Najnowsze komentarze
Dzięki Pany! Okularbebe - no jak...
Tak lekko to opisałeś, 1200km w 15...
Gratuluję i zazdroszczę. Dla mnie ...
Qrde, ale czad 2 ! To było uczucie...
Witam! Zaliczyłem jazdę testowa Ya...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

05.05.2019 10:55

grand kanarija

archipelag psów 2, czyli dzisiaj opowieść o motocyklowym raju w miniaturze, który dane nam było odwiedzić

 

     https://jazda-na-kuli.riderblog.pl/archipelag_psow,b5351.ht ml

     Buenos dias! Tytułem wstępu, wkleiłem powyżej linka do mojego artykułu "archipelag psów" z marca zeszłego roku, w którym opisałem moje/nasze podróże na wyspy kanaryjskie w latach 2011-2018, a dokładniej na la palmę, teneryfę, lanzarote i fuertewenturę. Znajdziecie tam także nawiązania do innej wyspy, portugalskiej madery - między tymi lokalizacjami dostrzegałem wiele podobieństw, no i łączył je jeden zajebisty, podstawowy element: motocykl.

     19 kwietnia bieżącego roku udaliśmy się z Agą na tygodniowy urlop do maspalomas - głównego kurortu wypoczynkowego, mieszczącego na południowej stronie wyspy, a dokładniej do playa de inglese, leżącego tuż obok. Pogodę jaka panuje w tym miejscu, w tym okresie nazwalibyśmy bardzo ciepłą, coś jak nasze lato. Prognozy pokazują 22' -  24', ale w rzeczywistości jest środkowej części dnia jest gorąco i co najważniejsze - nie wieje. Jeśli przeczytaliście mój wpis z powyższego linka, to wiecie, z jakim wiatrem na motocyklu trzeba się było zmagać na lanzarote. Tam fragmentami wiało wręcz epicko.

     Wypożyczalnie motocykli na kanariji miałem już obcykane wcześniej, ale nie chcieli mi zarezerwować konkretnych motocykli online z polski na jeden dzień - priorytet miały rezerwacje trzydniowe. W odległości 30 minut spacerkiem od hotelu mieliśmy do wyboru trzy wypożyczalnie: dwa oddziały tivoli rent oraz moto bike rent, na którą w końcu się zdecydowaliśmy.

     Wybór motocykli był dosyć spory i zarazem niełatwy. W ulotce królowała crf 1000, gs 1200 i ktm 1290 - pozycje za około 125€ za dobę. Mając już spore doświadczenie w wynajmowaniu sprzętów, nawet nie brałem tych ofert pod uwagę. Oczywiście, miałem chrapkę ponownie przejechać się afrą, bo z jazdy testowej na jej premierze w 2016 niewiele wyniosłem, ale wiedzialem doskonale, że tego typu potężne adwerczury są w tych warunkach nieco przerostem formy nad treścią. Chociaż, na upartego od południa, poprzez wschodnią stronę na północ, można by nieco poszaleć na autostradzie gc-1, która biegnie wybrzeżem do las palmas - stolicy wyspy.

     Tymczasem zdecydowaliśmy się na srebrną hondę nc 750x w manualu, której może poświęce osobny wpis, bo jest tego warta. Z ubezpieczeniami był to koszt 85€ na dobę. W zestawie kufer i u-lock na koła. Z mniej przyjemnych formalności, konieczna była blokada na karcie kwoty 700€ jako kaucji. Pracownik udostępnił małą przebieralnię na zapleczu z toaletą i zaproponował dwa czarne kaski hiszpańskiej firmy mt helmets - światowego lidera w zaopatrzeniu służb mundurowych w sprzęt ochronny. Kaski owe,  to były jety bez blendy, ale sprawdziły się doskonale i były dosyć wygodne. Podczas udostępniania karty spotkała mnie zabawna sytuacja - zapomniałem pinu, którego używam przecież od lat. Gościu zaśmiał się tylko i mówi do Agi,  że często się to zdarza - faceci jak widzą motka i wiedzą, że zaraz pojeżdżą to zapominają o bożym świecie.

     Pracownik zapytał nas też dokąd planujemy się wybrać. Nie miałem sprecyzowanych planów, jedynie miasteczko teror i szczyt pico de nives, taka trochę improwizacja. Pokazał nam na ekranie mapę pogodową z zachmurzeniami i ostrzegł przed motocyklistami na ścigaczach na konkretnych odcinkach dróg. Pukał się przy tym w czoło, wielokrotnie obrzucając ich epitetami typu dumb i stupid, zwracał uwagę, że te osły ścinają zakręty do tego stopnia, że może dojść do kolizji z nadjeżdżającym z naprzeciwka motocyklem. Wyczułem autentyczny gniew doświadczonego motocyklisty, czuć było, że jest mocno wjeżdżony i jest mu za nich bardzo, ale to bardzo wstyd.

     Honda prażyła się w słońcu przed biurem, obok dl'a 650 i xt 660x. Jeździłem poprzednim modelem nc 700x parę lat temu i byłem bardzo ciekawy wersji 750x, zwłaszcza, ze motocykl wywołuje sporo skrajnych opini i ma swoją rzeszę oddanych wielbicieli. Było trochę ryzyka, bo nc 700 średnio mi podeszła ze względu na nietypową charakterystykę pracy silnika, a  teraz jeszcze dochodził kufer i pasażerka na pokładzie.

     Tak się składało, że w odległości paru kilometrów od hotelu, rozpoczynała swój bieg droga gc-60, mekka lokalnych motocyklistów i tam najpierw skierowaliśmy nasz motocykl. Ekstaza rozpoczęla się niemal natychmiast, parę kilometrów za miasteczkiem maspalomas znaleźliśmy się od razu wśród epickich szczytów i przełęczy, przemykaliśmy ponad pionowymi przepaściami niczym strudzeni podróżnicy od tygodni w siodle, w końcu na dalekich, egzotycznych szlakach. Coś w stylu, że rano pijesz kawkę w hotelowym barze, wśród rozleniwionych grubasów i nagle pstryk palcami i jesteś na adwenczurze swojego życia.

     To była jazda z gatunku tych, podczas których ma się ochotę po prostu od razu zesrać ze szczęścia. No bo wyobraźcie sobie: równiutkie, suche asfalty o nielogicznym wręcz natężeniu winkli, piękną, słoneczną pogodę z idealnym komfortem termicznym, i praktycznie brak jakiegokolwiek ruchu na drodze. To było takie uczucie, jak gdyby jeździć po zamkniętym, specjalnie wyselekcjonowanym na motocykl odcinku. Przypomniało mi to trochę szaleństwo na nockalmstrasse w alpach, z tym że tutaj nie trzeba było za to płacić i nie było w koło innych uczestników ruchu drogowego.

    Cały obsrany przeleciałem przez malutką miejscowość fataga, a potem san bartolome de tirajana a trasa ta pozostanie w mojej pamięci, jako jedna z najlepszych podróży ever. Oldskulowo korzystaliśmy jedynie z mapki otrzymanej w wypożyczalni, ale drogi w tej części wyspy były oznaczone stosunkowo dobrze i nie bładziliśmy po okolicy.

     W centralnej części wyspy pogoda pozwoliła na wjazd na najwyższy szczyt gran canarii - pico de nives, około 1900m npm. Ciekawa sytuacja, ponieważ będąc na parkingu pod szczytem, znajdowaliśmy się tuż nad poziomem chmur i przez nie spoglądaliśmy na widoki poniżej. Później, w jakimś innym miasteczku, którego nazwy nie pamiętam, zaparkowaliśmy pod kościółkiem, wśród kilkunastu innych motocykli. Zjedliśmy po zupie do której podanio sucharki z jakąś pastą oraz pieczywo, cena takiego skromnego posiłku dla nas turystów wyniosła równe 11€ plus napiwek. Piszę turystów, bo pamiętajcie - turysta zawsze płaci więcej niż lokales.

     Potem przyszedł czas na górską przeprawę, którą Agnieszka nazwała najtrudniejszym odcinkiem w całym swoim dotychczasowym motocyklowaniu. Była to bodajże droga nr gc-210 na odcinku artenara do la aldea del san nicolas. Asfalt był gorszej jakości, a ruch pojazdów praktycznie zerowy, przy czym surowe, górskie widoki zapierały dech w piersiach. Jednak w drodze nie było żadnych irytujących dziur - po prostu jej powierzchnia była zanieczyszczona, jakby obsypana dosyć obficie żwirkiem. Do tego droga wiła się w dół iście stelviowskimi agrafkami. Ja bawiłem się tam doskonale, jednakże Aga wyznała mi potem, że na niektórych fragmentach zjazdów włosy dęba stawały na głowie. Tak, czy owak pod sam koniec ja też poczułem się z lekka przymęczony, miałem ochotę na dobrą kawę po tej  pysznej zupce, a tu w około jedynie surowe zbocza gór, przepaście i zero jakiejkolwiek cywilizacji.

     Odcinek ten przemierzaliśmy dosyć długo, pokonując niewiele kilometrów. W końcu dotarliśmy do upragnionej kawy w przydrożnej knajpce, gdzie siedziało też parunastu innych motocyklistów na przeróżnych maszynach, przy czym dominowały ścigi i mocne nakedy. Najmniej podczas tego wyjazdu napotkaliśmy czoperów i kruzerów, to sprzęty najwyraźniej niezbyt efektywne w tamtych warunkach. Kawka była świetna i mocna, jak to w tych rejonach świata, z napiwkiem trzeba liczyć tak 4€ za dwie filiżanki (jak dla turysty)

    Wracaliśmy na południe odcinkiem trasy, przed którą ostrzegał nas pan z wypożyczalni, ale żadnych incydentów ze stupidos na ścigaczach nie odnotowaliśmy. Zajrzeliśmy po drodze do puerto de mogan, malowniczego portu i miasteczka, ale nie mieliśmy już za bardzo siły na jakieś edukacyjne spacery, więc zwiedziliśmy focąc z pokładu motocykla, przy czym jak zwykle w rolę paparazzi wcieliła się Agnieszka  - ma dobre oko i wie co i kiedy pstryknąć. Do tego idealnie nadaje się mały aparat powiedzony na szyi. Kompakt, bo cyfrówka taka trochę za ciężka.

    Nasza podróż zakończyła się po całym dniu latania, a ja już knułem następny poranek. W hotelu mały minusik, bo wewnętrzny parking na dobę w cenie 5€ i trochę papierologii plus kolejka w recepcji, gdy już człowiek spragniony spogląda w kierunku baru, co by spłukać kuflem piwa kurz przebytych szlaków. Niestety, mimo, że hondę wypożyczyliśmy o 10.30 rano to musiałem ją zwrócić do godziny 9.30 dnia następnego (następny minusik), co oznaczało, że nie będę miał rano za dużo czasu. A planowałem ponowny powrót na mekkę lokalnych motocyklistów - drogę gc-60.

     Parę minut po siódmej dnia następnego, kiedy przed hotelem panowały jeszcze poranne ciemności (tam tak jest w kwietniu), odpaliłem ponownie srebrną hondę. Byłem niby spokojny, ale epickość sytuacji trzepała mną na wszystkie strony, podobnie jak podwójne ekspresso z hotelowego ekspresu. Znaną już trasą udałem się w kierunku san bartolome. Panował chłodny ranek, ale z powodu niezbyt wysokich prędkości na zakrętach, nie odczuwałem tego aż tak negatywnie. Podobnie jak rok temu na lanzarote zabraliśmy własne rękawiczki, łindstopery, softszele z wysokimi kołnierzami, miałem też kalesony, które założyłem na rano i krótkie buty motocyklowe  - byłem dobrze ubrany. Generalnie to trudno opisać motocyklowe emocje jakie mną targały podczas tego przelotu, ale starałem się być odpowiedzialny - gdybym zwalił się w jakąś przepaść to długo mogli by mnie nie odnaleźć. Zrobiłem po drodze pare zdjęć, mając jednak nieodparte wrażenie, że żadna fotografia nie odda tej ekscytacji zakrętami, mglistym świtem daleko od domu, na obcym motocyklu.

     Tak w skrócie wyglądała nasza przygoda na grand kanarji i przyznaję, że mam lekki niedosyt, a samą wyspę uważam, za najlepszą naszą dotychczasową lokalizację motocyklową. Jest jeszcze wiele miejsc na świecie, które chciałbym odwiedzić, ale zauważyłem, że jak nie można gdzieś wynająć motocykla, czy skutera, to ja już tak za bardzo nie chcę tam jechać. Canaria jest wyspą o wielkości uniemożliwiającej jej dokładne zwiedzenie na motocyklu przez jeden, czy nawet dwa dni - oferuje więcej i mnóstwa rzeczy nie widzieliśmy. Staramy się nie jeździć dwa razy w to samo miejsce, jednak mimo tego canaria zachęca, aby odwiedzić ją ponownie.

     Dwa dni później wypożyczyliśmy jeszcze samochód na jedną dobę. Myślałem o motocyklu, ale też nie chciałem Agi przemęczać zbytnim zagęszczeniem motocyklizmu. Toyota Aygo kosztowała zaledwie 30€ na dobę i wymagała jedynie 50€ kaucji bez angażowania karty płatniczej. Mimo, że uwielbiam jazdę po górach także samochodem, muszę przyznać, że tam chwilami byłem poirytowany. Kiedy trafi się snuj na drodzę, motorem raz dwa go opykasz, a tam winkle są tak gęste, że ciągnie się taki i trza sie za nim męczyć, zwłaszcza, że silniczek w aygo ledwo zipiał na przewyższeniach. Byliśmy nią w okolicach malowniczego  miasteczka teror i mocno tam pobłądziliśmy. Bez navi strasznie ciężko było wrócić na czuja w dół, na południe wyspy, rwało się oznakowanie, a trudność techniczna niektórych odcinków pochłanaiła sporo czasu, był też objazd z powodu zwaliska kamieni na drogę. Jedynym wybrnięciem z irytacji okazał się powrót na północ prawie pod samą stolicę, skąd przyjechaliśmy do teror i powrót do maspalmas autostradą gc-1, która była zbawienna jak oaza na pustyni. Z ciekawostek dodam, że przed jednym miasteczkiem doznaliśmy największej stromizny pokonanej pojazdem mechanicznym w swoim życiu. Wbiłem jeden i gaz do dechy, a aygo o mało nie przewróciło się do tyłu na dach, nie było widać co jest za górką, tylko chmurki wysoko na niebie i ściane asfaltu przed maską. Na motorze byłby tam niezły czad.

     Paliwo na canarii jest relatywnie tanie, poniżej 1€,  zarówno motocykl jak i samochód zatankowaliśmy za niecałe 10€. Autko oddaliśmy tego samego dnia, bo w okolicach hotelu ciężko było o jakieś wolne miejsce parkingowe i mimo, że mogliśmy jeździć do godzin przedpołudniowych dnia następnego w zapłaconej cenie - mieliśmy już tej fury powyżej uszu, mimo że była prawie nowa i klimka plus wszystko działało elegancko.

    Tak że, polecamy tą wyspę. Powtórzę jeszcze raz, co jest dla mnie najbardziej istotne - w kwietniu na wyspie nie wiał uporczywy wiatr. Mogliśmy siedzieć nad basenem spoceni, z piwkiem,  bez sweterka i zatyczek do uszu i opalać się na heban, wśród palm i atmosfery "tropików". Kanarija nazywana jest kontynentem w miniaturze i w pełni to potwierdzamy, ja  pójdę nawet dalej i dodam od siebie, że jest to także jeden z dostępnych powszechnie rajów motocyklowych w miniaturze, bez fotoradarów, radiowozów i innych przeszkadzajek. Lasy iglaste w centralnej części, dużo zieleni, a nie same tylko wulkaniczne szczyty. Plaża w maspalomas może i nie jest pudrowo karaibska, ale szeroka i piaszczysta. Do tego są w centrum świetne wydmy i wielokilometrowe promenady ciągnące się wzdłuż wybrzeża, w wielu odcinkach wznoszące się nad brzeg parenaście metrów i oferujące fantastyczne widoki z góry, na małe piasczyste zatoczki. Jest co robić, jest gdzie jechać, wszystko jest  dostępne na wyciągnięcie ręki. Można  też walnąć piwko, czy małe dwa na trasie, przy pizzy i lecieć dalej - 0.5 promila we krwi to tam jak najbardziej spoko, chociaż my przejechaliśmy wszystko na super trzeźwo - tak akurat wyszło.

     No i czego chcieć więcej? 

Komentarze : 2
2019-05-13 19:38:46 jazda na kuli

Gie-na-2oo - to akurat tak się składa że Majorka jest naszym kolejnym planem na następne wakacje. Widziałem, że są tam wypożyczalnie z motorkami jak najbardziej.

2019-05-07 09:04:46 Gie-na-2oo

Brzmi super, sam jestem fanem Wysp Kanaryjskich i na pewno nastepnym razem kiedy tam bede, wezme motocykl przynajmniej na jeden dzien. Bedzie mozliwosc zeby popraktykowac winklowanie:)
Swoja droga bylem w tym roku na Majorce na pare dni i musze przyznac, ze Majorka rowniez wyglada jak raj dla motocyklistow. Drogi rowniutkie, zadbane i mnoostwo winkli. Jedynym minues jest ogromna ilosc rowerzystow, co przy jezdzeniu po wyspie samochodem zdacydowanie przeszkadzalo, jednak na moto nie powinni oni stanowic problemu :)

  • Dodaj komentarz