Najnowsze komentarze
Siema, pewnie że śmigam, tyle że t...
siema gregor 1365 stary przyjaciel...
No Panie, Gratulacje. Takiego cac...
okularbebe - opilim, ale na razie ...
Jazda na kuli - beemka zostaje na ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

20.09.2020 11:41

motocyklem po zakynthos

kurde widzę, że drugi raz w tym sezonie mieliśmy sporo szczęścia. pierwszy, kiedy udało się cudem ominąć covid i calimę na teneryfie w lutym, a teraz na zakyntos. kilka dni po naszym powrocie z wyspy rozszalał się tam huragan z potężnym wiatrem, przez dwa dni nie dało się wychodzić na zewnątrz, potem nie było prądu....

 

 

     Ale na czym to ja skończyłem? Aha, Nick z siwą czupryną zaczesaną do góry i stara, czarna yamaha. No to lecimy dalej.

     Następnego dnia, równo o umówionej godzinie dziewiątej podstawiono nam pod hotel zamówiony motocykl. Przyjechał nim syneczek około dwudziestki w szarej bejzbolówce. Pytam się go zatem, czy u nich nożna jeździć bez kasków. Mówi, że absolutnie i że za to zabierają prawko na dwa miechy, ale ogólnie jest mało policji i miejscowi wiedzą gdzie jeździć żeby nie trafić na patrol. No to okej.

     Procedura wynajmu jest taka, że na jego czas zabierają nam prawo jazdy a jego numer wpisują do umowy w razie wu. W porysowanym i wypłowiałym od słońca chińskim kufrze (da się go zamknąć bez kluczyka co lubię, choć można sobie niechcący zamknąć w nim klucze) były dwa kaski o wskazanych przez nas wcześniej rozmiarach, białe rozklekotane jety bez szybek. Nauczeni doświadczeniem mieliśmy ze sobą okulary przeciwsłoneczne w celu lepszej ochrony, a także rękawiczki meshowe (chyba jedyni na całej wyspie). Założyłem dżiny z długimi nogawkami i poprosiłem Agę o to samo. Licho nie śpi.

     Pracownik pokazuje nam ilość paliwa w zbiorniku organoleptycznie, poprzez otwarcie wlewu i zachlupotanie. Życzy miłej przejażdżki i oddala się pieszo w kierunku centrum Laganas. Zostajemy sam na sam ze starym, zmęczonym życiem motocyklem pod bramą hotelu Western Galaxy, na niebie nie ma ani jednej chmurki, cykają cykady a w oddali bzyczą dwusuwowe skutery.

     Endurak zapala od razu wydając przy tym dzwięki jakby zepsuty młynek do kawy mielił ostatkiem prądu. Na felgi o przerdzewiałych szprychach naciągnięto stare, kostki typu no name wyprodukowane w Tajlandii. Aga siada z tyłu i chwiejnie ruszamy zatankować do pełna na stacje BP przy głównej ulicy. W firmowych stacjach nie pracują tam profesjonalnie ubrani pracownicy jak u nas, tylko np stary dziadek w koszulce na ramiączkach i zapoconych krótkich gatkach. A w sprzedaży oprócz paliwa  jest tylko woda mineralna.

    Jedziemy w góry, a od pierwszych metrów stara Jadźka okazuje się specyficzna aż do bólu. Wszystko trzęsie się niemiłosiernie i dzwoni kiedy maszyna nabiera prędkości. Spory singiel tłucze jakby nie miał w misce  grama oleju. Ale jedziemy i wszystko jest w porządku, bo tu wszystko jest takie jak ma być. Zdezelowany motor tutaj pasuje jak ulał i uzupełnia ten wyspiarski klimat, komponuje się z zaniedbanymi, zaśmieconymi uliczkami, nie opróżnionymi ze śmieci kontenerami i bezpańskimi psami drzęmiącymi przy ulicy. Słońce świeci obłędnie, ale podczas jazdy nie czuć  jeszcze napierającego upału, jest tak bym powiedział w sam raz. Roznegliżowane nastolatki przechadzają się po Laganas Road, która jest obecnie pustawa i nie przypomina zbytnio lokalnej imprezowni.

    Jedziemy na północ w kierunku miasteczka Agios Leon, kilka kilometrów za Laganas skręcamy w prawo. Droga wije się do góry i w około zaczyna robić się ciekawie. Ruch na ulicach jest niemalże zerowy. Przepięknie pachnie igliwiem,  po obu stronach pną się wysokie ściany wapiennych kamieniołomów. Yamaszka grzechocze, tłucze ale idzie równo - nie czuć żadnych przerw w ciągu mocy. Biegi wchodzą poprawnie, singiel prawidłowo reaguje na kręcenie manetką. Tylko hamulce są słabe i na zjazdach trzeba na to bardzo uważać. A także na śliskość lokalnych asfaltów - sprawiają wrażenie mocno zanieczyszczonych, wręcz  brudnych - w niektórych miejscach na wyspie ponoć od lutego nie spadła ani kropla deszczu. Te pierwsze kilometry i ten las z charakterystycznym zapachem przypomina mi chorwacką wyspę Bol i moją tam podróż Tigerem w sierpniu zeszłego roku.

    Stajemy na kawkę w jakiejś małej wiosce, a właściciel przybytku nieomal nie wybiega na środek ulicy, żeby skinąć w naszą stronę zapraszającym gestem. Czuć, że mają głęboki kryzys. Oprócz kilku starszych ludzi na ławkach przy kościółku nie ma tutaj nikogo, nawet lokalnych bezpańskich psów. Czasem przejedzie pojedynczy samochód z turystami, czy poobijany pick up z lat osiemdziesiątych.

    Wyspa z południa na północ ma około 60 kilometrów w linii prostej, więc jest to niewielka przestrzeń, spokojnie do objechania w około w jeden dzień na upartego. My Yamaszką jezdzimy około pięciu godzin, często się zatrzymując a przejazd kończymy w malowniczej knajpie Panorama na wzgórzu w Keri. Robi się już konkretnie gorąco, więc decydujemy wrócić na obiad do hotelu. Wyprawa jak na razie fajna, radość z jazdy spora, ale bez większego efektu łał. Nie powiem było kilka ciekawych widoków i atmosfera jest świetna, ale to jeszcze nie są efekty, za które można by uplasować tą podróż wysoko w zestawieniu. Pomyślałem sobie nawet, że tutaj to już tak chyba będzie do konca wycieczki, ale na szczęście myliłem się i gdzieś tam na wyspie czekały jeszcze  na nas  świetne drogi, takie powiedzmy ... z pierwszej piątki.

     Następnego dnia mamy wycieczkę busem po wyspie, więc motocykl oddajemy tego samego dnia wieczorem o dziewiątej. Po obiedzie odpoczywam trochę nad basenem na małym drinku, po czym koło osiemnastej wyruszam na drugi, tym razem samotny objazd wyspy.

     Yamaha czeka na mnie przed hotelem z daleka pachnąc benzyną i przegrzanymi smarami. Odpalam i słuchając grzechotu singla wyruszam z powrotem w góry. Właściwie to jadąc samemu wcale nie jadę szybciej, czy bardziej agresywnie.. no może troszkę, ale niewiele. Stary motocykl roztacza jakiś taki spokój, ale jego geneza nie leży raczej w niskiej mocy jednostki napędowej. Tutaj radość z jazdy pochodzi z charakteru tej konstrukcji, jej korzeni enduro i przygodowych genów. Możecie mi uwierzyć bądź nie, ale nie pamiętam żebym ciągał go na każdym biegu do odciny, żeby zobaczyć jak się rozpędza. A  pamiętam jak dziś, jak brałem testówki harleya np 883r i próbowałem bezsensownie jeździć nim tak jak ścigiem, naginać jego limity. Cóz, priorytety się zmieniają, człowiek mądrzeje - jak zwał tak zwał. Na tej jeździe kręce się się po wyspie nie napotykając znowu niczego ciekawego, ale nie szukam tego zbytnio - cieszę się yamaszką i każdym stuknięciem jej tłoka. Wyprzedzamy quady z wypożyczalni i przeładowane stare ciężarówki z kamieniołomów. Nas nie wyprzedza nikt.

     Oprócz słabych hamulców trzeba było mieć na uwadze także zawieszenie, które zmuszane do głębszych pochyleń na górskich serpentynach żyło swoim życiem. Tył działał po swojemu, przód po swojemu i w efekcie stary motor robił wszystko czego nie powinien, czyli chybotał się, walił w zakręty czy próbował je przestrzelić na każdy możliwy sposób. Czy to było zatem irytujące dla kogoś przyzwyczajonego do jazdy na młodszych, bardziej efektywnych konstrukcjach ? Absolutnie. To było wręcz urocze, było elementem tego stylu - stylu wyeksploatowanego w stopniu znacznym, ale wciąż działającego reliktu starych czasów. Wystarczyło pamiętać i akceptować to, że jedziemy podróżnikiem z okresu, kiedy prawie wszystko było inne i pracowało inaczej niż teraz.

    Obrotomierz nie działał, nie działał licznik kilometrów ale prędkościomierz pokazywał prędkość  swą drżącą wskazówką. Ale tylko raz, może dwa wskazał wartości około stu na godzinę. Nie jezdziłem szybciej, bo po pierwsze co chwila były zakręty, a dwa zupełnie nie czułem takiej potrzeby. Zafascynował mnie charakter tego motocykla, który dawał mnóstwo przyjemności z niespiesznej jazdy. Tyle się w nim działo, wszystko się trzęsło, bieg czasem nie wskoczył, było na co popatrzeć. Poza tym jazda w takich miejscach jest inna niż u siebie w koło komina - wszystko jest inne, wiele bodźców stymuluje naszą uwagę, tyle rzeczy jest w około do obejrzenia. Dlatego od pierwszego naszego takiego wynajmu na Cyprze w 2014  uważam, że nie ma co przepłacać za jakiś super mocny, przebajerzony motor na kręte drogi wysp. Motocykl jest tam tylko dodatkiem. Wspaniałym, ale tylko dodatkiem, gdzie główną rolę gra inny świat niż znany nam na codzień.

     Były takie momenty, że kiedy zapalałem na jedynce z wyciśniętym sprzęgłem motocyklem szarpało do przodu. Poza tym nic niepokojącego się nie wydarzyło, oprócz wspomnianego obrotomierza, w którym też nie działało podświetlenie. Licznik wskazywał 86tys km, ale jak już wspomniałem odległościomierz też nie działał. Ale po całym dniu z tą sześćsetką miałem wrażenie, że to przecież nic nie znaczące detale, a motocykl obwiózł nas po całej wyspie, był przecież sprawny.  Ten sam gościu co rano podjechał o dziewiątej wieczorem pod hotel po motor. Oddał mi prawo jazdy,  nie sprawdzał za bardzo stanu paliwa, ani motocykla. Zresztą, gdybym się na nim przewrócił i tak niewiele by było widać - cały był porysowany a w lewym handbarze była nawet dziura na wylot. Motocykl był świetny na tereny w jakich przyszło mu pracować, gdyż litr petrolu kosztuje tam około 1,6€ a maszyna spala go naprawdę niewiele - przed hotelem zachlupotałem i było jeszcze prawie pół zbiornika, nie musiałem przekręcać kranika na rezerwę.

     Podsumowując ten motocykl, trudno o jakieś racjonalne wytyczne. Właściwie to można by powiedzieć, że jeżdziliśmy starym chrempem, który u nas nie powinien kosztować więcej niż 19oo złotych, lub kwalifikować się jedynie na części. Którego aspekty techniczne nie raczej mocną stroną a wygląd to już w ogóle. Ja jednak mam o nim jak najlepsze zdanie, bo on miał coś trudnego do zmierzenia racjonalnymi miarami - prawdziwy charakter. Jazda nim była niezapomnianą przygodą, którą będę wspominał długo i jedyne czego żałuję to, że harmonogram wyprawy nie ułożył się i inaczej i że nie mieliśmy go wynajętego przez dwa pełne dni plus poranek przed oddaniem na ostatnią traskę. Prawda jest taka, że taki motocykl stosunkowo łatwo i tanio jest naprawić i mam jakieś takie wrażenie, że jeszcze nie jednemu turyście pokaże wyspę z pokładu swego wygniecionego siedzenia. Bowiem jak na standarty wypożyczalni jest on tak stary, że właściwie to już nawet przestał się starzeć. Dopóki korba nie wjdzie bokiem, albo jakiś wczasowicz nie spadnie nim w przepaść z drogi na Porto Vroni pewnie dalej będzie górował dumnie nad wszystkimi tymi skuter-ałtomatik w wypożyczalni Nicka i Georga na głównej drodze w Laganas.

 

 

 

     Na razie tyle, przejażdżkę na Kymco Xtown 300 opiszę w kolejnym odcinku. Jazda skuterem odbyła się po bardziej malowniczych drogach, które podpatrzyliśmy na wycieczce busem na rejs łodzią i do zatoki wraku. Porównując bezpośrednio obie te jazdy to jazda skuterem była bardziej sportowa, Kymco zachęcało do nieco agresywniejszej jazdy, pomimo mniejszej pojemności i mocy. Co jest kolejnym dowodem na to, że w motocykliżmie nie wszystko jest tym czym wydaje się być i nie zawsze da się wszytko wyczytać z papierów.

     Tymczasem na skuterku czekały na nas najlepsze drogi na wyspie.

Komentarze : 4
2020-09-27 10:35:41 jazda na kuli

okularbebe - widzieliśmy też pick upy jakiś starych marek jak datsun, które były tak wyeksploatowane, że trudno to nawet opisać... ale wciąż jeździły a prawdę mówiąc to nawet pracowały
Marcin Jan - uff , następny turnus i była by lipa..
DominikNC - dzięki! pierwszy raz byłem na greckich wyspach i spodobało mi się. wrócimy na bank, najchętniej najpierw na santorini

pozdrowienia!

2020-09-22 22:45:25 Marcin Jan

właśnie jak dotarła do mnie informacja o tym huraganie to pomyślałem o hoho nasz kolega buja się po tej wyspie :D

2020-09-22 20:10:39 DominikNC

Cześć! Jestes dobrym obserwatorem. Chyba nie potrafię tego tak opisać, ale mam bardzo podobne odczucia z klimatu jazdy po greckiej wyspie. Pozdrawiam!

2020-09-21 21:29:18 okularbebe

Pięknie. Yamaha XT to jeden z tych motocykli, które pasują bardzo do wyspiarskiego, czy nadbrzeżnego stylu życia na południu. Zawsze dobrze komponuje się na tle przegrzanych, starych murów, lazurowej wody i tamtejszej przyrody. Zawsze robię tak zaparkowanym tam zdjęcia.

Modele na wtrysku po 2004 roku są technicznie inne i o wiele lepsze pod wieloma względami. Jednak to właśnie stara XT z gaźnikami i bez chłodnicy na tle tych późniejszych, wtryskowych i chłodzonych cieczą jest żywą legendą.

  • Dodaj komentarz