Najnowsze komentarze
Erjot do: nad łapszanką.
@Marcin Jan Pewnie tak ale chciał...
Marcin Jan do: nad łapszanką.
@Erjot ten motocykl kumpla to chy...
strażowy, gregor , from north i er...
...czyli jakieś 5 sztuk już do oga...
...nadrabiam zaległości tutejszej ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

03.08.2016 22:25

zamulam jak lamus

porównania cześć ostatnia - o rozsądku i szaleństwie

     Tiger'em 800 w wersji XC wykonałem jedną z swoich pierwszych jazd testowych. Miałem wtedy Bandita od paru tygodni i nikłe pojęcie o motocyklach. Sprzedawca wypuścił mnie nim na Kraków w godzinach szczytu i powiedział, że jak chcę to mam nawet trzy godziny na jazdę. Na początku się obsrałem - motor był gigantyczny a miasto Kraka ciasne, zatłoczone i rozkopane. Po paru kilometrach jednak zakochałem się bez pamięci - wyleciałem nim w kierunku na Bochnię i ciąłem gładko jak przecinak wyprzedzając na swojej drodze wszystko co się tylko napatoczyło. Byłem zachwycony. Motocykl okazał się niesamowicie mocny  i zwrotny. Jeździł jak marzenie. Wróciłem do salonu z bananem na ryju, na ostatnią chwilę i do dzisiaj jest to jedna z najlepiej wspominanych przeze mnie testówek. Na lata zapamiętałem go jako, hmm....motocykl tak szybki i zaawansowany, że aż odstający daleko swoimi osiągami od moich umiejętności. Zabawne, no nie ?

 

 

 

     Dziś po pracy podreptałem na parking strzeżony pogrzebać przez chwilę przy swoim motorze. Łańcuch miałem już suchy, opony wymagały podpompowania a ta jebitnie wielka szyba wyczyszczenia z pokrywającego ją zdechłego robactwa. Nie odpalałem motocykla - usiadłem tylko na nim i pobujałem trochę zawieszeniem. Przypomniałem sobie, że nie dokończyłem jeszcze swojego testu - że nadal brakuje trzeciej części, tej powiedzmy filozoficznej.

     Tak jak przypuszczałem jeździ mi się zupełnie inaczej. I nie chodzi tylko o parametry maszyny ale bardziej o jej charakter - najlepiej jak podróżowanie tymi dwoma motocyklami przyrównam do dwóch z wielu oblicz ludzkiego charakteru. Kawasaki to jego ciemna strona, ta w mroku której gnieżdżą się atawistyczne, brutalne instynkty młodego, nienasyconego łowcy. A Triumph to przestrzeń zarezerwowana dla logiki, dla tej bardziej dojrzałej bardziej zachowawczej sfery.

    na przykład -

    Dojeżdżam Triumphem do pasów przed rondem, prędkość wcześniej oscylująca w okół siedmiu dych powoli spada - przy przejściu stoją sobie nieruchomo dwie starsze kobity. Palce trzymam przezornie  na klamce bo spodziewam się, że panie zrobią to co zwykle robią w takiej sytuacji, czyli w ostatniej chwili wychodzą przed jadący pojazd zmylony tym, że będą stały.

    Cofnijmy się  teraz nieco w czasie - załóżmy, że lecę sobie Kawą dwupasem w środku miasta, na zegarze bezpieczne dziewięcdziesiąt. Dolatuje do ronda przed którym są pasy. Na trzecim biegu przymknięta maneta gniewa się donośnie gardłowym bulgotem sportowego przelotu w akpompaniamencie eksplozji dopalanych w tłumiku spalin. Przy przejściu stoją dwie kobity - ale nie, nie, nie - one nie wychodzą mi przed motor. Widząc i słysząc, że nadciąga coś apokaliptycznie czarnego i wściekle ryczącego można nawet powiedziec, że wręcz przezornie spierdalają w podskokach spowrotem w głąb chodnika lub nawet dalej, na trawnik.

     Tak, tak obecnym motocyklem częściej przepuszczam pieszych na przejściach.

     Albo na przykład widzę w lusterku, że dolatuje do mnie jakiś gixer ( od razu zakładam, że pewnie litrowy ). Na Z 1ooo'u przeważnie napinałem się od razu  jak baranie jaja i podświadomie szykowałem do ataku. Z różnym oczywiście skutkiem, ale starałem się nie odpuszczać, bo jakoś tak dziecinnie zakładałem, że jazda na tysiącu do czegoś mnie tam zobowiązuje. A teraz...teraz lecę sobie swoim tempem i mam nadzieję, że czasem udaje mi się zaskoczyć tego, czy tamtego tym, że trzeba się jednak trochę namęczyć ażeby objechać tego klamota z kufrem na ciasnych winklach. Ale to już tak bez napinki, niejako przy okazji -  traktując to trochę jak wartość dodaną.

     A na samych zakrętach... kwestia opon i chicken strip'ów. W Kawie nie raz nie dwa załapałem groźnego uślizga składając się zbyt głęboko do zaistniałej sytuacji - pilnowałem wtedy, żeby zawsze mieć gumy odpowiednio podomykane żeby nikt głupio nie podejrzewał, że kupiłem sobie litra a nie umiem na nim jeździć.Dzisiaj z kolei nie zwracam już na to większej uwagi. Teraz radość dają już płytsze złożenia - sam ten moment gdy  słusznej postury konstrukcja zamaszczyście kładzie się w zakręt. Jak mam być szczery to w dupie teraz mam to, jak wyglądają moje opony.

    Przez te trzy ostatnie sezony jazda na Kawasaki Z 1ooo dawała mi mnóstwo, ale to mnóstwo frajdy. Najwięcej w pierwszym i drugim sezonie zanim jeszcze ograniczenia motocykla nie zaczęły górować nad uzależniającymi dawkami adrenaliny. Tak jak Wam wcześniej już wspominałem żałuję, że nie stać mnie na oba te motocykle równocześnie - bo oba są zajebiste. W pewnym jednak momencie prowokacje jakie bezustannie proponował Zet zaczeły mnie już powoli męczyć a jazda nim powiedzmy " bardziej normalna " nie za bardzo mi wychodziła. Był jak kumpel z poprawczaka i to w dodatku chory na ADHD z którym co chwilę jest jakiś przypał. Są tacy, dla których przez całe życie to szaleństwo będzie wartością nadrzędną i dla nich właśnie projektuje się takie sprzęty jak ta Kawa.

     Akurat co do Triumpha to cieszę się niezmiernie, że to jego kupiłem. W swojej kategorii pojemnościowej i klasowej jest kozak. Ponieważ po takiej petardzie jaką był Zet zaplanowny przeze mnie eksperyment z Versysem 650 mógłby się po prostu nie udać. Kumpel doradzał mi wtedy, żebym za nic w swiecie nie popełnił tego błędu. Stwierdził też, że pod koniec sezonu 2016 jedyne co będę chciał z nim zrobić to wypierdolić Versys'a na śmietnik i to jak najszybciej. Mam teraz przeczucie niemal graniczące z pewnością, że mówiąc to mógł mieć wówczas sporo racji.

    Trochę się też tak złożyło, że mam teraz nowe warunki dzierżawy pojazdu służbowego i mówiąc krótko nie mogę już tyle jeździc prywatnie. Pierwszy raz od czasu jak jeżdżę na moto pasuje mi używac go do celów bardziej praktycznych - także jako środka zwykłej lokomocji a nie tylko zabawkę do pozornie bezcelowej emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Wszystko się tak jakoś zgrało w czasie, bo Tiger ze swoją ładownością lepiej się do tego nadaje.

     Łapię się na tym, że często zdaża mi się oglądać zdjecia z okresu kiedy miałem Z 1ooo'ca. Zastanawiam się wtedy, czy dobrze zrobiłem, że go sprzedałem i takie tam. Nie powiem, że nie tęsknię za tą zbitą, skuloną przy ziemi, pokurczoną sylwetką ale myślę, że to normalne. Stan ten zwykle trwa do czasu aż nie wyjadę Tiger'em - wtedy z koleji czuję zbawienną ulgę, że dokonałem w końcu dobrej zmiany. Trochę to porypane, no nie?

     No to jak w sumie jeździ ten Tiger ? - coraz lepiej. Na pewno staje się coraz mocniejszy. Dlatego, że nie latam w tym sezonie tak często jakbym chciał no i wspomnienie  gwałtownych strzałów mocy jakie dawał Zet też powoli blaknie. W tej sytuacji 95 koni i 89 niutków - muszę przyznac bez ściemniania, że są wartościami jak dla mnie zupełnie wystarczającymi a jak trzeba motocykl dynamicznie rozpędza się do 210 km/h. Daje radę, ma dokładnie tyle mocy ile potrzebuję na tym etapie i w sumie to nie za często nawet wykręcam go do odcinki.

     Dużo też jeżdżę z Agnieszką i cały czas przyzwyczajam się do podróżowania z obciążeniem. Co by nie mówić - jeżdzi się jednak inaczej i trochę pewnie potrwa zanim będę to robił zadowalająco efektywnie. Triumph ma dosyć wysoko środek ciężkości i przy małych prędkościach trzeba trochę bardziej uważać.

     To tak z grubsza tyle. Oczywiście będę się starał zwyczajowo trochę podrasować ten motocykl. Mam już siedzenie w skórę węża, fajnie mi wyszło z deflektorem i tym czarnym paskiem na szybie, poszerzyłem też kosę. Na pewno założę jeszcze głośniejszy wydech, tylko jeszcze nie wiem jaki, raczej nie za głośny. To co mówił mój znajomy latający na gs800 sprawdza się - dwa razy przejechałem obok patrolu Policji, uporczywie się we mnie wpatrującej i nie zatrzymali mnie, co w Zecie raczej było nie do pomyślenia.

     Wtedy chyba byłem bardziej podejrzany...byłem bardziej poza prawem.

Komentarze : 5
2016-08-29 15:43:36 strażowy

Cze Jazda na kuli...wreszcie trafiłem na Twoją lekturę. Fajnie że odkryłeś w końcu motocykl "mocno użytkowy" :) , bo miło się czyta opinie na temat Tygrysa 800. Może z czasem przybliżysz innym czytelnikom pozostałe Kotowate modele, które są ciekawą alternatywą cenową dla osób z mniejszym portfelem. Zapewniam, że starsze pokolenia 800-ki to bardzo godziwe toczydła. Moja ścieżka rozwoju motocyklowego zaczęła się przy Big-u 800 gdzieś w połowie lat 90-ych więc do motocykli typu enduro miałem od zawsze bliżej. Jak większość tutaj zaglądających, mnie również przez wiele lat ciekawiły różne rozwiązania, zwłaszcza te których jeszcze nie miałem hehe. Po modelach nazwijmy to sportowych, sportowo-turystycznych, miejskich czy też "armaturowych" typu np VN w wersji Nomad, finalnie wygrało duże koło z przodu, wysoki zawias i spore możliwości załadowcze.
Podobnie jak Ty zauważam wzrost popularności właśnie tego typu motocykli na naszych drogach. Jeśli to efekt mądrzejszego, bardziej rozważnego i przemyślanego doboru swojego toczydła to tylko się cieszyć. Nie walczę z moto w zakrętach, nie cierpnę w 4 litery, nie przesyłam bagażu pocztą......nawijam km ze spokojem na koła i to mi pasuje.
Pozdrawiam z wielkopolski - Piotr

2016-08-05 16:17:46 jazda na kuli

@gregor no ten pomysł zmiany na Z1ooo'a jak najbardziej fajowy :) pozostaje pytanie na jaki model. te z przed 2010 i po bardzo się różnią.
@multistrada wiem o co chodzi, ale na razie nic mi nie wiadomo ;)
@kawior no widzisz tak to jest. ja jestem z tej zmiany niesamowicie zadowolony. Zet'a i tak trzymać nie było by sensu jako drugie moto, gdyż oba mają pewne podobieństwa. gdybym chciał drugiego to postawiłbym pewnie na coś z drugiej strony skali - coś zupełnie szalonego i niepraktycznego : np. R1 z pierwszych lat, albo ZX6R do 2005. fajnym i nie tak drogim sprzętem o przeznaczeniu na wyszalanie się mógłby być dla mnie fireblade 954 na przykład

2016-08-04 14:50:11 Kawior

jazda na kuli
Widze podobne zmiany u siebie. Nie jezdzilem tak jak Ty litrem, ale moja poprzednia Kawka ER-6F miala lekko sportowe zaciecie, agresywny przod, waski zadupek i silnik, ktory jak na 72 kuce mial swietna dynamike - na swiatlach byly troche ponad 4s do sety, a strzelenie gumy nie bylo problemem. ER-6 jezdzilem czesto dynamicznie, a kazdy zauwazony motocyklista, czy to przede mna, czy to za mna, od razu odpalal "tryb wyscigowy", w szczegolnosci na kretych drogach, gdzie surowa moc traci na znaczeniu. Do teraz mysle z odrobina satysfakcji o momencie, kiedy przejechalem zaciesniajacy sie luk na kanciku opony, a koles chcacy za mna nadazyc wjechalby w pole. Z czasem jednak zauwazylem, ze podkurczone lapy, brak mozliwosci brania bagazu, przecietna oslona przed wiatrem mecza. Tak samo jak meczy, kiedy po calym dniu jazdy, pogodzony z losem wleczesz sie w kordonie aut pare kilometrow przed domem, ale gdy tylko w lusterku pojawi sie jakis motocykl, to meska duma kaze Ci rwac, rwac, rwac do odciny, bo masz na sobie skore i polsportowy motorek. Moj styl jazdy zaczal sie z przejechanymi kilometrami uplynniac, uspokajac, palowanie maszyny oznaczalo dla mnie za duzo zbednej spiny. Na GSie znacznie bardziej ciesze sie samym faktem jazdy, totalny relaks, luz i czyste odprezenie. Na ER-6 mialem opony dojechane prawie na sile pod sam kancik, bo "co ludzie powiedza", na GSie mi to calkowicie wali, jezdze jak mi wygodnie, a jak to komus za wolno, to prosze, chetnie zjade na bok, droga jest dla kazdego:) Niebawem wybieram sie na dluzsza wyprawe, mam nadzieje udekorowac motocykl paroma nalepkami na kufrach z flagami krajow, ktore sie przejechalo. Pozdrowka!

2016-08-04 12:59:54 @multistrada

Adam, Ty się lepiej przyznaj kiedy ojcem zostaniesz? Bo mi tu tak troszkę już tymi klimatami leci (-:

To mnie rozbawiło do łez: "(...) wręcz spierdalają przezornie w podskokach spowrotem w głąb chodnika lub nawet dalej, na trawnik."

2016-08-03 23:40:23 gregor1365

Siema.
Jak to zwykle u Ciebie skłaniający do refleksji tekst.
Jesteśmy praktycznie równi wiekiem, natomiast doświadczenie motocyklowe masz o niebo większe i z przyjemnością się to czyta.
Będąc z krótką wizytą w Bydgoszczy i mojej Magicznej Krainie widziałeś, że oprócz dzikusa stoi jeszcze XVS 250 a to zupełnie dwa różne qnie. Za każdym razem je dosiadając przyznam, że krótką chwilę zajmuje asymilacja z osiągami, charakterem i pociągiem do przygody co niech se każdy zinterpretuje na swój sposób. Kiedy dłuższą chwilę jeżdżę Jamaszką po mieście i poza z JACHEM na swojej YBR 250, osiągi, to jak się "wali" w zakręty, poręczność, spalanie, prezencja krajobrazu przyznam biorą górę i jest pięknie. Spotkałem się już z opiniami że Yamacha Virago to pedalski motocykl, ale to chyba tylko pedały takie opinie mogą wyrażać, choć do pedałów nic nie mam póki ci buziaka nie chcą dać prawda?
Podsumowując:

tak jak czytałem kiedyś, normalny facet powinien mieć dwa a najlepiej trzy motocykle, żeby móc się wyżyć w każdej nadarzającej się okazji.

Chcesz się przepierdolić w terenie bo przecież też jest fajnie- dosiadasz crossa.

Chcesz się przypierdolić po szosie-dosiadasz dzikusa.

Chcesz na luzie polatać bez stresu i spinki? Walisz kulasy do przodu, plecy na oparciu, nawet ukochana osoba na tylnym siedzonku- ciepłe powietrze, komary w zębach, 80 km/h na liczniku. Czego kurwa chcieć więcej?

Nie wiem jeszcze czego może ktoś da znak. Nie mam pomysłu...

Rok i dwa miesiące zapindalam Z750.Dziś dopiero założyłem krótki ogon, tablicę chowam do środka, choć fotoradarów znacznie mniej. Myślę o Z1000, Żonka każe mi się jebnąć w pustą mózgownicę i wiem że ma rację.

Zeta- Ty suko ale rwiesz.
Rwij Kurwa rwij.

Ixill- ale wyjesz Skurwysynu.
Wyj Kurwa wyj.

Przepraszam za wulgaryzmy.

Inaczej chyba się nie da.

Pozdrawiam.

  • Dodaj komentarz