Najnowsze komentarze
też mam takie odczucia, im jestem ...
Pomysł na podbój rynku świetny. Ta...
cebula 500 do: upadek komina
Miałem podobnie dopóki nie kupiłem...
Mam takie same opony w Hondzie. Wy...
Marcin Jan ciekawe spostrzeżenia. ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

16.09.2017 21:04

Indian Scout - polski test amatorski.

 

    Podejmując się testu Scout'a, jestem winien parę słów wyjaśnienia tym, którzy mnie nie znają, ani nie czytali moich wcześniejszych tekstów. Otóż ja jeszcze nie za bardzo lubię choppero-cruisery. Celowo napisałem jeszcze, bo już dawno nauczyłem się, że w życiu nie ma co stawiać szumnych założeń, czy zaciekle bronić tez, wydających się jednymi słusznymi w danej chwili obecnej. Kiedy byłem mały, to na gówno mówiłem papu, a jak dorosłem, to wydawało mi się że najlepszymi jednośladami są power nakedy i litrowe sporty. Teraz, to turystyczne enduro jawią mi się jako najmądrzejsze motocykle, ale wiem już, że kiedyś pogląd ten może ulec radykalnej zmianie, chociaż wolałbym, aby tak się nie stało. Coraz mniej lubię zmiany - generują duże wydatki i pochłaniają sporo czasu, innymi słowy - starzeje się.

     A tak dokładniej to chodzi mi o to, że skoro nie przepadam za armaturami, to dzisiejszy Indian nie dostał oceny celującej tylko za to i dlatego, że jest, nie bójmy sie tego powiedzieć - ociekającym chromem cruiserem.

    Na jazdę przyjechałem swoim Triumph'em. Było gorąco, a ja po pracy trochę się spieszyłem, bo miałem do pokonania siedemdziesiąt kilometrów. Założyłem więc wysokie buty, na nie czarne, motocyklowe jeansy i meshową kurtkę. W pośpiechu nie umiałem odnaleźć w chaosie swoich szuflad niepoukladanych, termoaktywnej koszulki, zirytowany więc tym faktem zarzuciłem kurtkę na zwykłą, prostą w kroju koszulę, w której przyszedłem z pracy. Spontanicznie i nawet nie przeczuwając, jak dobrym wyborem,  owa koszula będzie w kontekście jazdy czerwonym Indian'em, ze złotym, prastarym logiem głów  Wodza z piuropuszami na baku.

     Paweł, który przyjął mnie w salonie, wyprowadził Indian'a na zewnątrz, uprzednio wprowadziwszy mnie w arkana obsługi motocykla. Kiedy odpalał maszynę, zapytałem, czy mogę zostawić w salonie swoją kurtkę, pod jego opieką. Może Wam się wydać to zupełnie nielogicznym i irracjonalnym, ale w otoczeniu tego wyjątkowego, spokojnie pracującego na jałowym biegu  motocykla, od razu załapałem, że ochrona przed ewentualnymi uszkodzeniami mojego ciała, nie będzie dla mnie priorytetem tego dnia. Z bulgoczacej fałki, z czerwonego lakieru na baku i z żółtych skór bawolich siedzeń, emanował spokój, informujący mnie dobitnie, że tego dnia i na tym motocyklu, nic złego mi nie grozi. Czasami pojawia się u mnie, taki rodzaj przekonania, pewności, czy też nieraz - obawy. To tak samo, jak kiedyś ruszałem pierwszy raz z miejsca na wrzeszczącym i niewygodnym BMW S1000RR - wtedy z lekka obawiałem się o swoje życie, a każdy nerw w moim ciele napięty był jak postronek, innymi słowy nieomal srałem w gacie ze strachu.

     Na Indian'ie zasiadłem więc w koszuli z podwiniętymi rękawami i moim starym Neotec'u z podniesioną szczeną. Po niebie przewalały zwały szarych chmur, ale temperatura była wysoka - około 26 stopni. Motocykl pracował bardzo kulturalnie, jak na fałkę, żeby nie powiedzieć, że aż za cicho. Nic się nie trzęsło, nic nie wydawało żadnych niepokojących dźwięków.

    Aura niesamowitości otaczająca ten motocykl, o której opowiadałem w poprzednim artykule, dała się odczuć także podczas jazdy testowej i była już naszym nieodłącznym towarzyszem tamtego dnia. Nie wiem, czy powodowała ją chwilowa odskocznia od lat jeżdżenia na oklepanych wizualnie japończykach, albo niemcach, czy też była jedynie projekcją moich pragnień czegoś nietypowego, projekcją motocyklowego indywidualizmu. Ale, motywy są tu nieistotne moi mili, ważne, że ta magia zadziałała i wybijając pierwszy bieg na placu pod salonem firmowym w stolicy podbeskidzia, czułem wyraźnie, że jazda ta będzie zupełnie inna, niż wszystkie.

    Indian Scout, którego mi wydano, miał pojemność 1133cm i skrzynię sześcio biegową. Tak na prawdę, to wolałbym pojeżdzić wersją z silnikiem o pojemności 999cm - bowiem model ten byłby bardziej realny dla mnie pod względem finansowym. Wyposażono go w skrzynię pięcio biegową, ale zestopniowaną w inny sposób, tak, aby różnica w mocy i momencie między tymi modelami była jak najmniej wyczuwalna.

    Ruszyłem więc z miejsca, ale mojego testu, raczej testem nazwać się nie da. To dlatego, że ja raczej tylko jeździłem, a nie typowo testowałem, sprawdzając jak konkretnie działa dany parametr. Radość z jazdy, bez żadnych napinek, to jest to, co oferuje nam Indian Scout. Siedzisz sobie na motocyklu, w rękach trzymasz szeroką kierownicę z której środka wystaje czarna lampa. Lampa ta celuje w przestrzeń przed Tobą, niczym znaczek Mercedes'a na masce beczki z siedemdziesiatego dziewiątego. Mimo, że pod tyłkiem masz ze sto koni i pewnie ze sto niutków, w mojej jeździe spora część tej mocy drzemała niewykorzystana - nie było bowiem takiej potrzeby, ani chęci, aby jej używać czy też sprawdzać.

    Dobitniej mówiąc, na Indianie masz wyjebane na osiągi.

    Ja poczułem to od pierwszych metrów. Najpierw była radość, że zamiast czarnej kurtki, mam na sobie jedynie trzepotanie kołnierzyków swojej brązowej koszuli. Czułem się wolny i niczym nieskrępowany, a przed sobą miałem perspektywę zajebistego spędzenia dwóch następnych godzin. Później dołączyła do tego siła i moc płynąca wprost z piuropusza Wodza na baku, emanująca pewnością, że w tym momencie swojego jeżdżenia, nie muszę już nikomu, niczego udowadniać. To tak jak ubrany w nowiuteńkie, nieskalane zdechłą muchą texy, kierowca na Hondzie CB 500, zawsze będzie wyglądać na nowicjusza, tak ja na Indianie natychmiast poczułem się, jak stary wyjadacz szos i duktów - bo skoro jadę na czymś tak niesamowicie oryginalnym, to raczej nie mogłem wypaść sroce spod ogona minutę wcześniej. Czerwony Indian w moim i swoim imieniu, informował otoczenie, że oto nadjeżdża team najwiekszych moto kozaków w całym województwie i kto tylko chce, może przez krótką chwilkę na nas popatrzeć, zanim znikniemy za następnym zakrętem.

    Jak wiecie z moich poprzednich wpisów, ja uwielbiam zakręty. Może dlatego Scout, tak bardzo mnie zachwycił. Lekkość, którą objawił się w salonie podczas dzwigania z kosy, robi ogromną robotę na zakrętach. A uwierzcie mi, podczas tej półtora godzinnej jazdy, zrobiłem wszystko, żeby pokonać jak najwięcej zakrętów. I powiem tak, jak na cruiser'a, Scout rzuca się w winkle jak dzik w żołędzie. Przerzucanie go naprzemiennie po ich ciasnych zawijasach, sprawia jeźdzcowi masę radości. Na zakrętach Zwiadowca pokazuje swoją drugą naturę - a mianowicie twarz szybkiego, zwinnego nakeda z potężnymi jajami w aluminiowej ramie. 

    Ale czy to na zakrętach, czy podczas lajtowego kruzowania, Indian nie wibruje. Widać lusterka, widać nawet co jest w lusterkach.Paweł wytłumaczył mi genezę tego zjawiska, budowę indiańskiego paleniska, ale wybaczcie - w całej tej ekscytacji jazdą, zapomniałem tamtych szczegółów technicznych. Zaskoczenie jednak było spore, bo motocykle konkurencji z dużymi silnikami w układzie V, charkateryzują się jak wiecie sporymi wibracjami, natomiast Scout wydał mi się niezwykle spokojny, objawiający zero jakiegokolwiek szarpania przy niskich prędkościach. Pokreciłem też ciasne kółka na stacji benzynowej i tutaj również wykazało się niezwykle udane wyważenie całego motocykla i nisko umieszczony środek ciężkości - rewelacja.

    A propos stacji, czy parkingów, tam czerwony Indian wywołuje natychmiastowe zainteresowanie. Nie wiem, czy nie jest to jakaś magia koloru, ale z podobnym zjawiskiem spotkałem się z czerwoną Multistradą, również wyjątkowo absorbując nią uwagę przechodniów. Tak na marginesie to powiem Wam, że zajebista, niekoniecznie czoperowa atmosfera, to jest coś, co towarzyszy Indian'owi bezustannie. Jadąc nim w łopoczącej na wietrze koszuli, czułem się bardziej jak brodaty, wyluzowany hipster po trzydziestce i bez zobowiązań, niż jak Janusz z wąsem na Shadow'ce, jadący na zlot, cały w emblematach i błyszczących przypinkach.

    Zatrzymałem się w końcu nad stawem hodowalnym, których kilka minąłem po drodze, ale tylko po to, żeby porobić motocyklowi parę fotek na tle wody i zielonej trawy. Scout jest przepiękny. Dla mnie jest to jeden z nielicznych motocykli, któremu pasują pomarańczowe klosze kierunkowskazów. Pasują do tych żółtych, bawolich siedzeń. Kiedy Indian stał nad stawem i cykał stygnącym wydechem objawił mi się jego dualizm w całej okazałości - wyglądał trochę jak stary motocykl, wyrwany z nieco innej epoki, a od strony technicznej jeżdził precyzyjnie, niczym nowoczesny naked. 

    Motocykl Amerykanów, posiada pojedynczy zegar, którego centralnym wskazaniem jest obrotomierz. Za pomocą przełącznika znajdującego się w miejscu błyskania długimi, zmieniamy informacje na cyfrowym wyświetlaczu. Mamy wyświetlacz biegów, temp. silnika, dwa tripy, zegarek. W motorze zastosowano automatyczny rozrusznik, czyli jedno, krótkie przycisnięcie guzika powoduje, że silnik kręci odpowiednio długo, aż zaskoczy. Osadzono go w aluminiowej ramie, gdzie z przodu sprytnie wkomponowano chlodnicę - całość jednośladu waży koło 255kg. Z takich ciekawostek odnotowałem włączanie awaryjek - uruchamia się je w taki sposób jak wyłącza kierunkowskazy. Sama obecność awaryjek nieco mnie zaskoczyła, przykładowo mój turystyk Tiger ich nie posiada, co uważam za skandal nad skandale.

    Zastanawiacie się pewnie, czy w całej tej ślepej ekscytacji czymś ekscytujacym i na naszym rynku świeżym, jest miejsce na jakieś minusy? Otóż jest. Jestem niemal pewien, że ktoś, kto dużo jeździ różnymi rodzajami motocykli, jest skalany pewnego rodzaju ponurym przekonaniem, szepczącym mu bez przerwy pod poliwęglanem kasku, że ideału nie ma. Być może jest coś takiego jak jednoślad idealny,  ale chyba tyko w obrębie danej kategorii do której sam należy. Indian Scout, jak każdy motor ma swoje wady, ale dla mnie jest to najlepszy czopero-kruzer z jakim miałem styczność, chociaż dla mnie osobiście, Scout bardziej rozpycha się w segmencie zwanym modern classic. Tak ja go odebrałem.

    Pierwszą wadą motocykla jest duża ilość ciepła, którą na Twoje nogi wygeneruje potężna fałka,  kiedy w upalne lato będziesz czekał na zielone światło. Drugą są wskazania pojedynczego licznika, ale to już bardziej taka moja fanaberia - ja, będąc konstruktorem tego moto arcydzieła, centralną wartością ustanowilbym predkościomierz. To dla tego, że prędkość trzeba wypatrzeć w małym, cyfrowym okienku, natomiast dobrze widoczne wartości rpm, są w tym sprzęcie mało istotne. Piec generuje taką elastykę, że nie potrzeba patrzeć jakie są w danej chwili obroty, czy nawet,  jaki mamy zapięty bieg. Jak już wyżej wspomniałem jadąc Indian'em miałem gdzieś osiągi i wartości - leciałem sobie dziewięć dych na lajcie i z dumą spogladałem na mijane otoczenie, napawałem się nim.

    Jest jeszcze wada w postaci bolesnych odczuć pojawiających się pewnie podczas dłużej jazdy, w kontakcie pośladków z pojedynczym, kołyskowym siedziskiem. Jak to w cruiser'ach Indian ma podnóżki wysunięte sporo do przodu, co w połączeniu z pojedynczym siedzeniem prawdopodobnie powoduje ból dolnej części pleców, podczas dużych dziennych przebiegów. Kiedy mocno odkręcałem, całą sylwetkę wyginało mi do tyłu - tak, tak Indian ma sporą moc i niespodziewiającego się nowicjusza, jest w stanie w mgnieniu oka zrzucić z siodła i cisnąć zakrwawionego w krzaki , tylko daj mu po temu powód, lekceważąc złowieszczy buldog z podwójnej faji Wodza. Poza tym zawieszenie jest krótko skokowe, co wymusza wolną jazdę na głębokich nierównościach. Gdy za bardzo się na nich rozpedzisz twój kręgosłup będzie musiał po prostu odegrać rolę dodatkowego amortyzatora.

     Motocykl oddawałem niechętnie. Natychmiast pokochałem motocyklizm, który oferował. Motocyklizm pełen luzu, ale też przesycony głęboką siłą, spokojny niczym karateka przysięgający nie używać swej potęgi wobec maluczkich, błądzących i nieświadomych. Tutaj nie było aspiracji do bycia klasyką, tylko dlatego, że trzęsie się i wibruje jak motocykl z lat czterdziestych. Indian Scout to moto, w którym pradawnego ducha opleciono nowoczesną technologią pozwalającą na dynamiczną jazdę i wyposażono w sprawne hample pozwalające to wszystko skutecznie wyhamować.

    Tak więc, jak widzicie jazda wywarła na mnie piorunujące wrażenie i na siłę poszukałem jakiś minusów, żeby nie było aż tak kolorowo. Na chwilę obecną, Zwiadowca byłby dla mnie idealnym wyborem na drugi motocykl, gdyby był zamożniejszym człowiekiem. Przypuszczam, że bardzo rzadko jezdziłbym wtedy Tiger'em, zostawiłbym go na dalsze trasy. Nad Scoutem łatwiej przerzucałbym nogę, nie zakladałbym tony ciuchów, poza tym motor ten nie wyzwala żadnego pośpiechu, czy wyzwania związanego z jazdą. Wiem, że zaraz podniosą się głosy oburzenia, że jak to nie trzeba się ubierać na cruiser'a - przecież upadek że skutera, czy ściga zaboli podobnie. Może odpowiem tak : kiedyś uważałem czoperowców jeżdżących w samych kamizelkach za ciuli, teraz jednak, im dłużej jeżdżę, to coraz częściej rewiduje niektóre wczesniej stawiane przez siebie tezy, nie jestem już tak ich pewien.

    Co do samej marki Indian, zakończę ten test pewnym pomysłem, jaki miałbym na szybką ekspansję marki, chciażby w naszej starej, dobrej Europie. Otóż na miejscu Amerykanów zbudowałbym prosty motocykl, sięgający do korzeni motocyklizmu, niemalże prymitywny. Dwa szprychowane koła, jednocylindrowy, na przykład litrowy silnik i szeroka kierownica, jeden hampel z przodu. Stalowa, sztywna rama, wielgachna lampa, zegar z prędkosciomierzem, odometrem i niczym więcej. Tak, zebyś sprawdzając poziom paliwa musiał otworzyć korek i potrzasnać bakiem w celu uzyskania informującego chlupotu. Jak najmniej elektroniki, za to mocne, trwałe materiały i precyzyjny wtrysk. Żadnej kontroli trakcji, abs'u (chociaż to już chyba będzie wymóg) czujnika wyciągniętej kosy, czy czegokolwiek innego. Duży Modern Classic o wadze na mokro poniżej 200 kilo, kosztujący konkurencyjne pieniądze. Będący Motorem w całej swojej prostocie, z całymi bebechami na wierzchu, łatwym do napraw i regulacji,  odpornym na deszcz, mróz i upały.  Indian Scout też sprawia takie wrażenie, mimo, że spotkaliśmy się zaledwie na półtorej godziny. Te półtorej godziny jednak wystarczyło, żeby odkryć w nim prawdziwego motora z dupnym  piecem w układzie V ...takiego prawdziwego, nietuzinkowego autentyka.

Komentarze : 4
2017-10-12 18:14:28 okularbebe

Pomysł na podbój rynku świetny. Taka maszyna chodzi nie jednemu po głowie. Dwa koła, silnik i minimum elektro-plastikowych bambetli.

I żeby to był seryjny, zaprojektowany w fabryce, niezawodny motocykl, jako alternatywa dla wszystkich customowych potworków z piwnicy z przerośniętymi cenami.

A i jeśli to jest test amatorski, to cóż można przeczytać w prasie, która mianuje się profesjonalną? Trudno czasem tam znaleźć nieamatorskie materiały.

2017-09-23 19:32:41 jazda na kuli

Dzięki Panowie. Fajnie by było pracować wśród motocykli, dobrze zarabiać i dojeżdżać dziennie na moto do pracy 50 kilo w jedną stronę. Obawiam się jednak, że po pewnym czasie motocykle zaczęły by mi się kojarzyć z pracą, a motocykliści irytować głupimi pytaniami.
DominikNc - no właśnie. Czemu ich rodzime marki produkują same czopery? Mają przecież góry, pustynie, kaniony, wszystko co potrzebne do zastosowania motocykli o różnym przeznaczeniu....

2017-09-17 11:54:17 ptwr2

Powinieneś pracować w salonie. To już któryś raz, gdy na podstawie samego opisu chcę mieć właśnie ten motocykl, choć normalnie nie brałbym go pod uwagę, nawet gdyby był mi oferowany za darmo. Choć myślę, że to raczej chodzi o same pozytywne emocje z jazdy, niż o konkretną konstrukcję czy znaczek na zbiorniku paliwa.

Motocykla idealnego nie ma i chyba nigdy nie będzie. Istnieją za to takie, w których suma zalet przewyższa sumę wad, albo takie w których akurat te wady dla danego użytkownika są pozbawione znaczenia.

Mi osobiście szkoda, że motocykl amerykański = cruiser. Nie wierzę, że taki kraj nie ma potencjału ani zdolnych inżynierów, zwłaszcza biorąc pod uwagę popularność innych typów motocykli na ichniejszym rynku.

2017-09-17 09:38:34 DominikNC

Doskonale opisałeś odczucia z jazdy power cruiserem, ale zeby to zrozumieć, trzeba samemu spróbować. Ja uwielbiam takie maszyny. Pozdrawiam!

  • Dodaj komentarz