Najnowsze komentarze
Panowie czyli na pierwsze moto ktm...
j-n-k: zdecydowanie polecam osobis...
Marcin Motormania właśnie się ukaz...
jazda-na-kuli do zdjęcia: -
Ja mam 178 i było ok
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

16.11.2016 20:26

co się stało z moją bejbe ?

    Jakoś tak się składa że motocykle, które posiadałem niegdyś a potem sprzedałem, pojawiają się jeszcze, co jakiś czas. Nie mowię tu tylko o starym olejaku. Ale na przykład mój pierwszy motocykl, czyli skuter 50cc marki Inca Street 50 : sprzedałem go mojemu kierowcy, a on po roku sprzedał swojemu znajomemu. Teraz tą czerwoną strzałę, mogę czasami podziwiać latem na placu firmy z którą nadal współpracuje. Stoi na dzikim parkingu dla jednośladów, tuż przy jednej z ramp załadunkowych. Zmiana własciciela wyszła Ince na dobre - teraz błyszczy sportowymi manetkami i zestawem zegarów a'la TypeR oraz wijącym się jak żmija sportowym tłumikiem.

    Ale...nie o skuterach dzisiaj będziemy sobie opowiadać, tylko o Tysiącach. O wielkich i przerażających Litrach, które nadlatują wprost z samego dna piekieł tylko po to, by cisnąć w krzaki nasze zakrwawione zwłoki, oblać je benzyną i podpalić. Na przykład o takim Kawasaki Z 1ooo, odchudzonym o dziesięć kilogramów, z pełnym sportowym układem wydechowym i powiększoną zębatką odbiorczą na tylnej osi.

    O Laluni.

    Zgadza się. Czarna Kawa dzisiaj jeszcze raz zajrzy do nas na bloga, na stare śmieci. Odwiedzi Was na chwileczkę. A my cofniemy się nieco w przeszłość - do momentu, kiedy to zmieniła swojego właściciela i zostawiła mnie bez motocykla, za to z poczuciem głębokiej, bolesnej straty - samego na pustym, ciemnym parkingu.

    Z tą sprzedażą to było tak : w ogóle nie chciałem jej sprzedawać. Albo tak : chciałem gdyż jej czas się skończył, a jednocześnie serce krwawiło na myśl, że ta szalona bryła pokręconego metalu i kabli nie będzie już moją własnością. Dlatego bez krępacji wystawiłem ją w cenie najdroższej na całym polskim internecie ...jak za ten rocznik.

    Cena nie okazała się być wielką przeszkodą dla głodnych wrażeń śmiałków. Jak wiecie, motocykl był tak dojebany, że w cztery dni wyłoniło się dwóch bardzo, ale to bardzo konkretnych kupców. Jeden z nich dzwonił z Pomorza, a drugi z mojego miasta. Pozostała tylko kwestia, który z nich dotrze do niego pierwszy.

    Pierwszym oglądającym okazał się mój rówieśnik, z sąsiedniej dzielnicy. Na dodatek, od razu go rozpoznałem - chodził do równoległej klasy w szkole podstawowej. Nie zdążyliśmy jednak wpaść na siebie, czy lepiej się poznać wtedy, w szkole - pod koniec szóstej klasy zostałem usunięty dyscyplinarnie, i wraz z moim najlepszym przyjacielem ''Siwym'' - opuściłem mury tej jakże szacownej uczelni.

    Grzegorz, bo o nim tutaj mowa, na tyle wzbudził moje zaufanie, że machnąłem ręką i wypuściłem go na jazdę próbną, jedynie za zdeponowaniem dowodu odsobistego. Kiedy po chwili wrócił na parking, od razu dojrzałem tą dziką fascynację w jego oczach, błyskających fanatycznie za szybką czarnego kasku Shark'a. Lalunia zdążyła wyrwać mu serce i w te parę minut, rycząc basowo krótkim Ixil'em rozkochała go w sobie do reszty. Ujmując to nieco bardziej kolokwialnie : chłopak obsrał się na niej ze szczęścia od stóp do głów...a przypuszczam, że dała mu się jedynie lekko musnąc po manetce gazu.

     No i co : mimo, że opony były na wykończeniu, cena hit'em internetów a kolejny kosztowny serwis wypadał za pareset kilometrów - Lalunia została sprzedana następnego dnia. Na nic zdały się negocjacje - pozostałem niewzruszony. Nie reagowałem na prośby i argument o naszej ''znajomości'', kontrując żeby może to Grzegorz "po znajomości" kupił go ode mnie drożej, wtedy stać mnie będzie na lepsze moto. Tak na prawdę, to moim żelaznym atutem był fakt, że wcale mi się nie paliło ze sprzedażą tego motocykla. Miałem od nowości, trzy sezony przelatałem bez przygód i zrobiłem bezpiecznie 26k km - ja i Lala zrośliśmy się ze sobą w jeden organiczno-mechnaniczny organizm na którym jeżdziłem z zamkniętymi oczami.

    Finalnie stwierdziłem, że jednak trzeba być człowiekiem i spuścilem z ceny, nie pamiętam, chyba ze 150 złotych, na paliwo. Grzegorz otrzymał ode mnie również dwa kartonowe pudła pełne gratów do motocykla, popodbijaną regularnymi pieczątkami z ASO książkę gwarancyjną i trzy kluczyki. Kupił bardzo dobry motocykl, zarejestrowany po raz pierwszy w 2013 roku, krajowy, bezwypadkowy, z polskiego salonu - za uczciwą cenę.

    Lalunia zmieniła właściciela. Dla mnie była bardzo szczęśliwym motocyklem, sporo się nauczyłem i jestem wdzięczny. Czy będzie tak samo służyła nowemu włascicielowi - mam nadzieję, chociaż jego początki nie wróżą za dobrze.

    Motocykl sprzedałem w maju i tydzień póżniej kupiłem Tigera. Wymieniliśmy się telefonami i mailami z Grzegorzem i obiecaliśmy sobie kontakt w najbliższej przyszłosci, może  jakąś wspólną przejażdżkę na naszych sprzętach, na przykład. Wątpiłem, czy coś z tego wyjdzie, bo wiecie jak jest - dużo się obiecuje, a potem mało z tego wychodzi ... życie szybko pędzi, a czasu jest coraz mniej.

    Zdzwoniliśmy się w końcu, jakoś we wrześniu, po paru nieudanych próbach. Bardzo się ucieszyłem, bo Grzesiek jest na prawdę spoko gościem..no i ciekawiło mnie jak ma się u niego moja litrowa Laleczka.

    W dniu naszego spotkania Lalunie było słychać już z daleka. Jeżdżąc Triumph'em niemal zapomniałem, jak zabójczo głośny jest jej sportowy układ wydechowy. Kiedy wjeżdżała na parking od razu zauważyłem też, że coś się w niej zmieniło, coś było nie tak..to już nie był taki sam motocykl, jak kiedyś.

    Lalunia zbrzydła.

    Pojechaliśmy na kawę do Chudowa i Grzegorz wszystko mi opowiedział.

    Wyjeżdżając z nim z parkingu, byłem nieco spięty. Wiedziałem, że przed Lalunią Grzesiek miał tylko Hondę Hornet 600, przez jeden nie cały sezon, ale przyjeżdżając do mnie tego dnia ubrany był w sportowy, skórzany kombiak z garbem i sliderami. Jakoś tak oceniłem, że jest już pewnie konkretnie wjeżdżony w swoje kozackie Kawasaki i że dobrze by było nie narobić sobie wstydu na winklach tym moim spokojnym katamaranem.

    Poprowadzilem więc po dobrze mi znanych, agresywnych zawijasach. Przed każdym z nich zaciskałem zęby maksymalnie się koncentrując, wbijałem wzrok w winkiel, zwieszałem się z moto i składałem Tiger'a najlepiej jak umiałem - tak, że aż trzeszczała na śrubach jego stalowa rama. Ku mojemu zdziwieniu, lecące za mną Kawasaki od razu poginęło w moich lusterkach. Cztery tysiące kilometrów, które Grzesiek dotychczas pokonał na grzbiecie swojej maszyny okazało się jeszcze niezupełnie wystarczające do zdzierania kolan. W sumie, to jak się nad tym zastanowiłem, przypomniałem sobie, że moj pierwszy sezon na niej, też nie był aż taki efektowny i zachwycający jakbym tego chciał.

    Natomiast, co zabawne próba predkości, ktorą wykonał podobno na autostradzie A4, niedługo po zakupie, niefortunnie zakończyła się mandatem wysokości pięciuset złotych i dziesięcioma punktami karnymi. Przy prawie maksymalnych, licznikowych około 240km/h na godzinę dojechały go pały w nieoznakowanym Oplu i wymachując insygniami nakazały zjazd na pas awaryjny.

    Ale do rzeczy - Lalunia miała wypadek i dlatego straciła nieco na swojej urodzie. Złe wrażenie potęgowała oryginalna, zbyt mała szybka, gdyż wyższa MRA, którą miałem założoną jak sprzedawałem moto, uległa zniszczeniu. Grzegorz wrócił do krótszego oryginału przekazanego mu przeze mnie, we wspomnianych  kartonach z gratami. Poza tym, w wypadku ( zbyt mocne wciśnięcie przedniego hebla ) poszła przednia lampa, boczna owiewka i osłony goleni a  także starła się końcówka kiery, klamki oraz prawy crashpad. Jeśli chodzi o crashpady - to już drugi przypadek, gdzie założone przeze mnie ochronne elementy, nie przydały mi się w ogóle, natomiast komuś potem uratowały motocykl.

    Oprócz tego zniknęło zajebiste siedzenie ze skóry węża. W tym przypadku Grzesiek także sięgnął do oryginału z kartonowego pudła. Cóż, co kto lubi. Mimo, że Lalunia nadal pięknie brzmi, jest  zadbana, czyściutka i pachnąca ( G. pedantycznie dba o czystość i polerkę, podobnie jak ja to robiłem )... straciła nieco ze swojego niepowtarzalnego blasku.

     Moto ma nowe oponki, identyczne zresztą, jakich ja używałem. Zaraz po zakupie zrobił też serwis, ale niestety nie w salonie Kawasaki ( mimo, że na jego prośbę przebukowałem mu mój termin ) tylko u jakiegoś tam pana Jóźka, w garażu. Ciekawe, nie ? Wszyscy chcą kupywać motocykle z pewną przeszłości, najlepiej serwisowane regularnie w ASO, a potem...

     Wypytałem więc Grzecha o tą nurtującą mnie kwestie. Ten przyznał że chciał, jak każdy, obniżyć koszty eksploatacji i tyle. Banalne, a zarazem prawdziwe. Powiedział też, że pieczątki regularnych przeglądów raczej nie będą mu już potrzebne, bo będzie jeżdził tym motocyklem przez wiele, wiele lat i nie zamierza go nikomu sprzedawać. Słysząc to uśmiechnąłem się do siebie pod nosem...tiaaaa...trzy lata temu, kiedy pierwszy raz poczułem ten wygar - myślałem podobnie.

     Co do samej jazdy, Grzegorz przyznaje, że motor jest petarda. Że nie spodziewał się aż takiego jebnięcia, a jest to pierwszy motocykl o takiej mocy, jakim dotychczas jeżdził. Myślę, że na razie Laluna jest nieco zniesmaczona tym, co się z nią teraz wyrabia, bowiem jej nowy pan pochwalił mi się, że na baku jest w stanie zrobić spokojnie 240 kilometrów. Powiem Wam tylko tyle, że ja robiłem na zbiorniku przeważnie 170 kilometrów, a czasem nawet mniej. Wiedzcie, że nie jest to motocykl do spokojnej jazdy - żeby przełożenia dobrze wskakiwały na swoje miejsca, to się MUSI się wysoko kręcić. To zupełnie inny liter niż na przykład Duży Bandit, inna charakterystyka. Nie cierpi zamulania.  Głównie dlatego poszła na wygnanie : coraz więcej jeździłem we dwie osoby, coraz bardziej turystycznie - a wtedy ta świrnięta Lala cierpiała strasznie, spętana sytuacją jak dzikie zwierze zamknięte w klatce.

    No i na razie tyle - nie było to dla mnie za wesołe spotkanie. Starałem się delikatnie przekazać Grzegorzowi, to czego się nauczyłem i to co teraz wiem - że Lalunia musi zapierdalać, że tylko takie życie zna. Nie wiem, czy mnie posłuchał. Na koniec zadał mi pytanie, po którym od razu mnie zmroziło, mianowicie zapytał o skrzynie biegów. A konkretniej, czy też tak miałem, że czwarty bieg nie chciał mi czasem wskakiwać. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie - ale od razu przypomniał mi sìę ponury przypadek znajomego motovlogera. Chłopak kupił Z 1ooo Sx'a, rok temu i po krótkim czasie rozsypała mu się skrzynia biegów - a zaczęło się właśnie od czwórki. Kiedy szukał w necie informacji na ten temat, to trafił niestety na parę podobnych przypadków. Historia miała swój smutny finał u mechanika - części plus robota wyszły go grubo ponad trzy koła.

    Modlę się więc teraz, żeby Grzegorza ominęła taka przykrość, bo jak na razie pierwszy liter zafundował mu mandat, punkty i wypadek. Ale gdzieś w głębi, mam takie smutne przekonanie, że motocykl tamtego motovlogera być może też przebywał kiedyś w podobnej stajni, w jakiej znalazła się teraz moja Lalunia.

    W stajni, w której zaczęły chorować.

Komentarze : 9
2016-11-21 22:51:22 michal-k

jazda na kuli - fajny wpis :)

Calmly - masz rację, niewiele jest osób, powiem wprost pasjonatów, którzy dbają o moto i utrzymują w wysokiej kondycji :/ Po sprzedaży drugiego moto miałem już w d**ie komu sprzedaję... Ktoś dał kasę, zabiera to niech robi co chce. Dlaczego takie jest moje podejście? Ponieważ...

Moje "byłe" sprzęty po części nie miały łatwego życia :/ A moja "praca" poszła na marne :/ Natomiast pozostały one w moich wspomnieniach jako motocykle niemalże idealne :)

Pierwszą ZX6R sprzedałem po niespełna 2 latach latania, odpicowaną, doposażoną, zrobioną pod siebie... Sprzedałem koledze (w dobre ręce :p ) następnego dnia przyjechał - patrzę a nakładka na ogon zamiast kanapy podrapana :( Kur** ręce mi opadły! A on na to mówi, że oparł ją na pionowo bo coś tam chował i...spadła... Potem jeb**ł w jakieś auto lekko ale się przewrócił - owiewka połamana, czasza trafiona...

ZX9R sprzedałem gościowi z forum - można powiedzieć igłę! ojjjj jak to miał o nią dbać!!! Po 2 miechach dzwon i moto do kasacji... No niby ktoś mu wyjechał, ratował się i zaliczył bombę bodajże o słup... Współczułem, nawet mu próbowałem pomóc sprzedać to co zostało z gratów... Aż tu nagle przychodzi powiadomienie z PZU - "W związku ze szkodą, której był Pan sprawcą prosimy o opisanie zdarzenia..." Nawet ch** jej nie przerejestrował tylko latał na moich kwitach! Dobrze, że miałem dupochron i sprzedaż została zgłoszona...

Po tym wszystkim już mi przeszło :/ Ludzie w większości nie dbają, a my nie mamy na to wpływu :(

ZX10R nie wiem co się działo, kontakt się urwał..

A jeśli chodzi o 636 to wiem, że gość jest zadowolony i śmiga :) Kontakt mamy...

2016-11-18 21:45:30 erjot

Tak miałem Akrapa, który zajebiście wyglądał ale brzmienia z tego nie było. Teraz w S1000R mam prawie takiego samego a różnica na korzyść BMW jest kolosalna.

2016-11-18 19:52:01 jazda na kuli

@erjot, o ile pami&#232;tam Ty tam akrapa miałeś w 10?
@marcin - tak,tak
@IrekSt, calmly - w mojej opini ten model to najładniejszy Z1ooo jaki powstał, nowy jest wyraźnie przegięty. może gdyby poprawili tę naleśnikową lampę...
@okularbebe - długo wybierałem następce i jak wiesz wykonałem mnóstwo jazd. przerobiłem wszystko z kategorii TE oprócz multistrady.wybrałem najbardziej sportową opcję: jest mocny, lekki(210kg)idzie dołem i nie buja się, nie nurkuje. i najpierw był zachwyt nad nowymi możliwościami(teren,krawężniki,schodki)potem przyszła tęsknota za jak to piszesz"jadem i kozactwem"natomiast teraz, po 1szym sezonie pamięc o osiągach i rezerwie mocy Z1ooo powoli odchodzi a na szczęście Tiger robi 3,7 do 100tki i poleci 210km/h.dopiero teraz mogę powiedzieć, że już bym się spowrotem nie zamienił, aczkolwiek są też nowe wady Tigera jakie odkryłem i wkrótce opiszę w podsumowaniu sezonu.natomiast jest sposób, żebyTigerowi troszkę tego kozactwa dosypać i mam tu konkretnie na myśli karbonowy wydech Akrapa, króry i kozacko wygląda i jadowicie brzmi ale niestety kosztuje kosmiczne pieniądze :(

2016-11-18 08:39:35 okularbebe

Przesiadka z gsx750r na tdm850 po pewnym czasie okazała się ziewaniem z nudów nie obrażając yamahy, która była po prostu inna, a w wielu aspektach zdecydowanie lepsza od suzuki.

Oby tiger dzielnie bronił się innymi zaletami w obliczu braku jadu i kozactwa, którego pewnie teraz trochę brakuje...

2016-11-17 21:44:44 erjot

Akurat doznania akustyczne nie były w moim odczuciu mocną stroną tego modelu i to właśnie pierwsze co bym w nim zmienił, ale polatał bym za to z wielką przyjemnością.

2016-11-17 21:05:52 Marcin Jan

@erjot
"niemiec płakał jak sprzedawał"
czyli dzwonisz czasem aby posłuchać dźwięku silnika ;)

@Adam
czy książeczka jeszcze czeka na mnie?

2016-11-17 17:53:00 IrekST

Znam to uczucie, też czasem zastanawiam się co się dzieje z moimi byłymi motocyklami, autami... Jakby nie było, zawsze są to jakieś emocje i wspomnienia które w nas odżywają. Maszyny są częścią naszego życia, o której po prostu nie można zapomnieć. To piękny motocykl, najnowsza generacja wygląda już zbyt kosmicznie jak dla mnie.

2016-11-17 07:23:45 Calmly

Jest dużo super gości wokół nas choć niewielu z nich jest w stanie utrzymywać motocykl w tak wysokiej kondycji technicznej jak my sami.
Kawa na zdjęciu wyglada olśniewająco

2016-11-16 21:36:32 erjot

Miałem podobnie z ZX10R. Niby wystawiłem ale nie do końca chciałem sprzedać. Cena zaporowa i również dużo wyższa od innych ofert, a mimo to poszła od razu. Jak odjeżdżała to prawie płakałem. Dzisiaj jednak już bym nie chciał do niej wracać, choć czasami trochę tęsknię za tą bestią.

  • Dodaj komentarz