Najnowsze komentarze
ktm690smr do: wypadek
Każdy wypadek motocyklowy to osobn...
Dzięki panowie za dobre słowo. E...
Erjot do: wypadek
Cieszę się że wyszedłeś z tego cał...
DominikNC do: wypadek
Cześć! Motory są niebezpieczne. Ja...
O masz. Ulga, że nic poważniejszeg...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

09.07.2022 10:27

Zittau i Bogatynia.

 

     Siemanko, jak tam sezonik leci?

     U mnie spoko, aczkolwiek jest nieco skromniejszy niż pozostałe. W tygodniu, a nawet w piątek nie jeżdżę już w ogóle. Zero. Co więcej, nawet weekendy mocno sortuje, niezależnie od pogody. To znaczy,  może być kilka pogodnych sobót pod rząd, a ja i tak zrobię między nimi co najmniej jeden weekend przerwy. Jazd testowych na razie zero, ciekawość innych maszyn wygasła, lub dawno została zaspokojona.

     Mimo tego, widzę w tym wiele pozytywów. Jest więcej czasu na inne aktywności czy chociażby bezproduktywny wypoczynek. Poza tym materiały eksploatacyjne drogie. Paliwo drogie. Mandaty drogie.  Takie tam.

     A propos eksploracji przy przebiegu 195oo km zaprowadziłem Tenere na duży serwis, adekwatny do przebiegu. Zdecydowałem się na serwis niezależny, poza serwisem Yamahy, mimo, że motocykl do września jest jeszcze na gwarancji. 

     Przede wszystkim jestem niemile zaskoczony niską trwałością oryginalnego zestawu napędowego (okazało się że temat znany). Musiałem więc założyć nowy, standartowo postawiłem na złotego DiDa, zębatkę przednią JT z tłumikiem drgań i nowość - tylną, stalowo/aluminiową polskiej firmy ZF. Zębatka jest czarno-złota i wygląda kozacko. Poza tą niespodzianką,  trzeba było wymienić także łożysko główki ramy. Temat jest taki, że oryginalne jest w ogóle nie nasmarowane fabrycznie i do tego jakaś nakrętka się tam luzuje i nacina się bieżnia łożyska. Było już kilka takich przypadków na grupie, ale myślałem, że u mnie jest z tym  spokój. Jeszcze mi nic nie stukało, ale pokazali mi filmik z pracą tego elementu i były już spore przeskoki. Trochę lipa, bo to zawsze jakiś dodatkowy koszt, a mogłem sprawdzić jak to tam wygląda. No trudno, pierwsza wymiana łożyska ramy w życiu i to w motocyklu nawet nie dwuletnim.

     Poza tym musiałem wymienić tylne klocki, bo były starte praktycznie do zera. Dwie świece(fajnie że nie 4), filtry i olej, przy czym tu przeszedłem na Motula 71oo i po tym zabiegu silnik zaczął pracować dużo bardziej gładko. Poważnie, różnica jest naprawdę spora międzynim a Yamalube. Dodatkowo wymieniłem płyn hamulcowy oraz płyn chlodniczy. Do tego diagnostyka komputerowa. Żadnych błędów nie trzeba było kasować, należało jedynie zsynchronizować przepustnice.

     Jak się domyślacie po tych zabiegach motorek chodzi jak złoto.

     Nie zmieniłem jedynie opon. Tutaj efekty są na plus, bo przednia wytrzymała już 21,5 k a tylnej jeszcze trochę mam, wiec wymienię gdzieś za dwa tysiące kilometrów, wraz z nowymi dętkami Michelin 4mm. Tak na wszelki wypadek.

     Poza asfaltem jeszcze nie jeździłem w tym sezonie, nie ciągnie mnie specjalnie. Choć za tydzień się wybiorę, na granicach województwa opolskiego mam ciekawe szutry przyuważone, tam gdzie we wtorki jeżdżę autem do klientów. Kupiłem nowy hydro plecaczek z Acerbisa, wleję tam wody, schowam kompresorek i heja.

      Ostatnio trochę jeździłem, mimo że nasz wypad  z Agą nad Gardę niestety nie wypalił. Wypuściłem się w dwie samotne trasy na Czeskie drogi. Pierwsza wiodła przez Karvine na Cervenohorskie Sedlo, a potem na rynek w Nowej Rudzie i z powrotem do domu przez Kłodzko i Głubczyce, w sumie około 7oo kilometrów. Z początku totalnie nie chciało mi się jechać, ale już w Czechach nabrałem wigoru i było super.

     Druga trasa była już nieco bardziej hardcorowa. Wyjechałem o szóstej rano, znów przez Karvinę, lecz tym razem pociąłem na świetny rynek w Hradec Kralove. Stamtąd uderzyłem na szczyt góry Ješted. Fajne winkle po drodze, przed wjazdem jest taka procedura, że kolo pobiera 150 koron i przez krótkofalówkę podaje, że na górę jedzie grupa motocykli. Na górze jest restauracja i świetne widoczki.

    Zjeżdżjając zahaczyłem sobie o rynek w Liberecu i pojechałem w kierunku głównego celu, czyli do Zittau na terenie Niemiec. Fajne miasteczko. Ale najważniejsza w całej trasie była wizyta w Bogatyni - jeden z dwóch ostatnich rejonów naszego kraju, w którym nigdy nie byłem (ostatnie jest teraz Świnoujście) Bogatynia taka średnia, jest trochę fajnych domów przysłupowych i kopalnia Turów po drodze, ale ogólnie cały region ciekawy i ma swój klimat. Z Bogatyni wracałem cały czas Czechami (też wysokie mandaty, ale punktów nie dają). Skierowałem się inaczej, tym razem na miejscowość Nove Mesto nad Metują. Droga wiodła doń przepyszna - pusta i pełna winkli, a samo miasteczko przeurocze.

     Czesi mocno usuwają się z drogi, poza tym jeżdżą spokojnie i przewidywanie. Policja stała tylko w dwóch miejscach. Ale ja też na luzie połykałem kilometry, sto-sto dwadzieścia poza obszarem i tak z sześćdziesiąt w zabudowanym. Tenerką idealnie się tak snuć niespiesznie z takimi właśnie prędkościami. Patrzeć jak tam sobie ludki żyją.

     Tym razem jechałem daleką trasę bez poduchy i z szybą opuszczoną, czyli na twardziela. Powiem, że jechało mi się dobrze i dosyć wygodnie, może przez to ciągłe stawanie na podnóżkach podczas powolych przejazdów przez wioski i miasteczka. Nad naszymi południowymi sąsiadami zapadał zmierzch, pola pachniały przecudnie, motorek burczał przygodowo i wszystko było jak powinno. Miałem w kuferku swoje jedzonko, herbatkę, owoce w pudełku, ale co ciekawe całą trasę przejechałem bez kawy, czy energetyka. A trasa zacna, wróciłem o jedenastej w nocy, zrobiwszy w sumie 930 kilometrów. Ostatnie sto kilometrów czułem już tyłek bardziej niż bym jechał z poduchą, ale jak na taką deskę to i tak jest naprawdę bardzo dobrze. Albo ja się przyzwyczaiłem.

     Piękna była to pętelka, gdzie Tenerka postawiła koła na niemieckiej ziemi.To jej jedenasty kraj.

     Tymczasem nie mam za bardzo planów na dalsze trasy, oprócz wypadu z ziomkiem do Rumunii i być może kawałka Bułgarii. Chociaż te dwie ostatnie czeskie traski tak fajnie siadły, że może zrobię wkrótce jeszcze dwie podobne. Pierwsza na południe do Ceskiego Krumlova pod austriacką granice, a druga na zachód, za Pragę - do Karlowych War. Będzie to raczej znowu samotna włóczęga, bo Aga na razie nie może jeździć (kto wie czy nie do końca sezonu) a na takie krótsze trasy to w sumie najlepiej mi się jedzie samemu. Jadę swoim tempem, w miarę bezpiecznie, ale szybko i metodycznie posuwam się naprzód. Postoje są tylko na krótkie zwiedzanie połączone  z pałaszowaniem zapasów w trakcie, szybkie tankowanie i jazda. W ciągu kilkunastu godzin przejechać prawie tysiąc, zwiedzić kilka ryneczków, wjechać na szczyt góry i trochę tam połazić - to bardzo dobry wynik.

     Tyle na dzisiaj, na blogu już pustka i nicość - ale zawsze warto coś skrobnąć piórkiem. Z kronikarskiego obowiązku - obecny przebieg naszego motocykla wynosi 21 5oo kilometrów. Oprócz napędu i tego łożyska wszystko śmiga wzorowo i oby tak dalej.

 

Lewa!

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz
FotoBlog
Galeria:
Zittau
[zdjęć: 0]

Kategorie