Najnowsze komentarze
Nieeeeeeeee dla baraniej skóry na ...
Zaglądam regularnie. Nic nie piszę...
dzięki za gratki i ciepłe słowa. u...
No to pięknie, Gratulacje! Następn...
Gratuluje zmiany stanu cywilnego. ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

20.04.2015 20:40

BMW S 1000 RR naked nie z tej ziemi.

Mój Test: Jazda testowa Pogromcą Japończyków.

    Nigdy go nie spotkałem, bo zawsze był na imprezach nieobecny. Nie natknąłem się nań także w salonach, ani na ulicy. Gdy więc przyszło mailem zaproszenie na dni otwarte kliknąłem jego nazwę od niechcenia w formularzu zgłoszeniowym wiedząc, że nic z tego nie będzie. Jednak kiedy któregoś dni zadzwonił telefon i miły głos zapytał w jaki dzień i o której godzinie chciałbym skorzystac z jazdy testowej gwałtownie wyprostowałem się na fotelu przed telewizorem. Spienione piwo wylało się z puszki i pociekło mi między palcami.

    Upewniwszy się, że chodzi o S 1000RR, a nie S 1000R wybieram dzień i godzinę.

    Ponieważ wypadło w weekend zaproponowałem Agnieszce, żeby przejechała się ze mną. Największe w okolicy Miasto, dystans jakies 120 kilometrów. Wybraliśmy się tam w mglisty dzień, który na dodatek okazał się zimny i ...delikatnie śnieżny.

    Jak na złośc od rana czułem w powietrzu niskie ciśnienie i nie mogłem zastartowac z niewyspania. Samochód mnie drażnił. Po drodze zmagając się ze złośliwą nawigacją i własnym roztargnieniem dwa razy skręciłem nie tak jak trzeba. Rozcierając dłonią zmęczoną i  spuchniętą twarz pomyślałem sobie : stary, ty masz dzisiaj wsiąśc na supersporta, który ma dwieście koni.

    Nie jest za dobrze.

    Lecz na szczęście, dzięki roztropności mojej Agi wyruszyliśmy na tyle wcześnie, że był czas na kawę w barze na obrzeżach Miasta. Kupiłem czarną, największą z możliwych i energetyka w puszce na dobitkę. Na miejsce dojechaliśmy dwadziescia minut przed czasem, czyli idealnie.

    Przed miejscówką stoi rząd zaparkowanych motocykli. Widzę je niewyrażnie z daleka i robi mi się nieswojo i smutno. Podjeżdżając bliżej przyglądam im się uważnie, ale widzę tylko to, co już wiem.  Tak przypuszczałem. Ktoś popełnił błąd. Motocykla zwanego Pogromcą Japończyków tam nie ma.

    Parkujemy z boku. Termometr wskazuje 4 stopnie na plusie. Na niebie wiszą ciężkie, ołowiane chmury. Na pacę mam ciepłe ciuchy, kachol i buty z grubymi skarpetkami. Kiedy idę po nie do tyłu, nagle czuję, że potężna dawka kofeiny zaczyna działac. Mój umysł się restartuje, palce strzelają w stawach a wzrok nabiera ostrości. Pojawia się też wiedza poparta niewzruszoną pewnością. S 1000 RR gdzieś tu musi byc.

    Wewnątrz, przy biurku leży moja wypełniona umowa najmu. Podając pani prawko i dowód zerkam na nią kątem oka. W okienku ''przedmiot wynajmu'' widnieje moja zamówiona Beemka.

    Kofeina i endorfiny szaleją już w moich żyłach na całego i tego dnia, już wieczorem, w domu Aga mówi mi, że gdy wyszedłem z salonu na mrożne powietrze sprawiałem wrażenie jakbym przed sekundą otrzymał zastrzyk adrenaliny prosto w serce. Wyglądałem jakby coś dziwnego się ze mną przed chwilą stało i jakby lekko mi odwaliło.

    Tymczasem w oddali narasta dudniący, basowy huk nadjeżdżających motocykli. Grupa, która wyjechała godzinę wcześniej zajeżdża na parking. Ostatnie, dosyc mocno z tyłu sunie jasne S 1000 RR. Wysoki gośc, który z niego schodzi sciąga kask i kręci głową w lewo i prawo, marszczy czoło i drapie się po czaszce. Niedługo po tym zrozumiałem, dlaczego snuł się tak mocno z tyłu i nie dojeżdżał do nich na mocnej dzidzie.

    Podchodzę do cykającego sportowego motocykla w kolorze biało-niebieskim. Czasza z dwoma lampami o różnych kształtach spogląda na mnie figlarnie i lekko psychopatycznie. Reszta gawiedzi także zajmuję miejsca przy wybranych przez siebie sprzętach. Spoglądam w stalowe niebo, z którego właśnie zaczyna sypac drobniutki snieżek.

    Dotychczas od strony organizacyjnej wszystko przebiegało tutaj perfekcyjnie i z prezentacją motocykli jest podobnie. Mój opiekun wydaje kluczyki i pyta mnie najpierw, czym jeżdżę na co dzień. Średnio usatysfakcjonowany moją odpowiedzią rozpoczyna wprowadzenie.

   Beemka ma na swoim pokładzie całą furę różnych systemów i ustawień. To głównie ich obecnośc i potężna moc zadecydowała o bardzo udanym przyjęciu na torach po premierze w 2009 roku. Podobno Bawarczycy poziomem zaawansowania technicznego zaskoczyli wtedy nawet samych Japończyków.

   Motocykl i jego kokpit wyglądają dosyc skromnie. Nie widac tu za bardzo jakiś designerskich smaczków i wyszukanych detali. Nie ma pięknego monowahacza i kolorowych śrubek. Przez to całośc wygląda jak oszczędna w formie maszyna dla zdecydowanego zawodnika, który ma zaraz wyjechac na tor i stanąc w szranki z najlepszymi. Sprzęt jasno komunikuje, że ma jeżdzic, a nie wyglądac.

   Otoczony płatkami wirującego śniegu słucham opowieści swojego nauczyciela i przyglądam się kokpitowi. Wskażnik zapiętego biegu i nietypowo wyglądające w ścigaczu grzane manetki.  Trzy mapy zapłonu Rain, Road i Race. Do tego tryb Slick dopuszczający lekkie uślizgi. Sporo aktywnej telemetrii jak na przykład pomiar odchyłu motocykla od pionu. Downshifter i Quickshifter. Do tego tempomat (sic), który służy tam do ułatwienia grzebania przy ustawieniach podczas lecenia pełnym ogniem. Tyle zarejestrowałem.

    Odpalam motocykl, żeby silnik złapał temperaturę. Dotykam opon, twarde i złowieszczo zimne. Biały słup pary piuropuszem wiruje za motocyklem. Mimo kalendarzowej wiosny wieje ostry, zimny wiatr.

    W międzyczasie większośc testujących opuszcza grzejące się na wolnych maszyny i otacza mnie i RR-a ciasnym wianuszkiem. Cała uwaga skupia się na tym małym, dudniącym basowo kształcie.

    Szykujemy się do jazdy i zgodnie z poradą załanczam mapę Rain. Uruchamiam grzane manetki, których obecnośc tego dnia była czystym błogosławieństwem. Trzaskam szczęką i łapię za nisko osadzoną na cliponach kierownicę. Przyjmuję zwartą, średnio wygodną pozycję i jestem w miarę gotowy do jazdy. W miarę, bo nie umiem przecież jeżdzic plastikami. W ustach mam posmak czarnej kawy i metalicznego czegoś jeszcze.

    Wyjeżdżam z raji przedostatni i od razu czuję, że trzeba się maksymalnie skupic i to natychmiast. Najpierw w lewo - podpieram się nogą, potem zaraz w prawo - znowu podpieram się nogą. Moim Zetem zawracam prawie w miejscu a tu dupa. Odpowiednio ciepły ubiór z kołnierzem i kominiara krępują mi nieco ruchy. Nisko zawieszona kierownica utrudnia skręcanie tym ważącym na sucho 175 kilo lekkim motocyklem. Skupiam się maksymalnie, żeby szybko zastartowac i jako tako wjeżdzic w motocykl, chociaż na tyle, żeby się od razu nie wywalic na placu.

    Wyjeżdżamy na ulice i jedziemy dwieście metrów do pierwszych świateł. Nie wiem jeszcze jak to idzie, bo cały czas poprawiam się na motorze, jednocześnie włączając i wyłanczając migacze, próbując coś zobaczyc w lusterkach, hamowac i jakoś się na nim ulokowac.

    Drugie światła, jest nieco lepiej, ale nie kozaczę jak zwykle wyprzedzając innych, rozgrzewając oponki szerokim łukiem, czy gwałtownie odkręcając i zwalniając jak to na jazdach bywa. Tym razem niewygodnie upakowany skupiam się na tym, żeby odciążyc jaja rozpłaszczone o zbiornik, lub wprawnie wyrzucic na luz w trudnej na początku do wyluzowania skrzyni.

   Dojeżdżamy do ronda i zaczynamy je objeżdżac. Kurwa, ja nie umiem skręcac.

   Lecimy po chwili  szerokim dwupasem i ludzie zaczynają dzidowac. Lecą za przewodnikiem, który wie jak bawic się na Dużym Gieesie. Złapałem już w końcu pozycję, wyczułem mniej więcej jak tym jechac i jak powinienem skręcac, więc, żeby mi się nie oddalili odkręcam mocniej manetkę. Na wyświetlaczu żartobliwie mruga do mnie tryb Rain...

    Odkręciłem tylko trochę i zgodnie z moimi oczekiwaniami poczułem jak wciąga mnie potężna turbina. Przy tej masie 199 koni upakowanych tak wściekle to bardzo dużo. Błyskają stopy grupy na najbliższych światłach, podczas gdy jak rozwijam moc z prędkością tornada. Prawa dłoń zaciska się na jadowitych radialach i motocykl błyskawicznie wytraca prędkośc. Ale...on wogóle nie nurkuje. Sztywny jak nieboszczyk. Zatrzymał się zdecydowanie i bezkompromisowo. ABS nawet nie błysnął. Chwila namysłu i przestawiam mapę na Race.

    Lecę za jedną z najbardziej zdyscyplinowanych grup jakie widziałem. Prawidłowo na zakładkę, każdy trzyma się swojego miejsca, więc nadal jadę przedostatni. Tak skupiam się na prowadzeniu tej maszyny, że nie ustawiam się zwyczjowo na szarym końcu puszczając wszystkich przodem, a potem doganiajac w procesie testowania przyspieszenia. Jadę grzecznie jak baranek, jak kursant na Gladiusie za czerwoną Toyotą Yaris.

    Na nastepnych światłach jeden z uczestników na nowym R 1200 R gasi motocykl i nie potrafi odpalic. Odjeżdżamy mu. Następuje krótka przerwa na poboczu, kiedy czekamy na delikwenta. Przewodnik coś do niego mówi i nakazuje jechac bezpośrednio za nim. Uff, nie jestem najgorszy i trzymam się jakoś grupy. Doprawdy, nie pamiętam, żeby dotychczas na czymkolwiek jazda była dla mnie aż tak wymagająca. Zwykle śmigam na wariata i nic się nie dzieje.  Zdaża mi się powygłupiac od czasu do czasu. Zawsze obruszałem się słysząc, że wjeżdżony w swoją pięcsetkę motocyklista spokojnie objedzie na zakrętach słabego kierowce na litrze. Na moim Zecie idzie mi całkiem nieżle, więc bez przesady. Tego dnia jednak dokładnie zrozumiałem o co w tym chodzi. Podejrzewałem wcześniej, ale teraz poczułem organoleptycznie. Jazda na litrowym plastiku to inna szkoła jazdy. Jak się go boisz i  dokładnie nie poznasz -  nie pojedziesz tak jak trzeba i będziesz zamulał. Może się zrobic naprawdę nie ciekawie.

    Ale mijają kilometry gładkiego asfaltu i nawet, nawet zaczynam się coś tam pochylac. Podobno zawodnik MotoGp kładzie się spokojnie w pięcdziesiąt pare stopni. Rekordzista na naszych poprzednich jazdach wycisnął 38 stopni. Dla mnie wyświetlacz jest na razie bezlitosny. Dziewiętnaście stopni odchyłu od pionu. Katastrofa.

    Nie zrażam się i śmigam dalej, bo nie ma zmiłuj. Złapałem pozycję, zaczynam trochę pracowac ciałem. Lecę już ściśle przy grupie i nie daje im odjeżdżac. A w grupie głównie boxery 1200, za mną wciąż raz bliżej raz dalej sunie czarny GTL 1600.

    Ogarnąłem shiftery. Chciałbym przeprośic, bo wprowadziłem Was w błąd testem nowego R 1200 R -a. Napisałem, że shiftery działają tak sobie i że wróciłem do sprzęgła. Otóż prawda jest taka, że nie umiałem ich obsługiwac prawidłowo i popełniałem częsty błąd. Jak każdy jeżdżący bez systemów, przed przebitką bez sprzęgła odpuszczałem lekko rollgaz. Natomiast prawidłowo leci się pełnym ogniem na odkręconej manecie i wtedy korzysta z downshiftera, lub quickshiftera. Biegi wchodza jak w masełko i ani myślisz wciskac sprzęgła. Co za technologia.

   Mija pierwsze pół godzinki. Śnieg przestał prószyc i na tym odcinku asfalt jest suchy. Mimo czterech stopni na plusie jestem tak skupiony, że nie czuje żadnego zimna. Mijają kilometry. Moment obrotowy Bety jest prawie identyczny jak w moim Zecie, jednak waga, sportowe zestrojenia i sześcdziesiąt parę dodatkowych koni powodują, że jest na prawdę szalona. Przeciążena podczas przyspieszania wyginaja głowę. Przytulony do baku mocno trzymam sie kiery. Nie mam tak na prawdę gdzie porządnie odkręcic, bo chwilka po pójściu pełnym ogniem i siedzę grupie na plecach. Na zakrętach pochylam się i wyginam co powoduje, że wreszcie GTL 1600 zaczyna znikac z lusterek. Zerkam na wskażnik pochylenia, obie strony pokazują dwadzieścia sześc stopni. Szału nie ma, a przecież staram się jak mogę. Zimna, sportowa opona kiepsko mnie trzyma, a kontrola trakcji czasami błyska na pulpicie. Ta Beta to adrenalina w czystej postaci, nie nie trzeba sobie wstrzykiwac.

    Na koniec czekało mnie najtrudniejsze. Dziurawy odcinek, kawałek trasy wyrażnie dedykowany endurowcom, wybrany pod Gieesy.

    Na dziurach i nierównościach betonu oraz asfaltowych łatach S 1000RR przestaje jechac. Grupa zaopatrzona w większe skoki odkręca radośnie i zaczyna mi odjeżdżac. Tymczasem moja szlifierka próbuje wytrząsnąc mi oczy z gałek ocznych. Przeżroczysty, wyglądający niczym pojemnik na urynę w szpitalnym ambulatorium zbiorniczek na pompie hamulcowej trzęsie się, jakby zaraz miał odpaśc.

    Zaciskając zęby pochylam się próbując docisnąc choc trochę moto do gleby i gonię ich. Wali niemiłosiernie po nadgastkach. W pewnym momencie łapię dziurę, która lekko podbija motocykl, a ja lądując spowrotem dobijam jajami w bak. Biały błysk bólu jak cholera i wtedy pod moim kaskiem miga myśl, która podczas jazd testowych raczej się u mnie nie pojawia. Że dobrze było by już wreszcie zjechac na salon.

    Po tym piekielnym odcinku wjeżdżamy od tyłu w Miasto. Zostaje parenaście minut w których dynamicznie przyspieszamy i hamujemy przed światłami. Często teraz wrzucam sprzęgło, żeby ruszyc i zauważam, że dosyc ciężko chodzi. Może to zasługa nie przyzwyczajonego do tej pozycji nadgarstka, ale łapa mnie jakoś dziwnie mrowi. Do tego z powodu ciągłego napięcia, przeciążeń i grubego ubioru wokół szyi zaczyna się uczucie dyskomfortu w okolicy karku. Mój kask robi się za ciężki.

    Aha, myślę, chyba zaczyna się problem z pozycją. Bądz co bądz nie umiem jeżdzic na sportach. Robię szybki przegląd ciała. Tyłek ok, nawet wygodnie. Plecy spoko. Kolana ugięte mocniej niż zwykle, ale nic się nie dzieje. Tylko ten kark i nadgarstek jakoś dziwnie reagują.

    Jazda dobiega końca. Na horyzoncie wyłania się szary pawilon salonu.

    Schodzę z motocykla z mieszanymi uczuciami i przywoluje sobie w pamięci sporty i pseudo-sporty na jakich jeżdziłem. Nie ma tego za wiele. Takich jak ten z którego własnie zsiadłem nie ma żadnego. Jest tylko Hayausa, Dwunastka , mała CBR-ka i sporto-turystyczne K1300S. Na żadnym nie jeżdziło mi się tak ciężko i każdym z nich mogłem pojechac pełnym ogniem. Tutaj specyfika jazdy w grupie, paskudna, zimna pogoda i krępujący ciepły ubiór, który miałem na sobie nie dały nacieszyc się w pełni supersportem nasuwając już któryś raz skojarzenie, że próba analizowania tego motocykla w ruchu ulicznym wielkiego Miasta to zupełny absurd. Jak lizanie cukierka przez papierek.

 

    Była to chyba jedyna jazda, która pozostawiła tak ambiwalentne uczucia. Niepełna, niedokończona, niewykorzystana, obnażająca niedoskonałości, szczera do bólu i wymagająca maximum koncentracji. Zrobiliśmy pięcdziesiąt kilometrów w około czterdzieści pięc minut.

    Więc, o ile jazda nieznanym, ale bardzo mocnym klasykiem, nakedem lub turystycznym enduro jest dosyc szybka do wjeżdżenia i ogarnięcia nawet w parenaście minut, dla kogoś, kto regularnie jeżdzi to po przesiadce na mega mocnego sporta jest zupełnie inaczej i nie wiedzialem, że aż tak. Jestem przyzwyczajony do mocnych czwórek, ale tutaj rozłożył mnie głównie brak pozycji na motocyklu i nieumiejętnośc skutecznego kierowania szlifierkami. Co do samej mocy, idzie potwornie od samego dołu, co nie stanowiło dla mnie zaskoczenia ani problemu samo w sobie. Ale ta moc w nieumiejętnych rękach... tu zaczynają się schody. Takie pierdolnięcie pod gościem, który nie umie się porządnie na tym złożyc, to dosyc kłopotliwa sytuacja. Należalo by się zastanowic, na ile zastosowana tam technologia jest w stanie uratowac dupę w krytycznej sytuacji.

    Wygląda na to, że S1000RR to motocykl o niesamowitych możliwosciach, taki na jakim jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji jeżdzic. Wiele się mówi o jego przydatności do zwykłej poza-torowej, ulicznej jazdy. Żeby to ocenic, musiałbym go miec u siebie kilkanaście dni co najmniej i pojeżdzic dużo więcej nim a także innymi ścigami. Złapac porównanie, którego kompletnie jeszcze nie posiadam. Zobaczyc, czy niewygody jakich na nim doznałem wynikają tylko z mojej nieumiejętnosci jeżdżenia plastikami i ignorancji w kwestii aktywnego odciażania pewnych partii ciała.

    Może i się nadaje do codziennej jazdy, ale jaja to bolą mnie do dzisiaj.

    A tak wogóle, to oglądałem kiedyś wywiad z motocyklistą zsadzonym ze ścigacza, wywiad przy okazji jakiegoś śmiertelnego wypadku. Powiedział, że efektywna nauka jazdy na motocyklu sportowym zajmuje około trzech lat i przynosi szybki przyrost umiejetności głównie kiedy zaczynamy od jak najmniejszej pojemności i dokładnie cwiczymy nawyki oraz pozycje. Na dzień dzisiejszy chętnie nauczyłbym się wymiatac  takim sportem, ale ..wolałbym chyba jeżdżic nim na zamkniętym torze do czasu, aż bym się tego porządnie nie nauczył :)

    Miałem nieodparte wrażenie, że on sie pode mną, w tym wielkim Mieście strasznie męczył.

   Cały ten artykuł i opis moich zmagań z Betą nie jest typowym testem, bo do testu trzeba miec jakieś porównania. Chyba, że testem nazwiemy sam kontakt z tego typu motocyklem w kontekście innych gatunków. Kreśląc go w myślach i jak zwykle wylewając prosto z głowy na połacie mojego Bloga mam taką nadzieje, że starzy wyjadacze plastiku w skórzanych kombiakach z poszarpanymi garbami i pozdzieranymi sliderami też mieli się dzisiaj z czego pośmiac, hehehe...a następnym razem  zastanowię się publicznie, czy to prawda, że wszystkie drogi prowadzą do turystycznego enduro, jak sądzą niektórzy..

Komentarze : 6
2015-04-21 20:49:23 DominikNC

Kilka sezonów męczylem sie na sportach. Wyprzedzanie wszystkiego co zobaczę na drodze, szybko mi sie znudziło i pozostał tylko ból. Podobają mi sie motocykle sportowe, zazdroszczę możliwości przejażdżki S1000RR, współczuje pogody. Pozdrawiam!

2015-04-21 14:51:59 Marek M

Ludziska! Toż to nie mój komentarz ma być przedmiotem zainteresowania. Nie doszukujcie się tu żadnej filozofii. Też bardzo lubię czytać ww blog a to była tylko taka forma i nie ma w niej grama krytyki a tym bardziej negatywnej więc nie wiem o co ta dyskusja. Artykuł jest ok , jak i inne wpisy left4 dead - a i na nim się skupcie a nie na moich wypocinach. Pozdrawiam wszystkich :)

2015-04-21 13:53:44 sirturek

Hej Marek, to jest BlOG, gość się dzieli swoimi wrażeniami, co ma niby wnosić? To są jego subiektywne opinie, wrażenia i odczucia i pisze je po to bo cieszy go, że ludzie to czytają.
A mnie bynajmniej cieszy fakt, że mam co przeczytać.
Przecież ten człowiek nie ma żadnych z tego profitów, także darujcie są krytykę, bo robi zajebistą robotę i należy mu się słowo dziękuje.

2015-04-21 13:13:02 Marek M

Nie wydaje mi się , bo taki był zamiar tego krótkiego mojego wpisu. Ot, taka forma. :)

2015-04-21 11:16:32 Początkujący xxx

Do Marek M
Nie wydaje ci się , że sam sobie odpowiedziałeś na pytanie?!

2015-04-21 10:14:19 Marek M

No cóż, sam tekst jest ciekawy ale pytanie brzmi co wnosi do naszego życia? Dla wprawnych wymiataczy jest nieistotny bo oni ogarniają a dla innych....dla innych jest przestrogą aby nie siadać od razu na litra.
Szlifierki to nie moja bajka choć jaram się nimi oglądając MotoGP ale sam chyba nie zaryzykowałbym jazdy taką Betą więc duży szacun za odwagę, zważywszy na aurę i brak oblatania z takim sprzętem.
Pozdrawiam .

  • Dodaj komentarz