Najnowsze komentarze
strażowy do: upadek komina
...każdy ma swój pomysł na "motocy...
cześć...mnie również mocno ciekawi...
Ponoć to stara prawda, że trzeba p...
Cześć, ciekawe jak w tym zestawien...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

11.11.2017 17:52

Bajaj Dominar 400 vs Ktm Duke 390 - polski test amatorski pl.

Czesto, kiedy czytam testy małych pojemności, przeprowadzane przez doświadczonych dziennikarzy, którzy musza też relacjonować swoje wrażenia z objeżdżania dwustukonnych Dukatów - zastanawiam się czy to w ogóle może być miarodajne.

 

 

     Co do porównania naszych dzisiejszych motocykli, ja podobnych rozterek nie miałem. Po pierwsze nie jestem doświadczonym dziennikarzem, a po drugie przeżywam ostatnio powrót zainteresowania mniejszymi mocami i pojemnościami, taką zupełnie nową fascynację. Ja wiem, że sześcsetki i pięćsetki są dla leszczy a jeszcze mniej to w ogóle już nie pojedzie, ale jakoś tak mam z nich sporo radochy ostatnimi czasy. Chociażby wypożyczona na wakacjach Honda CB 500 - niecałe 50 koni, a zabawy kupa - manetka w opór i radość przyspieszania bez potrzeby nagłego hamowania, bo po sekundzie jestem już pięćset metrów dalej. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, ci którzy trafiliście na bloga przez przypadek, jednorazowo. Nie wypadłem sroce wczoraj  spod ogona. W sezonach 2013-2016 miałem własnego litrowego nakeda, latałem też 320km/h na Hayabusie, a w swojej "karierze" blogera jeździłem paroma sportami mającymi pod 200 koni. Jednak gdzieś tam, po drodze nastąpił u mnie zwrot akcji i obecnie posiadam motocykl o 55 koni słabszy od mojego poprzedniego. Dlatego też ucieszyłem się bardzo na możliwość przetestowania Bajaja Dominara 400, na którego niejeden właściciel litrowego plastika nawet by nie splunął.

 

     Dominar 400. Pierwszy raz zobaczyłem go w reklamówce, na której to grupka indyjskich kozaków odjeżdża stado słoni tarasujących przejazd i paru bezradnie przez nie unieruchomionych motocyklistów na Royalach Enfieldach. Pomyślałem wtedy - o, jakaś smutna chińszczyzna w nieudolny sposób próbuje podważyć taką legendę jak Enfield. I że to taki ruch marketingowo dosyć słaby bym powiedział, zwrócenie na siebie uwagi przez ośmieszanie konkurencji. 

     Ostatnio model Dominzar 400 zadebiutował w Polsce za sprawą dealera Rometa i moją pierwszą reakcją było zdziwienie typu: a kto to niby u nas kupi? Dla młodszego motocyklisty na a2 fabrycznie nowy motocykl może okazać się za drogi, a dla gościa z pełnym prawkiem - za słaby. Założyłem tak jakoś, że Bajaj (który podobno atakował nasz rynek już w latach 90tych) pewnie podzieli los innego indyjskiego giganta - Tata Motors, który wycofał się z Polski z podkulonym ogonem. Pozostawiając nielicznych Januszów i Grażynki z paroletnimi, obleśnymi tatasamochodami, które ciężko teraz sprzedać, nawet za niecałe pięć tysięcy złotych.

     Dominar 400 w kolorze białym czekał na mnie przed salonem, w małej miejscowości Paniówki, w pochmurny listopadowy dzień. Było dosyć ciepło, termometr wskazywał 12 stopni. Wizualnie Badżadż wywołał u mnie pierwsze skojarzenie z jednym z moich wcześniejszych motocykli - Kawasaki Z 750. Mały, ale zadziorny, ze zgrabną lampą uporczywie wpatrującą się w ziemię. W rodzimych Indiach przynależy do kategorii "sport-tourer" co dla europejczyka może wydać się zabawne, dopóki nie sprawdzi na jakich jednośladach jeżdżą hindusi. Tam Dominar jest motocyklem sporych rozmiarów, jak barracuda wśród sardynek. Czy tam, czy tu Badżadż nie wygląda jak tatopaskuda - motocykl mi się spodobał i kiedy go oglądałem pomyślałem sobie, że został starannie i przemyślanie zaprojektowany. Jego cena wynosi 14,999 złotych, a przy zakupie w prezencie jest do niego do wyboru: kask, albo kurtka.

     Dominar już na pierwszy rzut oka robi dobre wrażenie. Elementy są dobrze spasowane, a powłoka lakiernicza starannie położona. Plastiki nie wyglądają jak przeszczepy z jajek niespodzianek, czy efekt recyklingu pudełek po jogurtach, są naprawdę dobrej jakości. Siadam więc na miękkim siedzonku, a motocykl przyjemnie się pode mną ugina. Odpalam jednostkę napędową, która natychmiast rozpoczyna kulturalną, równą pracę, mimo nie za wysokiej temperatury na zewnątrz. Motocykl oprócz głównego wyświetlacza posiada jeszcze drugi, na baku, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem i wygląda zacnie. Przełączniki przy manetkach podświetla niebieskie światło, jak na tablicy przyrządów Golfa IV generacji, a podczas jazdy cały czas świeci się też niebieskie logo Bajaja na baku. Ciekawe jak te rozwiązania prezentują się po zmroku.

     Podczas jazdy motocykl sprawił wrażenie gabarytowo większego, niż kiedy stał oparty na kosie. Silniczek pracuje cicho, jak na 35 koni rozpędza dziarsko, tego 180cio kilogramowego sport tourera i zajmuje mu to około 7,03 sekundy. Hamulce ByBre z jedną 320 milimetrową tarczą z przodu hamują  przyzwoicie, nie dając żadnych powodów do narzekań. Bardzo mi się spodobała wspólpraca na lini sprzęgło-skrzynia. Klamka pracuje lekko, a biegi wskakują cichutko i precycyjnie na swoje miejsce.

     Dominar tnie winkle jak brzytwa, prowadzi się dziecinnie łatwo i zachęca, aby przerzucać go z zakretu w zakręt. Silnik prowokuje do ciągłego ciągnięcia pod odcinkę, tuż pod czerwone błyśnięcie shiftlight'a. I tu ważne spostrzeżenie - mimo małej pojemności sprzęcik wcale nie nakłania do spokojnej jazdy. Turlanie się 90 na godzinę to nie jego klimat. Jedynka, dwojka, trójka i parę razy zreflektowałem się, że jestem w zabudowanym, a mam już 110 na blacie. Bajaj ma charakterek, kusi, żeby jeszcze szybciej wchodzić w łuki. Wyposażono go w sprzęgło antyhoppingowe, a w silnik wkręcono aż trzy świece, podobnież dla zoptymalizowanìa spalania mieszanki w silniku i zmniejszenia zużycia paliwa. Niestety podnosi to koszty serwisu, ale z drugiej strony, gdy ci padnie w trasie świeca - to masz jeszcze dwie. Taki żarcik.

    Całe oświetlenie indyjskiego motocykla jest na ledach, ale jak to świeci po zmroku - nie wiem, bo latałem w biały dzień. Wygląda jednak efektownie i na bogatości, a tylna lampa z dwoma paskami przypomina mi tą z Sv 650. Motor obuto w opony jakiegoś indyjskiego producenta, którego nazwy nawet nie potrafię wymówić, ale nie powiem, trzymały dobrze i nic mi się tam nie ślizgało. 

     Biorąc Bajaja w krótkie użyczenie obawiałem się jednego - że po dziesięciu minutach będę chciał wrócić pod salon i oddać go z kwaśną miną. Nic takiego jednak nie nastąpiło, miałem wręcz ochotę na więcej powściekania się tym bzyczkiem po okolicy którą znam dosyć dobrze i nauczyłem się efektywnie wklejać w lokalne winkle. Pod koniec jazdy uzupełniłem zbiornik paliwem, nie wiem jednak ile mi spalił - ale na necie powiadają, że można wykręcić nawet 2,5 litra na setkę.

     Na jazdę przyjechalem swoim moto, wobec czego byłem w jeansach motocyklowych bez kalesonów. Trochę obawiałem się przez to, że na małym nakedzie nabawię się reumatyzmu stawów kolanowych, ale bezzasadnie. Zbiornik jest modnie wycięty i nogi chowają się w jego krzywiznach. Co do wiatru, to mimo owiewki bikini zamontowanej nad lampą wieje, jak na każdym nakedzie. Ponad stówą leci się całkiem komfortowo, natomiast co do prędkości maksymalnej, to ja rozpędziłem hindusa do 154km/h i motorek płynął naprawdę stabilnie. Nic nie trzęsło, niczym nie telepało. Jedynie podczas gwałtownego przyspieszania z okolic silnika dochodziło delikatne dzwonienie w pewnym wąskim rejestrze obrotów. Może to kwestia jakiś regulacji. Motocykl najżwawiej ciągnie w przedziale 6-9tys. rpm. a odcina przy około dziewięciu.

     Test zakończyłem z taką refleksją, że gdyby na Bajaja nakleić logo Yamasaki, to można by bez wstydu sprzedawać go w salonach wiodących motocyklowych producentów. Że hinduski produkt właściwie to nie ma się czego wstydzić. Jedyny element, który zamieniłbym na inny, albo wręcz zdemontował zyskując 2-3 kilo na wadze, to gmole. Wyglądają trochę dziwnie, jak wyposażenie starego motocykla ze szkółki jazdy, nie pasując do całej bryły.

 

 

     Tydzień pożniej zasiadłem na Ktm Duke 390, dawcy pieca dla Dominara 400. Tym razem komodantem był mój stary przyjaciel Seba, o którym mogliście już parę razy przeczytać tutaja na blogu. Seba słysząc o moim zamiarze testu hinduskiej myśli technicznej, zaproponował, że odda swojego Kata w moje ręce dla dobra nauki. W ten sposób spotkaliśmy się w środowy, zimny wieczór na parkingu stacji benzynowej, pod białym budynkiem Orlena. Biało-pomarańczowy Duke, niczym mały łoszak i górójąca nad nim moja szara klempa z wysp brytyjskich.

     Ktm wygląda trochę jak młodzieżowy przypałowiec, do którego najlepiej pasują trampki, kaptur i plecak. Produkowany w Indiach przez fabrykę Bajaja, obdarza częścią europejskiej technologii swojego młodszego hinduskiego brata. Ale już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z dwoma różnymi motocyklami, moim zdaniem. Spoczęcie na twardej kanapą i spojrzenie w dół na kanciasty bak jeszcze to potwierdza, że są to sprzęty, które finalnie mogą znależć zupełnie innego nabywcę.

     W porównaniu z Dominarem, na Duku od razu dzieje się bardziej sportowo a mniej wygodnie. Z trybem od razu "ready to race". Usiadłem z mocno podkurczonymi do tyłu nogami i z wrażeniem, że na tym motocyklu mam nieco mniej miejsca. Jeżdziłem nim dłużej niż Badżadżem i po jeżdzie trochę czułem nogi w kolanach i dolną część pleców zwłaszcza, że Duke ma dosyć twardy zawias i na dziurach nieźle daje po zębach. W tej kategorii lepszy jest Dominar, bardziej wygodny na dłuższe odcinki, pozwalający zabrać ze sobą pasażera na krótki przelot bez obawy, że spadnie nam po drodze na asfalt, albo się obrazi i już nie zadzwoni.

     Seba skręca ze stacji w prawo moim Tygryskiem, a ja daję za nim pełnego ognia jego Małym Księciem, żeby nie zostać za bardzo z tyłu. Ledwo nadążam, ale nie jest źle. Różnica w dynamice tych dwóch czterysetek pracuje zdecydowanie na korzyść Ktm'a. Duke wyciska 46 koni kontra 35 z hindusa i jest lżejszy o jakieś 30 kilo. Te dane dają mu bezlitosną przewagę nie tylko w teorii. Do setki rozpędza się w jakieś 5,5 sekundy i osiąga prędkość maksymalną ponad 170 km/h. Właściwie to byłem mocno zaskoczony, bo to to jeździ - jak o wiele mocniejszy na papierze motocykl.

     Podczas jazdy zaskoczyły mnie też podświetlone na biało przełączniki przy manetkach Kata. Myślałem, że będzie to domena jedynie Bajaja, bo wiadomo, jak bardzo hindusi jarają się różnymi takimi światełkami i kolorową otoczką a'la Bollywood. Wyświetlacz główny jest, jak to u austriaków pomarańczowy i posiada coś, czego brakuje Dominarowi - wskaźnik zapiętego biegu. Nieczęsto jeżdżę takimi singlami i parę razy zdażyło mi się przydusić motocykl z powodu za wysokiego biegu. W Duku zdażało mi się to o wiele rzadziej - jego piecyk jest elastyczniejszy, a masa całkowita pojazdu niższa.

    Kat zapierdziela jak mały ścigacz i świetnie trzyma się drogi - producent nie oszczędzał na gumie i na felgi naciągnął Pirelki Diablo Rosso. Na winklach Książe wymiata bezlitośnie, co dało efekt w postaci śmiesznej sytuacji. Seba leciał pierwszy i jechał cały czas mocno dynamicznie. W pewnym momencie skręcaliśmy w lewo. Seba wrzucił migacz, nic nie jechało z przeciwka, no to skręca normalnie. Ja skręcam za nim, ale już w trakcie manewru zrobiło mi się jakoś za wolno, za nudno Tygrys go niesie przez ten zakręt, pomyslałem. Położyłem więc Księcia głębiej i nie zastanawiając się wiele odkręciłem pełną pizdą. Śmialismy się z tego później, bo efekt był taki, ze opierdoliłem Sebę w mgnieniu oka w trakcie manewru skręcania, obcinając rzeczony zakręt niemal na skos. Taki właśnie ten Kacior jest, stwierdziliśmy potem przy kawie - zwinny jak jaszczurka i w pewnych rękach mogący zaskoczyć nawet dużo mocniejszych  zawodników. 

     Z takich jeszcze bezpośrednich porównań podobały mi się felgi Dominara, ich ramiona były efektownie wyfrezowane, czego nie było w Duku. Logo na baku hindusa tworzyły solidne, wypukłe litery, podczas gdy Kat jest oklejony naklejkami prosto na plastik.  Poza tym, spory efekt robi ten drugi wyświetlacz na baku - wygląda jak element z droższego motocykla. Kat z koleii ma świetną tą pomarańczową ramę i ostrzej pociągnięte, bardziej kozackie linie. I następna ważna sprawa - wydech. W Duku siedzi pod motocyklem i brzmi nie najgorzej, trochę jak akcesoryjny, natomiast w Dominarze mamy po prawej z boku sporą, ale cichą puchę, która w dalszej przyszłości po zakupie, ucieszy swojego właściciela możliwością jej wymiany na coś głośniejszego. Warto też wspomnieć o przednim zawieszeniu - Bajaj ma klasyczny widelec, natomiast Kata wyposażono w usd o większej średnicy goleni.

     No i jeszcze kwestia eksploatacji sprzętów i ich awaryjności. Myślę, że nie ma za specjalnie się czego bać, zważywszy, że są to konstrukcje dosyć proste. Mimo, że powszechnie wiadomo, iż akronim KTM oznacza Krótko Trwały Motocykl, to Seba posiada swój egzemplarz drugi sezon i nie zauważył żadnych nieprawidłowości w jego działaniu. Co do Dominara to podejrzewam, że będzie podobnie.

 

     Dobra, to teraz czas na wnioski. Gdybyście zapytali, który z tych motocykli byłbym skłonny kupić, to za bardzo nie widziałbym co odpowiedzieć. To zależy. Przecież są aspekty nie tylko techniczne. Indyjski motocykl jest około 6 tyś złotych tańszy i podobno jest w stanie spalić jedynie 2,5 litra paliwa na setkę. Biorąc to wszystko pod uwagę niechętnie muszę ogłosić remis miedzy tymi motocyklami. Nie lubię tego za bardzo, bo kojarzy mi się z wchodzeniem w dupala producentom, po to tylko, by nikomu zbytnio nie podpaść i być znowu mile widzianym na kolejnej prezentacji. Ja lubię znaleźć w motocyklu jakieś wady, a potem się nad nim bezlitośnie pastwić. Tutaj jednak żaden z tych sprzętów nie dał mi ku temu wyraźnych powodów. Podsumowując wszystko jednym zdaniem - Duke to wariat do wieczornego dzidowania z ziomkami po mieście, natomiast Dominar to ekonomiczny, praktyczny motocykl, który da radę we dwoje na krótkich dystansach.

 

     Niejako kończąc, chciałbym spuentować całe to porównanie takim moim spostrzeżeniem. Jak wiecie z bloga, mam kumpla, który zdał prawko za pierwszym razem i odkupił od innego mojego znajomego starego Bandita 600 na pierwszy motocykl, a ja miałem patronat nad całym tym dealem. Jako, że zamierzał nim jeździć również z plecaczkiem, po trzech miesiącach i dwóch tysiącach przejechanych kilometrów stwierdził, że Bandzior jest za słaby i nie jedzie. Trochę się zdziwiłem, bo moim pierwszym moto był skuter pięćdziesiątka, a drugim zaraz po nim tenże Bandit. Użytkowałem go dwa sezony, a sprzedałem niejako przez przypadek, co sugeruje że możliwe, iż jeżdziłbym min dalej, bo moc mi się jeszcze nie skończyła i uwielbiałem kręcić dziada do odcinki słuchając jak śpiewa rzedowa czwóra na wysokich obrotach. No więc, jak zapewne pamiętacie, w maju tego roku pojechałem z Bartkiem busem do Pruszkowa i kupiliśmy dla niego Tigera 1050 z 2007go roku. Tiger jest motocyklem dużym, wysokim i mocnym, oraz pozwala na dynamiczne podróże z pasażerką i kuframi. Moim zdaniem ma natomiast, jak wszystkie inne litry wadę w postaci utrudniania, czy raczej spowalniania efektywnej technicznie nauki jazdy, osobom z małym doświadczeniem. To przez wysoki moment obrotowy i spore masy wirujące. Zaraz po zakupie pojechaliśmy polatać na dwa motocykle i widać było, że kumpel jest w stanie utrzymać moje (nie aż tak znowu wariackie) tempo, jedynie na długich prostych - gdy ja jechałem swoją osiemsteką. W łukach, czy ciasnych zakrętach wiedza o tym, jak łatwo z tym momentem obrotowym można złapać uślizg, paraliżowała jego poczynania do tego stopnia, że ginął w lusterku na długie minuty. Do tego przy gabarytach Tigera 1050 i jego wysoko położonym środku ciężkości, szybko powychodziły braki w przyjmowaniu pozycji na motocyklu i manewrowaniu nim, chociazby przy małych prędkościach. Ale do czego zmierzam - trzy dni temu, po całym sezonie, kiedy to kolega zrobił już 7 tys. kilometrów swoim Tygrysem wyjechaliśmy wieczorem podzidować razem po winklach i autostradowych rampach.  No i niestety z przykrością muszę stwierdzić, że od poprzedniej naszej jazdy niewiele się zmieniło, a progres jaki poczynił mój koleżka w mojej ocenie jest żeby niski co potwierdzała sylwetka jego motocykla ginąca w lusterku na każdym prawie winklu. No i teraz dochodzę do meritum - mam przekonanie graniczące nieomal z pewnością, że taki Dominar, czy Duke o pojemności i mocy rzadko wzbudzającej w kimkolwiek respekt, o wiele szybciej nauczyłby mojego ziomka agresywnej jazdy po winklach i ogólnego radzenia sobie z motocyklem. Ale wiecie, jak to u nas w Polsce jest - kup większą pojemność, bo za rok i tak będziesz zmieniał. Najgorsze jest to, że to my sami budujemy takie stereotypy. Obawiamy się zakupu małego motocykla, ze strachu przed kompromitacją i późniejszymi problemami z odsprzedażą - a problemy z odsprzedażą rzaczywiście występują, bo ... sami ich nie kupujemy. No, ale cóż, do takich przemyśleń i budujących wniosków trzeba samemu dojrzeć, oczywiście wcześniej nie rozjebawszy się w krzakach starym litrem, po próbie nadążenia za ziomami, którzy jeżdżą dłużej. Amen.

 

ps.

a co do mnie, to z motocykli, które obecnie najbardziej mnie ciekawią i którymi najchętniej bym teraz pojeżdził, to są to Benelli Trk 500 i Kawasaki Ninja 250 i Ninja 300. Ja wiem, że słabe..., ale jak byłem w lipcu na torze, to właśnie taka stara zielona, poobijana i poklejona powertapem Ninja robiła wszystkich jak chciała.

Komentarze : 4
2017-11-16 14:06:44 strażowy

cześć...mnie również mocno ciekawi wydumka pt. TRK 502 , może to właśnie będzie alternatywą dla żony która sukcesywnie zbiera doświadczenia ? choć wcale nie jest przesądzone, że będzie podobnie jak ja, preferować rozwiązania "enduro" :) ...z MT-03 pewnie by się mogła zaprzyjaźnić , kawa z300my też jest pewnym pomysłem.....finalnie, czekam z niecierpliwością na Twoje newsy od Benelli

2017-11-14 18:08:33 jazda na kuli

@Marcin Jan - " trzeba przejść litra, żeby docenić szejsetę " to dobre!
Rzeczywiście Tigery będą miały taki bajer + jeszcze parę innych, co wiesz pewnie. Moim zdaniem wyszły fajnie, o wiele lepiej niż gs850 przynajmniej wizualnie.
@Alumn - g310 wygląda fajnie. Ciekawy też będzie ten gs310 :)

2017-11-13 18:38:49 Marcin Jan

Ponoć to stara prawda, że trzeba przejść litra aby docenić szejsete. To raz a dwa na forum ściagcza.pl jest to ciągle powtarzane że nowicjusz na litrze zwykle zostanie i tak objechany przez doświadczonego na szejsetce. Moim ulubionym upalaczem pićsetki jest Schaaf.

Co do podświetlenia w Bajaju :) to wydaje mi się że podświetlane manetki dostanie w przyszłym roku Tiger 800 i 1200, przynajmniej tak wyglądało na zapowiedziach EICMA 2017.
A sam bajajek wygląda rzeczywiście całkiem zgrabnie.

2017-11-13 14:57:38 Alumn

Cześć, ciekawe jak w tym zestawieniu ulokowałoby się BMW G310R. Cena pośrednia pomiędzy dwoma testowanymi maszynami, produkowany też w Indiach, opinie zbiera dość pochlebne (nawet z ust mojego brata, który miał okazję dorwać testówkę). Na testy chyba pogoda nie pozwoli, a szkoda, skoro masz taką zajawkę na "piździki", dobrze byłoby przeczytać Twoją opinie o najmniejszej beemce...

  • Dodaj komentarz