Najnowsze komentarze
To cud, że jeszcze jeździmy. Z wi...
DominikNC i Marcin Jan - wielkie d...
Marcin Jan do: archipelag psów
siema, coś z innej mańki, katowic...
DominikNC do: archipelag psów
Zawsze to miło przeczytać relacje ...
captch a właściwie recaptcha uruch...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

01.07.2017 16:22

pierwsze w życiu torowanie

czyli opowieść o niespodziewanym proficie, jaki po czasie przyniósł trzyletni, uliczny uniwersytet pokonywania miejskich zakrętów, na litrowym, japońskim stritfajgterze.

 

 

    Na początek należy się z mojej strony sowite odszczekanie. Bo gdzieś tam, w jakiś komentarzach zasugerowałem, że wydaje mi się, że to całe torowanie jest nudne i przereklamowane. Że to takie trochę szpanerstwo jest. Takie tam, że młodzi gniewni polskich ulic próbują robić z siebie dupnych Valentinów i pławić się w blasku glorii, przed tymi, którzy na torze jeszcze nie byli. Motovlogi, w których pojawiały się za częste relacje z torów porzucałem i przestawałem oglądać. Przychylałem się do opinii, że zbyt duży przyrost umiejętności wykształconych w torowych warunkach, może źle się skończyć na śliskich winklach dróg publicznych. 

     Tak naprawdę to żal mi dupę ściskał, a jednocześnie nie chciało mi się czegoś z tym zrobić i na torze w końcu się pojawić.

    Na swoją obronę mam jedynie to, że zastrzegałem przy tym, że tak do końca to nie wiem jak jest naprawdę, bo po torze nigdy nie jeździłem, więc nie chcę się wprost wypowiadać, a działam jedynie w sferze przypuszczeń poczynionych przez innych. To znaczy jeździłem, ale po torze ziemnym, krosowym, na KTM'ie 450 SX (pozdro Seba) Wiedziałem, że kiedyś trzeba będzie spróbować swoich sił i na prawdziwy tor się w końcu wybrać. Jest to bowiem, w mojej ocenie, coś owianego legendą, coś w rodzaju mekki motocyklowej w naszej szerokości geograficznej, podobnie jak epickie wyjazdy na alpejskie przełęcze. 

    Okazja trafiła się dzięki imprezie "Triumph i przyjaciele". Firma zorganizowała event na torze w Łodzi, a w zasadzie w Kiełminie koło Strykowa. Zapisałem się mailowo odpowiednio wcześniej, na jazdę motocyklem Speed Triple 765. Najpierw przyszła odpowiedź, że miejsc już nie ma, a później, że jeszcze są i moja jazda wypadnie w niedzielę o 15.30. Poinformowano mnie także, że jest możliwość pojechania sesji na własnym motocyklu, na którą przystałem ochoczo.

   Kiedy już się zapisałem, targnęły mną wątpliwości. Przecież ja nie mam zielonego pojęcia o jeździe po torze. Nie wiem co będzie znaczyło jak mi machną jakąś flagą, co wypada a co nie, jak jeżdżić, gdzie wjeżdżać, a gdzie wyjeżdżać. Nie wiedziałem kompletnie niczego, a jak mniemałem, na taką imprezę, to zapiszą się pewnie starzy, torowi wyjadacze, przy których najpewniej narobię sobie siary, z tym moim śmiesznym turystycznym Tigerem 800, i tyle z tego będzie - wstyd i hańba.

   Jednak jako, że nie należę do gości, którzy tak łatwo wymiękaja i schodzą z obranej wcześniej ścieżki, w dzień imprezy pojawiłem się rano, przy swoim motocyklu. Na krystalicznie czystym nieboskłonie, operowało już piękne słoneczko i zapowiadał się gorący dzień. Zainstalowałem kufer na różne drobiazgi na ogonie, a na tyłek założyłem dżinsy z ochraniaczami i starą skórę, pod którą miałem czarny sweter z golfem, gdyż z rana było jeszcze dosyć chłodno. Maszyna była pod korek zatankowana, a łańcuch parę dni wcześniej solidnie nasmarowany. Wypadłem na ekspresówkę i podekscytowany ruszyłem na północ. Motocykl pode mną pracował pewnie i spokojnie, ruch był na drodze był minimalny, a ja czułem się fantastycznie. Czułem zew zbliżającej się przygody. Towarzyszył mi już od wczoraj, kiedy to pojechałem w góry, w okolice Ustronia, poćwiczyć trochę na górskich zakrętach.

    Dobrego nastroju nie zepsuła mi nawet pomyłka na węźle Stryków, gdzie pojebałem drogę i pognałem w przeciwnym kierunku, wcześniej z lenistwa nie odpaliwszy nawigacji. Sam dojazd na tor jest średnio oznakowany, a samej miejscowości Kiełmina, moja archaiczna navi nie odnalazła. Po odkryciu swojej pomyłki i zawróceniu na następnym węźle, poszło już dobrze. Na stacji benzynowej, przy pierwszym rondzie po zjeździe z autostrady, nalewacz skierował mnie w kierunku na Zgierz i zapewnił, że napotkam na swej drodzę stosowny drogowskaz, kierujący mnie na obiekt sportowy.

    Po paru kilometrach byłem już na miejscu. Dojeżdżając usłyszałem i zobaczyłem pędzace po nitce toru rozpędzone, błyszczące maszyny. Nie czułem już jednak żadnej obawy. W żyłach oplatających moją czaszkę, miarowo łomotała kofeina z dużej kawy, wypitej wcześniej na stacji benzynowej. Byłem gotowy, scalony z motocyklem w zgodnie pracującą jedność. Teraz nie chciałem już przejechać się jedynie po torze, ażeby tylko sprawdzić, jak to jest. 

    Chciałem się ścigać.

    Postawiłem motocykl na parkingu i podeszłem do namiotu organizatorów. Oznajmiłem, że chciałbym skorzystać z możliwości przejazdu własnym motocyklem i spytałem kiedy będzie to możliwe. Znudzony facio w koszulce Triumpha spojrzał od niechcenia na stojące w rzędzie sprzęty i zaprosił mnie od razu do kolejki. Powiedział, że raja wyjeżdża za pięć minut i jeżeli zdążę, to mogę się dołączyć, bo jest jeszcze miejsce na dwa motocykle - na razie do wyjazdu oczekiwało ich trzynaście.

    Ruszyłem więc pędem spowrotem na parking. Odpychając się nogami, tyłem ze swojego miejsca, w lusterku dostrzegłem kufer. Kurwa, przecież nie pojadę z kufrem na tor, na miłość boską, przytomnie zauważyłem. Zgasiłem moto, niezgrabnie i w pośpiechu odczepiłem plastikową Kappę i rzuciłem ją na trawnik. Zastanawiając się, czy jeszcze kiedyś ją zobaczę, podjechałem do kolejki jako ostatni, oczekujący do wyjazd na obiekt.

    Machając jakąś pałeczką, prowadzący tą całą imrezę, nakazywał nam po kolei wjazd na szarą nitkę toru. Motor i gumy były rozgrzane dopiero co pokonanymi dwustoma kilometrami, a ja nastawiony bardzo bojowo. Wpadłem na tor, na pełnej w moim mylnym mniemaniu petardzie i od razu rozpocząłem pogoń za jadącym przede mną motocyklem.

    Mój Tiger, mimo kiepskiego ogumienia, dosyć pewnie przylepił się do asfaltu. Jego powierzchnia była czysta i sucha, co bardzo spotęgowało moje poczucie pewności siebie. Topografia toru jednak, nie była mi znana, można więc powiedzieć, że się z nim zapoznawałem, jadąc prawdopodobnie sztywno jak pokrak  z kreskówki. Niedługo minęło, kiedy zaczęły wyprzedzać mnie pierwsze motocykle. Obserwowałem ich triumfalne linie przejazdu i sposób w jaki najeżdżały na zakręty i próbowałem czerpać z tego naukę, od razu wprowadzając ją w życie.

    Tymczasem jednak, sprawni riderzy robili mnie i mi podobnych jak chcieli. Śmigali z lewej i prawej z niezwykłą lekkością, szorując po ziemi swoimi sliderami. Niektórzy między winklami, wstawali nawet na koło i tak pokonywali dzielącą nas odległość. Rozpędzone supermociaki wbijały się w winkle w iście żużlowym stylu. Od razu było widać, kto jest tutaj nie pierwszy raz.

   Nagle, na pewnym ostrym, prawym zakręcie przyszorowałem butem o asfalt. Na kolejnym także. To wzbudziło we mnie budującą pewność czynionego błyskawicznie progresu. Cenne minuty uciekały, w ustach zaschło mi kompletnie, ale byłem szczęśliwy. Otwarłem szybkę kasku w którym zagotowała się piekielna sauna. Przede mną zamajaczyły dwa najwyraźniej jadące wolniej motocykle - bonneville i thruxton.Wychodząc z zakrętu tak agresywnie, jak tylko potrafiłem wyprzedziłem oba lewą stroną. W krótkich przebłyskach świadomości, w mikro przerwach w skupieniu totalnym, odnotowywałem, że właśnie teraz dzieje się coś bardzo ważnego, przełomowego w moim dotychchczasowym motocykliźmie.

    Chwilę później znowu powyprzedzało mnie paru konkretnych zawodników. Za następnym zakrętem opykałem prawą stroną zamulającą dziewczynę jadącą na T100, a na kolejny lewy winkiel udało mi się najechać, po idealnej w moim mniemaniu lini i z idealną ku temu prędkością. Zwiesiłem się z Tigera, jak Tarzan z drzewa i jeszcze bardziej odkręciłem rollgaz.

    Wtedy pierwszy raz usłyszałem to i poczułem. 

    Pierwszy raz od sprzedaży mojego Z1000'a darłem podnóźkami o asfalt. I nie było to jakieś znane mi, smętne stuku-puku, tylko solidne, długie hrrrrrrrrrrrrrrr. Podnóżek oparł się o nawierzchnie sugerując, że gdyby nie on, złożenie mojego motocykla mogło by ponieść porażkę w starciu z prawami fizyki.

    Uzmysłowiwszy sobie ciężar tego, co się właśnie wydażyło, zacząłem kręcić jeszcze bardziej. Na następnym winklu, stal lewego podnóżka znów zagrała swoją przepiękną muzykę na asfaltowym instrumencie. Tuż przed kończącym zmagania, machnięciem flagą, zaatakowałem i objechałem kierownika na Tex'ie 1200, a także nie dałem się wyprzedzić innemu kozakowi, który niepostrzeżenie usiadł mi na ogonie.

    Zjechaliśmy do depo i zgasiłem rozgrzany motocykl. Zsiadłem i przez chwilę nie mogłem ustać na nogach, tak bardzo mi się uda trzęsły od przerzucania pod sobą swojego motocykla. Nie wiem, może dlatego, że zbyt ambitnie do tego podszedłem - jak do ostatecznego wyścigu o honor, więc prawdopodobnie ilość adrenaliny i jej podobnych substancji, krążących po moim organiźmie, uzyskała wartości nieomal krytyczne. 

   Po pierwszej dla mnie sesji okazało się niestety, że jednak nie jestem zapisany na Speed Tripla 765, jak to w mailu uspokajająco zapewniał organizator.  A powiem Wam, że  miałem niesamowitego smaka na kolejna jazdę. Niestety jedynym moto, które było wolne na tą godzinę był Bonneville T100. Spotkany tam po raz pierwszy Brzoza, powiedział mi, że na Bonnevillu każdy może poczuć się jak Rossi - tak szybko przycierają w nim podnóżki. Niespecjalnie mi to odpowiadało, miałem raczej ochotę na pogłębienie swoich świeżo odkrytych umiejętności na czymś bardziej wymagającym i ambitnym. Chciałem dalszej walki i pragnąłem świeżej krwi. Czułem ją w powietrzu, była wszędzie do okoła, w ryku silników i w obłokach spalin.

    Kiedy wiatr przywiał ze sobą zamiast zapachu krwi, woń smażonych kiełbasek ze stoiska gastronimicznego, poczułem dopiero, jak bardzo jestem głodny. Wcześniej wypiłem na eksa dwie półlitrowe butelki niegazowanej wody, która wraz z kawą dostępna była w budynku, tak bardzo się odwodniłem. Zamówiłem więc hamburgera i pożarłem go łapczywie w towarzystwie znajomego motovlogera Bednara, który też był na imprezie. Kręcił całe wydarzenie i potem przez chwilę opowiadałem u niego na wizji, o swoim motocyklu. Czekając na sesję na T100 obserwowałem jak jeżdżą inne motocykle, a wśród nich głośna i krwiście czerwona Daytona, należąca do naszego blogera Michała K, który przyjechał na event ze swoją żoną. Cieszę się, że miałem okazje Was poznać i przy okazji serdecznie pozdrawiam.

    Nadszedł czas mojej jazdy testowej. Zniesmaczony rozłożyłem graty na Bonnevillu, kątem oka dostrzegłem jednak, że przy Tigerze Sport 1050 nikt za bardzo się nie kręci. Serce zabiło mi szybciej. Podbijam więc w podskokach do namiotu i pytam się grzecznie, czy nie mogę podmienić sobie motocykla. Gościu wzywa jakiegoś koleżkę przez mikrofon, a gdy ten się nie zgłasza, ja dostaje zielone światło. Nerwowo, kwadratowymi ruchami zbieram graty z T100 i siadam na Sporcie 1050. Jestem w huj podekscytowany - znam już przebieg nitki toru, a pod tyłkiem mam trzydzieści koni więcej. Czy bałem się, że mogę rozwalić siebie i drogi, wypożyczony motocykl, albo jeszcze co innego nawywijać? Nie. Chciałem się ścigać i jedynie o ściganiu myślałem w tamtym momencie, o niczym innym.

   Ruszam z kopyta, jak wściekły. Mam wrażenie, że teraz startuje wraz ze mną, więcej takich normalnych gości jak ja, że nie ma dziennikarzy i innych pro torowców. Konkurencja osłabła, a ja urosłem w siłę.

    Trochę straciłem na początku, bo 1050 znacznie gorzej śmigał na winklach niż mój Tiger 800xr. Poważnie. Zawiecha była zestrojony miękko, turystycznie, więc na zakrętach za bardzo nim bujało. Po chwili jednak, przyzwyczaiłem się do tej charakterystyki i rozpocząłem gorączkową gonitwę. Tym razem miałem po swojej stronie dodatkowo nowiutkie oponki i mocniejszy silnik.

    W porównaniu do poprzedniej sesji zmniejszyła się ilość wyprzedzających mnie motocykli. Zacząłem łykać coraz więcej sprzętów, a nawet nawiązałem bardzo niebezpieczną potyczkę na krawędzi przyczepności z niesamowicie ogarniętym kierownikiem na GS 1200, którą w rezultacie raz wygrałem, a raz przegrałem, ale honorowo. Na winklach darłem podnóżki, a czasem buty, zwłaszcza dostało się prawemu. Upatrzyłem sobie sprawnie jeżdżącą riderkę z blond kucykiem powiewającym na wietrze i postanowiłem za wszelką cenę ją objechać, co w rezultacie mi się udało. W sumie, jak sobie o tym teraz myślę, to szedłem na maxa swoich skromnych umiejętności, a szalona ambicja, która nie wiadomo skąd się wzięła, dodawała mi skrzydeł. Muszę przyznać, że potraktowałem to wszystko bardzo,  bardzo poważnie.

    Pod koniec mojej drugiej sesji miał miejsce wypadek na moich oczach. Gościu mniej więcej w moim wieku, ubrany w czarny sportowy kombinezon, wyleciał z zakrętu. Speed Triple 765 na bardzo już zmęczonym ogumieniu, którym to ja miałem niby jechać, zarył w żwirek w tumanach kurzu. Zatrzepotała żółta flagą (albo czerwona nie pamiętam) i zjechaliśmy wszyscy do depo. Po chwili sciągnięto feralnego Tripla - wygięty kierunkowskaz, podrapany karter i końcówka kiery, tyle zobaczyłem. Więcej się nie dało, bo pokiereszowany motor był cały brudny i zakurzony, jakby wrócił przed chwilą z rajdu Paryż - Dakar.

    Zjechałem z toru w poczuciu rozpierającej mnie dumy. Nie było źle. Pierwszy raz na torze, a ja uplasowałem się mniej więcej w połowie stawki. Odnalazłem, że dość dobrze radzę sobie w zakrętach, chociaż nie mam w ogóle techniki, a moja pozycja na motocyklu jest tragiczna, jakbym siedział z gazetą na kiblu.  Ale suma summarum - źle nie było, powiedziałbym nawet, że było dobrze.

    Jęzor znów miałem wyschnięty na wiór,  a kask w środku mokry jak od pływania po jeziorze na motorówce. Koszulkę też miałem przemoczoną i w ogóle cały byłem jakiś poklejony. Od ścigania się z otwartą szybką wyschły mi oczy i mrugałem nimi cały czas, próbując dać im chwilę odpocząć. Zaczynały mnie też boleć uda, bo oprócz jazdy na motocyklu i grania na konsoli, innych sportów nie uprawiam. Dzwoniło mi w uszach.

    Kiedy tak wlokłem się na parking, do swojego motocykla, usłyszałem jak prowadzący przez mikrofon zaprasza na kolejną sesję. Motocykle Triumpha stały gotowe do jazdy, a chętnych było coraz mniej. Zerknąłem na rząd spracowanych dniem maszyn i wtedy go dostrzegłem. Stał pierwszy do wyjazdu spoglądając w kierunku toru tym swoim psychopatycznym wzrokiem podwójnych reflektorów, wiszących jakby w próżni, nad złotymi lagami. Pomarańczowe słońce powoli chyliło się ku zachodowi.

     Speed Triple 1050, potomek pierwszych Streetfighterów. Pojemność 1050cm, 140 koni na pokładzie i 112 niutków momentu obrotowego. Masa 204kg (niestety ponad 30kilo więcej od 765). Taka oto sytuacja, na sam koniec moich heroicznych zmagań. Nie mogłem tego odpuścić.

    Rzuciłem kufer spowrotem na trawnik i szybko zająłem miejsce za sterami Tripla, zanim ktoś inny nie wpadł na podobny pomysł. W porównaniu do obu poprzedników, tutaj siedziałem prawie na kierownicy, a bak gniótł mnie w jaja. Twarde siedzenie i ugięte kolana zwiastowały rywalizację totalną. Jak dla mnie ważną,  nawet jeszcze wtedy nie przypuszczałem. Byłem nakręcony jak pozytywka i szykowałem się do ostatniego starcia.

    Można powiedzieć, że nieomal dostałem świra od tego wszystkiego. Na emanujacym złem Triplu, ryczacym na mnie wydechem Arrowa, poczułem się tak kozacko, jak na swoim byłym Kawasaki Z 1ooo'u. Wspomnienia wróciły. Wyrwałem na tor, jak wypuszczony z klatki pittbull, i od razu zacząłem wyprzedzać wszystko co się tylko dało. Trypel skręcał jak zły, można powiedzieć, że sam wręcz zawijał się w wokół zakrętów, on w okół siebie zawracał. Latałem jedynie na drugim biegu, na wejściach z winklu uzyskując atomowe wręcz jebnięcia. Drugi bieg mi tam w zupełności wystarczał. Rzędowa trója wyła otepieńczo, a ja teleportowałem się na tej fali dźwięku, skulony nad kierownicą, nieomal wywijając stopale na gwałtownych  dohamowywaniach, przed zbyt agresywnie, niewprawnie najeżdżanymi zakrętami.

    Udawało mi się objechać wszystkich. Ale to nic. Najważniejsze jest to, że nikt nie wyprzedził mnie, podczas tej ostatniej sesji. Rwałem jak psychol i nie zważałem na nic. To było moje dwadzieścia pięć minut. Niektóre motocykle, w tym białą Hayabusę dopadłem nie raz, zdublowałem. Wszystko zagrało idealnie - tor już dobrze znałem, a z motocyklem dogadywałem się znakomicie. Przykleiłem go do rozgrzanego asfaltu, czując we wnętrzach dłoni każdy spazm mocarnego, trzycylindrowego silnika. To było niesamowite.

    No i to by było na tyle. Zsiadłem szczęśliwy i spełniony. Nie wierzyłem jeszcze w to, co przed chwilą się wydarzyło. Wypiłem do dna następną butelkę wody i zacząłem pakować się na swoim motocyklu. Szumiało mi w głowie i byłem jak naćpany. Wzruszony tym wszystkim pożegnałem wszystkich i odpaliłem swoją kochaną maszynę, na której metalicznej skórze pojawiły się dzisiaj nowe szarże. Sprawiła się doskonale, a w ten szalony weekend na jej liczniku przybyło ponad osiemset kilometrów.

    260 kilometrów drogi powrotnej pokonałem jak husaria na skrzydłach, w niecałe dwie godzinki. Gnałem trasą, bez kompromisów, cały czas po te 160-180 km/h. Nie spieszyło mi się aż tak, ale po tych przygodach na torze, czułem ciągłej prędkości imperatyw i wchodziłem między auta, nie czekając, aż zwolni się miejsce na pasie. Tiger w chłodnym powietrzu wczesnego wieczora był nie do zatrzymania. Nie wiedziałem jeszcze wtedy,  jak zniszczyłem sobie buta, jakie odciski będę miał na dłoniach, ani jak będą mnie bolały nogi podczas schodzenia po schodach następnego dnia. Moje motocyklowe ego wystrzeliło tego dnia w kosmos, a ja leciałem na nim, jak na latającym, magicznym dywanie. Wracałem z toru.

Komentarze : 9
2017-07-06 13:23:42 gregor1365

ano nie mogę latać bo w necie siedz&#275; dopiero wieczorem i to w wolnej chwili.
po trudach dnia czasem browara spijam , wi&#275;c o lataniu nie ma mowy.
wtedy jak na złość przeczytam taki fajny tekst, albo na mieście do późnej pory słychać wyjące maszyny.
Wtedy właśnie jest chcica

2017-07-05 21:37:32 Tomsv

To w takim razie czekam aż zrobisz normalny test tigera sport z naciskiem na sport:D

2017-07-04 19:22:51 jazda na kuli

IrekSt - a takie dobre buty były...
gregor1365 - a czemuż to nie latasz, słoneczko pięknie świeci.
ptwr2 - kurde, te tory tak daleko są...
Cezar B. - no miło było spotkać czytelnika :)
TomSv - to B.ciekawy motocykl. wygląda agresywnie, a prowadzi się bardziej turystycznie. niestety, po takiej krótkiej jazdy ciężko coś powiedzieć.
okularbebe - jak to śpiewa p.Anita "gdziekolwiek jesteś wiedz, w moich żyłach wrze twoja krew"

2017-07-03 20:34:42 IrekST

Wow, buta to nieźle zaorałeś, chyba długo już Ci nie posłuży. W sumie napisałeś właśnie o tym czego sam się najbardziej obawiam przy częstszym odwiedzaniu toru, zacznę odwijać i niepotrzebnie ryzykować. Właściwie to już to robię, ale SVka jednak nie jest na tyle mocnym motocyklem, żeby dało się łatwo przesadzić, przy prędkościach autostradowych brakuje już jej elastyczności. Jedno trzeba przyznać, po wizycie na torze, trochę zmienił mi się styl jazdy. Zacząłem zwracać większą uwagę na pozycję na motocyklu, bardziej prowadzę całym ciałem, niż samymi rękoma, przez co lżej i jakby płynniej mi się jeździ.

2017-07-03 15:11:18 Tomsv

A mógłbyś coś wiecej napisać o tiger sport? Moto raczej mało popularne a prezentuje się nieźle.

2017-07-03 10:09:16 Cezar.B

Pozdrawiam kolegę - rozmawialiśmy na Statoilu ;-) po tym torowanku. Czyli jednak warto latać na tor, nawet turystykiem :-) Po przeczytaniu tego wpisu wychodzi jedno - trzeba mieć 2 sprzęty w garażu - do turystyki i na tor!!! Pozdrawiam.

2017-07-02 20:44:41 okularbebe2

Z1000 jednak pozostawił rysę. Uśpione zwierzę znów wylazło spod skóry... Dobre !

2017-07-02 12:22:33 ptwr2

Dopiero w tym sezonie wybierałem się na pierwsze torowanie, ale niestety to musi jeszcze poczekać. Przygotowując się do tego wydarzenia, ćwiczyłem różne techniczne niuanse na zwykłym placu manewrowym, przy małych prędkościach, zgodnie z przeczytanymi kiedyś zaleceniami niemieckiego instruktora. Pewnego rodzaju zaskoczeniem było dla mnie, że spokojnie można przytrzeć na egzaminacyjnej ósemce, ale chyba największym efektem tych, wydawałoby się niepoważnych zmagań, był zauważalny postęp w pokonywaniu zakrętów. Czyli instruktor miał rację pisząc, że jak ktoś umie jeździć powoli, to i przy większej prędkości da sobie radę.

Inna rzecz, z jaką się spotkałem w wypowiedziach bywalców torów, to że odkąd upalają w kontrolowanych warunkach, to spadło z nich ciśnienie na drogowe szaleństwa. Niektórzy nawet posprzedawali litrowe przecinaki i inne potwory i dookoła komina latają bardziej rozsądnymi kobyłkami, zaś na tor mają przygotowane do tego celu rumaki, wożone w busach lub na przyczepkach. Kompletny rozdział pomiędzy jeżdżeniem a zabawą, drogą a torem. Ciekaw jestem, czy w Twoim przypadku będzie podobnie.

2017-07-01 20:31:39 gregor1365

Lubię właśnie takie wpisy po których samemu chce mi się latać ale akurat nie mogę.
Świetny tekst.

  • Dodaj komentarz