Najnowsze komentarze
Marcin Jan do: motocyklem po zakynthos
właśnie jak dotarła do mnie inform...
Cześć! Jestes dobrym obserwatorem....
Pięknie. Yamaha XT to jeden z tych...
Cześć, Wczoraj miałem okazję poje...
Dziękuję za ten wybór. Poczytać o ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

13.09.2020 08:39

zakynthos moto rental

mimo że, rumunia i alpy w tym sezonie nie wypaliły to coś tam jednak dało się uratować. sezon zaprawdę dziwny, ale nie do końca stracony i na swój sposób ciekawy a pamiętajmy, że w swej końcówce też może jeszcze sporo namieszać. zapraszam więc na cześć pierwszą naszej greckiej opowieści

 

     Calimera! czyli dzień dobry po grecku. Ostatni raz w Grecji, w części lądowej byłem osiemnaście lat temu bodajże i zapamiętałem kamieniste plaże, zardzewiałe wraki samochodów, zdezelowane skutery oraz stada bezpańskich psów. Generalnie to umówmy się - niewiele się zmieniło. Z tym że w międzyczasie nasz kraj, unijnie mocno dotowany wizualnie nieco wyładniał, przez co niechlujstwo greków na jego tle stało się jakby bardziej wyeksponowane. Niechlujstwo, czy też może z lekka anarchistyczny i wolnościowy tryb życia, który zawiera w sobie więcej spokoju, a mniej niszczącego stresu? Nie wiem, ciężko jest to stwierdzić albowiem, jak już wcześniej ustaliliśmy - wszystko jest względne.

      Jako,  że w wiele miejsc nie wolno latać w związku z wirusem, padło więc na Grecję, która pod tym względem była stosunkowo bezpieczna. Generalnie to planowałem Maltę, jednak ta została zablokowana tydzień przed naszym wylotem. Na Zakyntos nie byliśmy jeszcze, ja to w ogóle nie byłem na żadnej innej greckiej wyspie, a Aga była jedynie na Korfu. Z koleji Zante (grecka nazwa wyspy) we wrześniu oferuje dobrą, pewną pogodę no i kusi błękitnymi grotami oraz legendarną zatoką przemytniczego wraku. A żółte piaski zatoki na tle turkusowych fal wyglądają naprawdę dobrze.

     Taki trochę niepokój był do samego końca, czy w ogóle gdzieś wylecimy. Wczasy więc wykupiliśmy dzień przed godziną zero, czyli koniecznością zarejestrowania się na greckiej stronie i uzyskania kodu QR na wjazd do Grecji drogą powietrzną. Sam kod przyszedł dopiero jak byliśmy już na lotnisku w Pyrzowicach. Na samym lotnisku nie było jakiś specjalnych obostrzeń, należało tylko okazać ten kod w wersji elektronicznej i wypełnione oświadczenie o stanie zdrowia. Mimo, że część lotniska jest zamknięta z powodu trwającej rozbudowy, ogólnie panowały niespotykane dotąd przez nas pustki i oprócz naszej destynacji wylatywało jeszcze tylko Rodos i Bułgaria.

     Sam lot odbył się w maseczkach, dwie godzinki bez turbulencji, szybciutko i na spokojnie. W terminalu na Zakynthos konieczne było ponowne okazanie kodu a dwie przypadkowe osoby wyłoniono na szybki wymaz z gardła i to właściwie były całe procedury. Ale niepewność, że zawiną nas na jakąś kwarantannę trwała jeszcze z dzień lub dwa, przy czym częste wizyty w basenowym barze skutecznie ją uśmierzały, a zagrożenie się oddalało. Bar główny w lobby niestety był nieczynny. Obłożenie hotelu określili byśmy na jakieś niecałe pięćdziesiąt procent, przy czym prawie sto procent z tego to byli ludzie młodzi, choć pojęcie młodość zwykle ma różne znaczenie dla osób w różnym wieku.

    No dobra, przejdźmy teraz do konkretów. Stacjonowaliśmy w wiosce Laganas, zwaną największą imprezownią wyspy, taką ich Ibizą, choć w mojej ocenie mowa jest tu raczej o niewielkim miasteczko/kurorcie. W okolicy hotelu miałem już obczajone dwie wypożyczalnie w których powinno być po jednym motocyklu yamaha xt 660 oraz parę skuterków i quadów o różnych pojemnościach. Następnego dnia poczłapaliśmy klaskając klapkami najpierw do moto club rental,  gdzie yamaszki  niestety nie było, a najgodniejsza uwagii była aprilia scarabeo 200 - skuterek z tych niewielkich gabarytowo, ale dziarsko wyglądający. Słońce waliło niemiłosiernie, na niebie żadnej najmniejszej chmurki, a na termometrze wybiło ponad 30 stopni.

    Z moto club rent wyszedłem przygnębiony. Tak coś czułem, że skoro na całej wyspie jest tak mało motocykli na wynajem (był jeszcze  transalp 700 ale daleko od nas, w niejakiej olimpic rent) więc bedziemy skazani tylko na jakiś skuterek, podczas gdy w planach był i motor i skuter. Że w tej sytuacji ktoś przecież od razu rzuci się na możliwość pojeżdżenia średnio wygodnym motocyklem z dużym singlem w ramie i dla nas nic już nie zostanie.

      Udaliśmy się zatem do drugiej lokalizacji - do Nick&George  moto rent.

     Kiedy wszedłem na ich plac moje serce zabiło mocniej. Pod ceglanym murkiem, mocno przechylona na kosie prażyła się w słońcu czarna, zadziorna yamaha. Dwa różne, pomarańczowe kierunkowskazy, popękane handbary, zmatowiały lakier i wszechobecna rdza - przed nami stał prawdziwy weteran szos. W okół pachnącej rozlaną benzyną jednocylindrówki roztaczała się eura nieskończonej przygody, przypieczętowana starą grecką, lądową tablicą rejestracyjną jeszcze sprzed wstąpienia kraju do uni europejskiej.

     Co ciekawe w  palącym słońcu wyspy dogorywała nie xt660, tylko xt600 - kultowy w swoich czasach endurak, starsza wersja motocykla na gaźniku produkowana od 1984 do 2003 roku. Jednym słowem rodzynek, którego coraz trudniej na drogach spotkać, a jeszcze trudniej dostać w swoje ręce. Po serii nowych testówek z wszystkimi systemami, smartfonami zamiast zegarów, grzaniem szprych, klamek i bóg wie czym jeszcze, na widok zakurzonej, steranej do bólu życiem maszyny aż zapragnąłem żeby zakrztusiła się przy odpalaniu i zarzygała moje klapki olejem. Byłem podekscytowany.

    Na podobnego weterana wyglądał szef, który niespiesznie wynurzył się z kanciapy. Poryte zmarszczkami, szerokie oblicze i siwe włosy zaczesane mocno do tyłu. Odpowiedział, że owszem, Yamaszka jest wolna praktycznie cały czas, bo wszyscy tutaj teraz wolą wypożyczać "skuter ałtomatik". Odetchnąłem z prawdziwą ulgą, że wiekowa maszyna nie jest zarezerwowana, nie wiem zepsuta, czy przeznaczona do zezłomowania. Cena za dobę wynosiła 35€, co po naszych ostatnich wypożyczeniach było kwotą śmiesznie niską (dla porównania 107€ za Kawasaki VN 9oo na Teneryfie, czy 95€ za Transalpa 7oo na Majorce). Dogadałem szczegóły i zaklepaliśmy motor na dzień następny, z nową jak dla nas usługą - dostarczeniem motocykla pod hotel przez pracownika wypożyczalni. Przystałem na to zaproponowane przez Nicka rozwiązanie, bo powiem szczerze byliśmy tam w samo południe i dosyć ciężko się chodziło - dosłownie żar lał się z nieba. A pamiętajmy, że mówimy tutaj o piątym września a nie o środku sezonu turystycznego.

   Tego samego dnia zarezerwowaliśmy jeszcze skuter na dzień, który poprzedzał nasz wylot do kraju. Po drodze od Nick'a i Georg'a wstąpiliśmy do dosyć dużej wypożyczalni sieciowej Ionic Rent  się porozglądać (tam wiele rzeczy jest ionic, czyli jońskie). W ich firmowej ulotce największym graczem był maxiskuter Kymco Xtown 300, w polsce dostępny jedynie w wersji 125. Sam skuter jest jakby bliźniaczą konstrukcją do występującego u nas Downtown'a 300, a on jak i jego nowsza wersja czyli 350i od dawna leżały w kręgu moich zainteresowań. Nawet do wyjazdu na Zakynthos miałem takie sporadyczne myśli, coby nie męczyć się już z tymi ciężkimi adwenczurami, tylko wejść do salonu, kupić nowego Dwontown'a 350i za 19 tysięcy złotych i uprawiać nim turystykę daleką i bliską, korzystając z jego wiadomych zalet i akceptując oczywiste wady. Po prostu zrobić sobie ze dwa sezony przerwy na czymś łatwiejszym w obsłudze.

     Jako, że cała opowieść jest dosyć obszerna i ciężko by mi było pochylić się teraz należycie nad wszystkimi jej niuansami, na drugą jej część zapraszam w przyszły weekend. Dowiecie się z niej, jak nam się jeździło po wyspie na gaźnikowym enduraku z zeszłego tysiąclecia, a także czy średniej wielkości maxiskuter w mojej ocenie nadaje się jak dla nas do dalekosiężnej turystyki.

 

CDN

Komentarze : 1
2020-09-14 08:05:11 okularbebe

Dziękuję za ten wybór. Poczytać o tym jak akurat Wam poszło na xt 600 to chyba najlepszy news o poranku. Proszę o drugą część. I to prędko!

Niech zgadnę: wolne koło rozrusznika zgrzytało, gaźnik przelewał i kichał od czasu do czasu, tylny wahacz miał luz, a główka ramy postukiwała rozkutym łozyskiem. Do tego juz po 100 kilometrach na kretej drodze byliście dość zmęczeni specyficzną pracą starego singla. A i tak była to wielka przygoda, której się nie zapomina.

  • Dodaj komentarz