Najnowsze komentarze
No i cóż drogie pany - miało być t...
@TomSv: gwarantuje Tobie że jest s...
Gratuluję sprzedaży moto, współczu...
Szkoda, bo to dobry motor był. Nie...
Mariusz Korecki do: chiński badziew level pro
Brawo, w końcu konkretna recenzja....
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

11.07.2020 16:39

bieszczadzka przystań i browar warka

dzięki adwenczurowemu zacięciu udało się w końcu jakieś trasy porobić

 

    Siemaneczko przyjaciele! Jak tam sezonik w środku lipca? U nas za oknem sobotnia ściana deszczu i jedenaście stopni na parapecie. Ludzkość panikowała przed tegorocznymi suszami, gdy tymczasem wydarzyło się coś zupełnie odwrotnego - regularnie występują niemal ciągłe, obfite opady zalewające ludzkie infrastruktury. No coż, skuliśmy powierzchnie matki ziemi asfaltem i betonem, więc woda płynie sobie  i szuka ujścia - taka jej odwieczna natura.

     Dwa tygodnie temu zaplanowaliśmy wyjazd w rodzinne strony mojej Agi, oczywiście na motocyklu. Wzieliśmy wolny piątek. Niestety im bliżej wyjazdu, tym pogoda bardziej się psuła. Coś tam niby pokazywało, że w piątek opady mają zanikać, ale kiedy rano zerknąłem przez szybę ujrzałem wyżej wspomnianą ścianę deszczu. Byłem zdruzgotany. Poczekałem jeszcze do dziesiątej rano, spakowałem się i ze smutno zwieszoną głową zszedłem do samochodu aby pojechać po żonę. Kiedy jechałem ulicami miasta, deszcz stopniowo zaczął zanikać. Stanąłem więc na kawę, dzwonię  podekscytowany do Agi i podejmuję szybką i brawurową decyzję - wracam po graty i jadę na garaż po motor. Jak adwenczer to adwenczer.

     Wyjechałem na sucho, pakując się pospiesznie i niezdarnie drżącymi z niecierpliwości dłońmi. Czułem, że może być trudno i wymagająco, co też zresztą prawie od razu się wydarzyło. W połowie drogi do Agi deszcz zaczął znowy padać i to tak dosyć intensywnie bym powiedział. Akurat byłem w okolicy wiaty nieczynnej stacji benzynowej, zajechałem więc pod dach i założyłem pełny przeciwdeszcz, wraz z osłonami na buty. 

     Pięć kilometrów przed celem deszcz ustał. Dobrze, bo mina żony na widok mojej przemoczonej postaci była dosyć wymowna i jednoznaczna. Jednakże małżonka okazała się dzielna jak zawsze i nie wymiękła. Kiedy pakowaliśmy się do kufra pod domem znów zaczęło kropić. Dalej jednak, po wylocie z miasteczka uspokoiło się i nawet gdzie niegdzie błyskało słońce. Cała nerwowość uleciała ze mnie i zastąpiła ją ekscytacja wyjazdem. Jechało mi się rewelacyjnie a temperatura była dośyć wysoka, prawie dwadzieścia stopni.

     Pierwsza burza złapała nas na wlocie w województwo świętokrzyskie. Łoiło i to tak grubo. Potem było  prawie sto kilo suchej jazdy, aż w progi województwa łódzkiego. Tam deszcz poszedł już po całości. To była autentyczna ściana. Z pod kół tirów waliły trzy metrowe gejzery. Osobówki zatrzymywały się na poboczach. Ja cały czas cisnąłem stabilnie środkiem drogi tak stówą na liczniku. Na początku bałem się trochę aquaplaningu, bo były miejsca, gdzie woda strumieniami płynęła po asfalcie. Szybko jednak złapałem rytma, a pomagał mi w tym sam motocykl. Obładowany tygrys szedł po wodzie stabilnie jak łódż motorowa i tutaj chciałbym przy okazji coś więcej na ten temat wtrącić. Otóż prowadzenie tego motocykla jest bliskie perfekcji - nigdy nie wężykuje, nie podskakuje, nie wali się w winkle, nic nie stuka, nie puka nie wyje, nie hałasuje - on po prostu jedzie jak po szynach i tak ma właśnie być. Czy jest kufer, czy pasażer, czy wielki takkbag, nic go nie wzrusza, nie wybija z obranego toru jazdy a kiedy hamuje, nawet nie wiadomo jak mocno, on dalej jedzie prosto.

     Z pięćdziesiąt kilo przed celem deszcz ustał zupełnie i dojechaliśmy na wysuszonym motocyklu. Na miejscówce udostępniono nam garaż, a sam pobyt mieliśmy w małym domku letnistowym. Następnego dnia Aga została z rodziną na pogaduchy, a ja z samego rana wyruszyłem w dalszą zaplanowaną trasę. Tak jak pisałem, był to odcinek drzewica - nowe miasto nad pilicą - warka - grójec. Kiedyś, za młodego wypijałem hektolitry warki w strongu i chciałem zobaczyć jak to moj żołądek zbudował potęgę tego browaru. Wiadomo, kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów.

     Tak jak poprzedni dzień był kwintesencją trudnych warunków drogowych, tak ta traska była czystą radością z samotnego motocyklowania, taką bułeczką z masłem. Jechałem sobie w optymalnej temperaturze, po suchych, dobrych drogach do miejsc, gdzie nie byłem wcześniej. Mijałem wioski i małe miasteczka, pola, lasy i kwitnące łąki. Ruch był minimalny, a frajda z jazdy maksymalna. A sam browar w warce? ... no cóż, chyba jednak za mało tego piwska wychlałem, chociaż ryneczek mają fajny.

     Po powrocie siedliśmy z drinkami w słońcu przed domkiem i rozmyślałem nad tym jak bardzo opłacało się wyjechać mimo niekorzystnych okoliczności. Sprawdziłem bieżące prognozy i te pokrywały się z zapowiedziami - na mazowszu słońce, a u nas deszcz przez cały dzień. Ruszyliśmy zatem w dobrą stronę.

     Powrót w niedzielę mieliśmy na sucho i w dobrej pogodzie, przy czym na południu było zimniej i bardziej ponuro. Po powrocie od razu zatankowałem na fulla, oczyściłem i popsikałem spłukany deszczami łańcuch. Motocykl był wysyfiony niemal epicko, a cała trasa nawinęła na koła osiemset kilometrów. Zerknąłem w okienko, gdzie pozim oleju był prawidłowy, wciąż nie wymagał dolewki, jedynie kolor zmienia mu się z czerwonawego na taki raczej czarny.

    Potem były dwa tygodnie przerwy od jazdy, gdzie tylko odwiedziłem motockl, przesmarowałem zamki, jakieś elementy ruchome i jeszcze raz łańcuch. Mam teraz tak, że staram się nie jeździć bez sensu w koło komina między wyjazdami. 

    Minęlo pare dni oczekiwania i w końcu wypaliła planowana od dawna wyprawa w bieszczady, gdzie nie byłem od dziewiędziesiątego siódmego, kiedy to włóczyłem się z chińską dwójką wzdłuż ukraińskiej granicy, a Aga nie była tam nigdy. A i jeszcze raz byłem nad soliną z rodzicami i kumplem sebą (tym od ktm duke 390) pod większymi namiotami za dzieciaka. Jako, że mieliśmy zarezerwowane i częściowo opłacone noclegi w domku w bieszczadzkiej przystani motocyklowej wiedziałem, że wyjedziemy bez względu na pogodę... i tym razem czułem z tego powodu zbawienną ulgę i twardą pewność wyjazdu - przecież jak adwenczer, to adwenczer.

     Tym razem z pod domu wyjechaliśmy na mokro. Muszę jednak przyznać, że było spokojniej, a w Adze dokonała się pewna przemiana na którą liczyłem. Otóż po burzach z zeszłego wyjazdu nabrała sporo odporności na złe warunki, i w rezultacie ona jak i ja mieliśmy z lekka wyrąbane na deszcz, który padał. Jak na tyle lat wspólnego jeżdżenia dopiero teraz tak na prawdę oswoiliśmy demona, wcześniej zawsze robiliśmy trasy tylko przy dobrej pogodzie. Ale taki jest właśnie rok 2o2o - jak na razie pogoda jest centralnie z dupy, więc nie ma co wybrzydzać, trza po prostu próbować wyjechać.

     Byłem po dniu pracy za kółkiem, więc padający deszcz tym razem mocno mnie irytował. Do tego doszedł obajazd, który spowodował, że ruszyliśmy A4ką w kierunku na tarnów, zqmiast dołem na nowy sącz. Mimo, że na A4ce przestało padać, to żle mi się tym razem jechało. Byłem jakiś taki znudzony tą jazdą, zmęczony robotą, mniej wypoczęty. Stan ten trwał gdzieś do okolic tanowa właśnie. Bo kiedy tylko zjechaliśmy z autostrady, to od razu jakoś tak się rozbudziłem. Zobaczyłem góry na horyzoncie i od razu powiało przygodą. Wypiliśmy mocną kawę w pizzerni na trasie i znowu niepostrzeżenie wniknąłem w tą magię dalszych tras. No w końcu jechaliśmy motocyklem w te legendarne bieszczady, co nie? 

     Dzieś w okolicach krosna pojawił się nasz nowy motocyklowy przyjaciel, czyli dosyć intensywny deszcz. Na przemian zaczynało i przestawało padać. Dopiero już w bieszczadach zupełnie ustało,  i wtedy ach co to była za jazda. Góry parowały, a zapachy lasów oszałamiały. W tak euforycznym nastroju dojechaliśmy jak po sznurku do bieszczadzkiej przystani motocyklowej.

     Miejscówka jest świetna, to bez dwóch zdań. Wiedzie do niej drewniana brama z dwoma uralami czy dnieprami wiszącymi na łańcuchach po obu stronach. Na parkingu stało kilkanaście motocykli, głównie steranych życiem wyprawówek. Na obiekcie jest kilka wiat z poddaszami, gdzie stawiasz motocykl, a śpisz u góry nad nim. Jest też dom gościnny z pokojami, miejsce na grila i ognicho, przyczepa z gastronomią, barek przy recepcji i sporo miejsca do siedzenia. Zarejestrowaliśmy się i rozlokowaliśmy w jedynym domku holenderskim, na końcu pola namiotowego. Nie była to zwykła  plastikowa przyczepa w jakiej mieszkałem kiedyś w holandii, tylko jej lepsza wersja obita drewnem, z dobudowanym tarasem i przedsionkiem. W środku kuchenka gazowa, ogrzewanie elektryczne, kibelek i malutki prysznic z goracą wodą, czyli elegancko, takie moje ulubione ostatnio, domkowo/kempingowe klimaty.

    Z samego rana lekko kropił deszczyk, ale szybko się uspokoił. Koło domku powitała nas brązowa żmija i parę okazałych winniczków. Odpaliłem motura, który na wilgotnym, górskim powierzu pomachał do nas białymi obłokami pary z wydechu. Wytarłem siedzenia z wigloci papierowym ręcznikiem i ruszyliśmy na szybki objazd bieszczad. Było sucho i chłodno, mocno pochmurzono, surowo. Około dwunastej zajechaliśmy do słynnej knajpy siekierezada w cisnej na wczesny obiad. Żarcie zacne i ceny dobre, a klimat knajpy naprawdę czadowy, jak ktoś lubi szatana i rok end rola. Potem niespiesznie, przez polańczyk i solinę wróciliśmy górą z powrotem do przystani, do miejscowości czarna.

    Zrobiło się ciepło i słoneczko zabłysło więc na miejscówkę zaczeły się zjeżdżać całe chmary  moturów. Ścigi, czopery, przeróżne maszyny ze wszystkich chyba możliwych segmentów. Większość zatrzymywała się na kawę i fotki i jechała gdzieś dalej. Widać było gołym okiem, że to miejsce ma  szczególnie dobrą renomę w okolicy. Byłem ciekawy Agi zdania na temat bieszczad i samej przystani, bo przecież dziewczyna trochę pojezdziła ze mną na motocyklach po chociażby górzystych wyspach i ma spory ogląd,  więc pytam ją o to na krzesełkach przed naszym lokum. A ona spogląda po okolicy i mówi, że gór to tu za bardzo nie ma i że są tu tylko trzy budy na krzyż, ale  że ogólnie klimat bardzo ciekawy. Podoba jej się.

    Właściwie to z tą przystanią jest tak, że od jakiegoś czasu widzę sporo o niej informacji i fot na fejsbuku głównie. Jedni chwalą pod niebiosa, inni narzekają, że drogo, a większość wymienia ją jako miejsce w bieszczadach niemal obrosłe żywą legendą. Ja tak nie kojarzę za bardzo, żeby to miejsce było popularne,  kiedy sam zaczynałem jezdzić i wymieniane, jako odwieczny symbol motocyklowego kultu bieszczadzkiego, zapytałem więc koleżanki z recepcji od jak dawna działa ośrodek. Okazało się, że siódmy sezon, co wiele wyjaśnia. Trzeba jednak przyznać, że szybko obrastają estymą. Rozdają przy rejestracji naklejki ze swoim logiem, można dokupić kubki, naszywki i inne tematyczne pierdoły, całość obejścia jest fajnie zadbana no i zakaz wjazdu samochodów na główny obiekt też sporo robi.

    Wieczorem rozpalane jest ognisko, gdzie można przygrillować sobie jakieś jedzenie i posiedzieć. Ktoś przygrywał na gitarce i tak trochę przypomniały mi się stare czasy jak się jezdziło pod namioty na obozy harcerskie, gdzie najlepszym oczywiście okresem była zakrapiana unitarka. Teraz jednak jak mam być szczery, to ani ja ani Aga nie jesteśmy jakoś szczególnie fanami spania pod namiotem,  nie wiem, może już się w nim naspaliśmy. Chociaż, nigdy nie mów nigdy... dobre rzeczy czasami wracają.

    Rano w niedzielę jak wyjrzeliśmy przez okno to otoczenie mocno się zmieniło - domek otaczały kolorowe plandeki. Spakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy na ostatnie dwa punkty programu:  góra szybowisko bezmiechowa i na drogę 28 w góry słonne.

    Na bezmiechowej było pustawo, słonecznie i bezchmurnie,  a z góry roztaczał się piękny widok na bieszczady. Pod sam hotel/ośrodek można wjechać wąską, asfaltową drogą w dobrym stanie. Po drodzę jest podobno winkiel o szczególnym profilu, który wyrzuca motocyklistów w pole jak kot zrzucający figurki z półki, ale ja nie ogarnąłem który to dokładnie zakręt mógłby być. Po szybkiej kawie na górze pojechaliśmy prosto na legendarne winkle słonne.

    Muszę przyznać, że tak jak rok temu słynna droga stu zakrętów mocno mnie rozczarowała, to tutaj była od razu pełna ekstaza. Tam jest winklowanie nieomal jak w alpach. Była dziesiąta rano, asfalt wymyty wcześniejszymi burzami i sekcje dobrze wyprofilowanych patelni jedna za drugą. Do tego świetne widoki, no po prostu droga istna petarda. Na pewno jedna z najlepszych dróg na moto jaką w polsce jeździliśmy. Aga poszła na kilka minut na punkt widokowy na górze, a ja rzuciłem się dół i zrobiłem cała sekcję jeszcze raz na solo. Coś pięknego, choć zauważyłem, że nie poszedłem pełnym ogniem na maksymalnym złożeniu. Może to i dobrze.

    Potem zrobiło się dosyć ciepło i końcówkę trasy wracaliśmy w konkretnym upale. Cała droga wyniosła w sumie tysiąc sto kilometrów, była zróżnicowana i muszę przyznać, że wróciłem trochę zrypany, ale totalnie szczęśliwy i naładowany. Trzy dni na motocyklu, wstajesz codziennie rano i  wieszbyła będziesz dziś jezdził, jutro też i pojutrze. To była ta esencja jeżdżenia, ten sens, ta podróż, ta droga. To definiuje jaki motocykl w przyszlości będzie nam potrzebny - przede wszystkim wygodny, dobrze chroniący przed wiatrem, o dużej ładowności, mocnych hamulcach i sporym momencie obrotowym. 

   Obie trasy, choć wymagające technicznie spowodowały, że znowu jest ochota na więcej, już samo planowanie daje sporo radości. Jeżeli nic się nie wykrzaczy, to jest duża szansa, że uderzymy z tigerem 1o5o na rumunię w sierpniu, zmierzyć się z kultem transfogarskiej i transalpiny. Miało byż z początkiem wrześna, ale we wrześniu mamy z Agą ostatni tydzień urlopu w tym roku i tu również planuje jakiś motyw z motocyklem w tle.

   No chyba, że znajdzie się jakiś chętny na tygryska, bo wczoraj wyjechałem porobić nową serię zdjęć motocykla i dziś wystawiłem go na otomoto po raz trzeci. 

    Zobaczymy, czy coś się wydarzy.

Komentarze : 4
2020-07-23 21:54:11 strażowy

@Marcin Jan : coś Ty , opisuje "złoteskrzydło " :) :)

2020-07-23 09:15:30 Marcin Jan

"wygodny, dobrze chroniący przed wiatrem, o dużej ładowności, mocnych hamulcach i sporym momencie obrotowym"

Jak nic GS.

W biedsy od nas to tylko przez Słowację.

2020-07-15 07:48:12 Strażowy

...Bieszczady to moje rodzinne klimaty, plastyczne góry które bardzo polecam we wrześniu : koloryt, mniej dreptaczy...żeby co roku śmigać po tamtejszych asfaltach to pewnie przesada choć jak ktoś ma rzut beretem to cz mu nie . Asfalty skutecznie poprawiane więc co sezon jest bardziej kulturalnie. Moim zdaniem miejscowi są serdeczni i uczynni ( zawsze trafić się może jakaś ułomna rozumowo menda - jak wszędzie ) a i sporo ludzików z innych stron kraju spotkać można, wtedy rozmowy Polaków do rana , polana rozśpiewana, gitara rozłupania...ogólnie reset całościowy ECU więc z jazdą na chwilę "stop" :)
Blisko na Słowację gdzie dobrych dróg też sporo, choć reżim prędkościowe okrótny. Rumunia też w zasięgu po kilku godzinach turlania. Jeśli ktoś dodatkowo lubi klimaty połonińskie z buta to powinien być zadowolony nawet po tygodniu pobytu lub dłużej .
Fajnie że smaki motocyklowe nadal "przyprawiasz". Im się dłużej planuję tym częściej się pitolić...u nas szybki temat na ostatni weekend i 730 km pękło , zwiedzony Wolin, kawał link brzegowej Bałtyku ( woda ciepła :) ) a na powrocie: Drawski, Drawieński i Sierakowski Parki Narodowe. Cielątko dobrze się sprawdziło przy tego typu wycieczce, łyka km jak wściekłe, doskonale chroni od wiatru i deszczu, użycza sporo powera i elastyczności w dwie osoby z kompletem tornistrów...przejazdy przez las po kiepskich drogach ze sporą ilością wody i piach to nie odpowiednie klimaty dla takiego rumaka, cross-tur swoje zalety pokazuje w innym otoczeniu
.....sierpień - Rumunia ? ...znowu ? hmm...może ? hehe pożyjemy , zobaczymy
Życzę realizacji planów i sporo zadowolenia z toczydła obecnego lub kolejnego

2020-07-11 23:40:52 okularbebe

Z Bieszczad tak właśnie zapamiętałbym wyjazd jak opisałeś. Plus rozwalony asfalt i agresywni lokalesi w np. renault kangoo.

Dzięki za relację.

  • Dodaj komentarz