znaczy niedopowiedzieć. Na pierwszym ostrym łuku w lewo o mało się nie przewróciłem, niepotrzebnie przykładając do skrętu taką, jak zwykle siłę. Mały singiel uwielbia wysokie obroty i wspina się na nie niezwykle ochoczo. No i ten zadziorny charakter - miło niewielkiej pojemności czujesz, żę siadasz na kozaku i że zaraz zacznie się zabawa. Jestem absolutnie przekonany, że w ciasnym, zatłoczonym mieście, czy też na górskich, wymagających winklach Seba na swoim Duke'u i ze swoimi umiejętnościami, jest w stanie opierdolić w mgnieniu oka wszystkie poklejone powertape'm R1'ki, czy nowe Gix'y prosto z salonu....a jak się nie da -  wówczas przeleci nad nimi górą.

Komentarze : 3
2017-02-22 10:03:05 Calmly

Świetna historia oddająca klimat minionego czasu jak i agresywności offroad'owych silników.
Kiedy byłem małym chłopakiem jeździłem z tatą na rożnego rodzaju zawody motocross'owe
i enduro. Znał sie z zawodnikami i organizatorami. Na miejscu, w małym mieście gdzie mieszkaliśmy kiedy były organizowane zawody motocross'owe, nie żadko był odpowiedzialny za nadzór techniczny motocykli przed przystąpieniem ich do zawodów.
Byłem tam jako jego cień przyglądając się motocyklom i chlonąc cały ten klimat kurzu i rywalizacji.
Do tej pory widząc KTM950-990 supermoto mam ciary na plecach.
Jednym z pierwszych motocykli na ktorym jeździłem był TM80! To były czasy które odcisnęły piętno i wpłynęły na resztę mojego istnienia.

Pozdro

Only to fly :)

2017-02-20 18:42:55 ptwr2

Gdy w powietrzu nurkuje przód, trzeba dać gazu. W odwrotnej sytuacji, przyhamować tylne koło nogą. Osobiście nigdy tego nie testowałem, ale oglądając zawody motocrossowe wyraźnie zauważałem, że zawodnicy są w stanie modyfikować położenie motocykla lecącego w powietrzu. Cholernie ciekawiło mnie, jak to możliwe, skoro nie mają żadnego oparcia i tak długo szukałem, aż znalazłem powyższe wytłumaczenie. Zasada akcja - reakcja. Jak koło w jedną stronę, to reszta w drugą. W drugiej sytuacji przeniesienie momentu obrotowego z koła na resztę, poprzez zacisk hamulcowy. Zamykałeś gaz po wzbiciu się w powietrze? Hamowanie silnikiem powodowało "nurkowanie".

2017-02-19 12:54:23 okularbebe

Świetna scenka rodzajowa z małym i dużym na zdjeciu. Mały jeszcze miał kółka, ale przy takim dużym pewnie krótki to był czas i szybko zostały zdemontowane.
Pozostanie przy taaakiej 400 ccm po 30 latach to żaden obciach. To bycie wystarczajaco dobrym o ile nie jednym z najlepszych..

  • Dodaj komentarz