Najnowsze komentarze
:) "Natomiast to jak wyglada, jak ...
Marcin Jan do: motocykl, którego nie ma
Napisz proszę dlaczego: "Po pierw...
Ciekawe motocykle masz na uwadze. ...
Jak by nie kombinować, kolejny spr...
Bandit daje radę ale tylko w okreś...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

26.09.2018 18:14

alpejskie asfalty vol. 3: triumf ponad lodowcem

witamy w alpach

 

 

     Rano zameldowaliśmy się na śniadaniu głodni jak wilcy. Ja usiadłem wśród niemieckich emerytów z lekka skwaszoną miną, bo nie było ani grzanych parówek ani jajecznicy, jedynie jajka na miękko na specjalne życzenie. Nie przepadam za jajkami na miękko bo zawsze się cały żółtkiem upapram. Co ciekawe zaraz pojawił się nasz recepcjonista austriak i zaproponował po kuflu zimnego browara do śniadania. Niepotrzebnie odmówiliśmy, o czym więcej będzie za chwilę.

     Kiedy gospodarz otwierał drzwi garażo-kotłowni na niebie pięknie świeciło słoneczko, a po dziedzińcu harcował mroźny, górski wiaterek. Tak jak przypuszczałem, wydobyte na światło dzienne motocykle były cieplutkie jak zapiekanka podgrzana w mikrofali. Pomimo błękitnego nieba wrzuciliśmy do kufrów kondony przeciwdeszczowe i jak się później okazało, była to bardzo dobra decyzja.

    Tym razem na rondzie odbiliśmy w lewo, a potem zaraz na głównej w prawo. Piątek, godzina przed dziewiątą rano, ruch na drodze praktycznie zerowy. Tuż za st. michael droga wspięła się lasem do góry i od razu zaczęły się zakręty. W myśl zasady rozgrzewaj się wraz z motocyklem prowadziłem niespiesznie chłonąc przez dzwigniętą szczenę szumiący, austriacki las. Nawet nie zdążyłem zauważyć skąd  i jak przybyły - z dużą prędkością minęły nas duże gieesy na austriackich blachach. Wyprzedzając na zakręcie, nieomal szorowały kuframi po ziemi.

     Później, kiedy po ostrych winklach zajechaliśmy w dół, droga zmieniła się w jakąś główniejszą i ruch na niej nieco się zgęścił. Nie jechaliśmy zbyt szybko - widoki były kapitalne i aż żal było się spieszyć. Po drodze stanęliśmy na kawę w starej knajpie, w której siedzieli sami dziadkowie ze  swoimi babciami. Knajpa była zadbana, urokliwa i miała swój specyficzny klimat. Mówię do Bartka - ty zobacz ziomeczku, jaka fajna miejscówka, zobacz na tą oszkloną werandę, jakie to jest stare, zużyte, a mimo to zajebiste. A on tak chwilę pomyślał nad tym, pomyślał, popatrzył  i stwierdził: ten lokal jak powstawał, już wtedy był zajebisty, a teraz jest już stary, ale dalej jest zajebisty. A te nasze knajpy z czasów komuny, które jeszcze istnieją są hujowe...bo już jak powstawały to były hujowe. Hmmm, ciekawa teoria.

     Za knajpą rozciągało się jezioro na tle zielonych gór, nad którego malowniczością długo by się rozwodzić. Nawijaliśmy kolejne kilometry zbliżając się do drugiego z celów naszej podróży - wysokoalpejskiej drogi grossglockner hochalpenstrasse wiodącej wprost pod najwyższy szczyt alp austriackich.

     Jakieś dwadzieścia kilometrów od celu zaczeło się chmurzyć, a za chwilę coraz śmielej kropić. Stojąc pod zadaszeniem punktu widokowego pozakładaliśmy nasze kondony, w moim przypadku wraz z rękawicami i osłonami butów. Jechałem w perforowanych smx'ach więc bez tego było by średnio. Kiedy dojeżdzaliśmy do punktu poboru opłat rozpadało się konkretnie. Otwarte było tylko jedno okienko, gdzie sympatyczna pani pobrała od nas po 23 euro w zamian wydając bilet, mapkę i naklejkę, oraz energicznie dzwigając biało czerwony szlaban. Oprócz nas i dwóch motocyklistów z niemiec nie było tam żywego ducha.

    Wspinaliśmy się powoli drogą, która na krótkim odcinku ma ponad 1700 metrów przewyższeń. Nieoczekiwanie, jakby na życzenie, wkurzający deszcz ustał. Jechaliśmy po mokrym, ale może to i dobrze - zamiast winklować można się było skupić na widokach, które z każdym kilometrem robiły się coraz ciekawsze. Chociaż, winklować w odpowiednich warunkach, to było by tu że hej, więc jednak taki trochę niesmak pozostał.

     Nareszcie zrobiły się alpy do jakich przyjechałem. Ze wszystkich stron otaczały nas skaliste, poszarpane szczyty. Z portkami pełnymi zachwytu wjechaliśmy na edelweisspitz 2751npm, najwyżej w europie położony parking dla samochodów. Droga stamtąd na kaiser-frantz-josefs-hohe, czyli centrum turystyczne pod grossglocknerem jest przepiękna. W pewnym momencie wyjeżdżasz zza winkla i po lewej w oddali widzisz wysokie na ponad trzy tysiące metrów zbocza pokryte lodem - wieczną zmarzliną, która leży tam od ponad trzech tysięcy lat.  Muszę przyznać, że kiedy widok ten zamajaczył ponad deflektorem mojego motocykla, to podróżniczo się obsrałem i to tak konkretnie, bez żadnych wątpliwości. Byłem w alpach, nareszcie byłem w alpach, a przede mną wyrosła legenda w całej swojej epickości.

     Na samej górze było mroźno i surowo niczym zimą, a nie latem. Mieliśmy szczęście i mgły zasnuwały jedynie sam szczyt grossglocknera niknący w nich 3879 metrów nad poziomem morza. W dole rozciąga się lodowiec pasterze, który przy tym tempie ocieplania się klimatu zniknie zupełnie z powierzchni ziemi za niecałe osiemdziesiąt lat. Zielone jeziorka poniżej, z których wyłaniają się nierównie bryły, kawały lodu wygladają wręcz kosmicznie. Poranny wyjazd spod słonecznego hotelu, przy tych krajobrazach wydawał się wiztą na innym wręcz kontynencie. Szczęście mieliśmy podwójne, bowiem niedalej jak wczoraj przeczytałem w internetach, że grossglockner hohalpenstrasse dla motocyklistów została już zamknięta, wyjątkowo wcześniej w tym roku.

     W ogóle to w szoku byłem, jak z rozmachem zbuudowano tam infrastrukturę. Jest kolejka wysokogórska, jest winda na poziom lodowca, knajpa, centrum turystyczne, sklepy z pamiątkami a przede wszystkim ogromny oszklony na czarno, wielopoziomowy parking również na autokary. Mają rozmach skurczysyny. W mojej opini jest to miejsce absolutnego must see dla każdego motocyklisty, który znajdzie się w tamtych okolicach.

     Wracaliśmy po mokrym, ale znów nie padało, więc zrzuciłem niewygodne rękawice z gumy. Ćwiczyliśmy jazdę wysokogorską w trudnych warunkach. Przed wyjazdem czytałem o tej trasie, jakie to trzeba mieć hamulce, jaka jest trudna i jak to czuć na niej palonymi sprzęgłami. Ja tego tak nie odebrałem. Jest trochę przepaści po obu stronach, ale poziom trudności okresliłbym jako umiarkowany. Przynajmniej w porównaniu do tego, co zastaliśmy dnia następnego, a co było dla mnie zupełnie nowym, górskim przeżyciem. A z górami jestem wyjątkowo oswojony, jakby nie patrzeć.

     Zjeżdżaliśmy w dół a w lusterkach powoli znikały prastare zmarzliny. Za bramkami, na łuku drogi, przycupnęło parę punktów gastronomicznych, jakiś parking i hotele. Zatrzymaliśmy się na chwilę, kupić parę pamiątek, czyli głównie buteleczki z nalewką orzechową i wiśniową wprost z pod lodowca. Zjedliśmy po wspomnianej wczesniej bułce z szynką i ruszyliśmy z powrotem do st. michael.

     Kiedy zbliżaliśmy się do jeziora z przepięknym widokiem, wyszło słońce, a asfalt znów stał się suchy i przyczepny. Surowy klimat panujący na hohalpenstrasse mógł tu wydawać się nierealny, wręcz baśniowy jak zupełnie nierzeczywisty sen o innej krainie.

     Jechaliśmy cięgiem aż pod st.michael, które to mineliśmy lecąc do tamsweg. Tam na uroczym, małym ryneczku wyciągnąłem telefon i przekręciłem do kumpla rafała, który też niepodziewanie przyjechał w alpy. To znaczy niespodziewanie - przyjeżdża tu co roku od dłuższego czasu, alpy nazywając swoim drugim domem. Tym razem przybyli w trójkę z polski na objuczonych kuframi gieesach słusznej pojemności tysiąc dwieście. Miał kiedyś osiemsetkę, ale jak to sam określił zmienił, bo "cyce pod górę robią robotę". Odebrał od razu i umówiliśmy się w pizzerii parę kilometrów dalej, nieopodal ich miejsca kwaterunku.

    Było już pod wieczór, więc przyszli pieszo. Spotkanie było bardzo owocne, przynajmniej dla mnie i i bartka. Nie mieliśmy jakoś dokładnie zaplanowanej podróży i następnego dnia planowaliśmy zarzucić motki na auto i pojechać do włoch pod passo di stelvio, tam znaleźć nocleg, a w niedzielę powinklowaać trochę i prosto z włoch uderzyć do polski. Nasi nowi/starzy znajomi jednak słusznie nam to wyperswadowali. Poradzili, aby zostawić auto pod hotelem "zum weissen stein" i pojechać do włoch na motocyklach, zdobyć passo i zostać na nocleg. To był strzał w dziesiątkę, ale o tym więcej w następnym odcinku. Co równie ważne, uświadomili nas dokładnie o austriackich normach alkoholu w wydychanym powietrzu, innymi słowy - spokojnie mozesz walnąć dużego browca w knajpie, wsiąść na motocykl i pojechać dalej.

    Od tego czasu nasza podróż nabrała zupełnie nowego smaczku. Browar raz, czy dwa dziennie podczas postoju w knajpie na posiłek stał się tradycją. Niebiańsko relaksująca sytuacja, kiedy stajesz zmęczony jazdą i ciągłą koncentracją, wciągasz zimną piankę, a potem siadasz na konia i jedziesz dalej. Oczywiście po lekku, gdyż wydarzenia mogą przybrać zupełnie  nieoczekiwany obrót, co udowodnił mój kompan dnia następnego zjeżdżając z passo di stelvio, znanym również jako stilfsersjoch.

    Do hotelu wróciliśmy po dziewiątej wieczorem i wstawiliśmy strudzone konie do ich ciepłej stajenki. Zdażyliśmy jeszcze pójść na pizzę do tej samej restauracji co dzień wcześniej i na uśpionych ulicach st.michael było znów dokładnie tak samo jak w dzień poprzedni - ani żywej duszy.

     Minął kolejny epicki dzień. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę na dopłaconym tarasie za dziesięć eurasków, z widokiem na alpy. Te tutaj wyglądały skromnie. Skromnie w porównaniu do zimowego majestatu grossglocknera i otaczających go szczytów. Nie siedzieliśmy za długo - dnia następnego czekała nas nieznana trasa prawie pięćset kilometrów przez kawałek austrii i włoch. Trzeba się było orządnie wyspać.

CDN

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz