Najnowsze komentarze
:) "Natomiast to jak wyglada, jak ...
Marcin Jan do: motocykl, którego nie ma
Napisz proszę dlaczego: "Po pierw...
Ciekawe motocykle masz na uwadze. ...
Jak by nie kombinować, kolejny spr...
Bandit daje radę ale tylko w okreś...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

29.09.2018 17:11

alpejskie asfalty vol. 4: passo di stelvio

na przełęczy sztilfera

 

 

     Poranek dnia trzeciego wyglądał podobnie jak poprzedni. Jajka na miękko, żóltko na palcach, ciepłe motocykle wytoczone z garażo-kotłowni i piękne bezchmurne niebo. Nasz austriak bez żadnych obiekcji zgodził się aby nasz zestaw z przyczepą tarasował mu parking przez następne trzydzieści sześć godzin. Wyjechaliśmy na rondo, tam ponownie obraliśmy lewo i skierowaliśmy się na miejscowość Lintz, w kierunku granicy austriacko-włoskiej.

    Dystans jaki mieliśmy do pokonania, to jakieś ponad czterysta kilometrów, jednak nawigacja przeliczyła nam bardzo odległy czas przejazdu. Zdziwiliśmy się nieco, na te szacowane osiem godzin. Coś strasznie długo, pomyśleliśmy. Ale, motocyklami to opykamy traskę w niecałe pięć godzinek na spokojnie, spoko maroko. Tiaaa...

    Do Lintz dojechaliśmy jednym ciągiem, aż na stację benzynową na obrzeżach miasta, zatankować i napić się kawy. Była to ostatnia normalna stacja benzynowa na jakiej byliśmy podczas tego wyjazdu. Mineliśmy po drodze jeden odcinek,  kiedy to jechaliśmy kawałek autostradą i na tą okazję dzień wcześniej zakupiliśmy winiety na nasze motocykle. Kosztowały, o ile pamiętam sześć euro i nakleiliśmy je w jedynym logicznym miejscu, czyli na szybach. Zauważyłem taką ciekawostkę, że austriacy to niby tacy wielcy przyjaciele i użytkownicy motocykli, a za wszystko bulisz jak za zboże. A to za tunel, a to winieta, o ekstremalnie płatnych odcinkach dróg nie wspominając. Coś, co zaliczam im na plus oprócz gór, które mają nabyte,  to to piwko na trasie i jazdę bez świateł podczas dnia.

     W tej części austrii widać o wiele więcej fotoradarów - są to szare skrzynie stojące przy drodze, bądź mniejsze skrzynki tego samego koloru, wiszące nad skrzyżowaniami. Całkiem sporo tego jest, przy czym jest sporo odcinków z prędkością podniesioną do siedemdziesięciu, więc generalnie da się wytrzymać.

    Na wylotówce z miasta natrafiliśmy na świetny widok, który polecam. Zarys prawdziwych alp. Jedzie się drogą, a na wprost wyłania się sciana wysokich, surowych gór. Widoki na tym odcinku są kapitalne i w ich otoczeniu dolatujemy do granicy. Zabawne jest już to, że sama granica i wjazd na teren republiki włoskiej jest jakby to powiedzieć mało estetyczny, co doskonale wpisuje się w obiegową opinię o tym narodzie, jaka panuje chociażby w polsce.

    Tutaj wyraźnie zwalniamy. Fotoradarów jest znacznie więcej, tym razem są to skrzynki przy drodze koloru czerwonego i mnóstwo ograniczeń do pięćdziesięciu. Poza tym ruch na drodze znacznie się zgęszcza. Przebijamy się dzielnie do przodu.

    Kierujemy się na miejscowość merano od północnej strony. Jadąc tamtędy trafiamy na niespodziewanego, niezaplanowanego cukierka, taki gratis - niezwykle malowniczą przełęcz jaufenpass, ze świetnymi winklami i niesamowitymi krajobrazami. Tutaj ruch jest znacznie gęstszy, niż na przełęczach w dniach poprzednich, ale są to głównie motocykliści i da się spokojnie winklować. Stajemy na obiad, a na jej najwyższym punkcie robimy następny postój na rasowe fotografie. 

    Im bliżej stelvio jesteśmy, tym bardziej ruch się nasila. Mamy już trochę w siodłach, zaczyna się więc irytacja, gonienie i pchanie się na trzeciego. Ja prowadzę i kiedy widzę, że bartek dobija z tyłu, agresywnie łykam kolejne pojazdy. 

    Wreszcie postanawiam stanąć na stacji, zatankować, odświeżyć i czegoś napić. Nic z tego. Stacja jest bezobsługowa. Obserwujemy jak to robią lokalesi, po czym tankujemy. Wciskasz banknot w szparę, naciskasz numer wybranego dystrybutora i na tyle ile zapłaciłeś masz odblokowany każdy wąż z paliwem. Na stacji pusto, wiatr szura po betonie styropianowymi kubkami, zero hot dogów, zero napojów. Smuteczek.

    Już blisko celu odbijamy z głównej drogi w lewo na miasteczko prad am stilfser joch, leżące u podnóża przełęczy. Jest godzina siedemnasta i od tego momentu nasza droga jest pusta, cały ruch popłynął gdzieś dalej. Kiedy jedziemy przez miasteczko, zwracamy uwagę na pensjonaty i hotele, bo gdzieś tu trzeba będzie się zatrzymać. Nie ma tego za wiele. 

   Postanawiamy z marszu zaatakować jedną z najwyższych przełęczy w alpach, nie przypuszczając nawet, jak dobry jest to pomysł. Zaczyna być coraz bardziej widoczna w oddali i robi naprawdę spore wrażenie. 

    Kręta droga prowadząca na górę to totalny odpał. Już z dołu wygląda czadowo i jeszcze takiej drogi na żywo nie widziałem. Okazuje się też najtrudniejszą drogą górską, jaką dane mi było jechać. A i tak możemy mówić o sporym szczęściu - jest wieczór poza sezonem i nikogo tutaj nie ma.

    Wysoki stopień trudności wjazdu na stelvio od tej strony, polega na niezwykłej ciasnocie i nachyleniu zakrętów. Winkle w lewo można pokonywać w miarę przyjemnie i technicznie, natomiast prawe były dla nas udręką. Przynajmniej dla mnie. Chociaż, trzeba też wziąć pod uwagę, że robiliśmy wtedy dziewiątą godzinę w siodle, na nieznanej trasie.

   Chodzi o to, że niektóre są nieprawdopodobnie ciasne. Żeby skręcić bedąc na nich pierwszy raz i nie znając ich kompletnie, trzeba bardzo wytracić predkość przed podjęciem manewru do paru na godzinę. Całe szczęście, ze wykminiłem wcześniej, aby w tym momencie wrzucać pierwszy bieg i nieraz pomagać sobie pół sprzęgłem. Zgaśnięcie motocykla o takich gabarytach na dwójce, to tam murowana gleba. Dlatego, że zakręty te są nie tylko ciasne - one pną się mocno do góry i ich nachylenie jest bardzo duże. Jeżeli z nikim się na nich nie spotykasz, to jest jeszcze powiedzmy okej.

    W miarę jak wspinaliśmy się do góry, robiło się coraz chłodniej. Spotkaliśmy po drodze paru motocyklistów, na szczęście zero rowerzystów i pieszych, oraz niestety dwa samochody. Z jednym z nich minąłem się na winklu w prawo i miałem wówczas drugiego close call'a tej wyprawy.

    Byłem tak blisko gleby, że aż zacisnąłem zęby i zamknąłem oczy. Myślałem że lecę. Uczucie  doprawdy paskudne. Żeby było śmieszniej, stałem już wtedy nieruchomo w miejscu.

    Samochód nadjechał z góry, podczas gdy ja zabierałem się do skrętu. Jechałem na jedynce. Było ekstremalnie ciasno, a samochód lekko ścinał. Musiałem się więc zatrzymać bo byśmy się tam razem nie zmieścili, co też uczyniłem. Zakręt jednak był tak mocno nachylony, że zaczynało mi brakować prawej nogi. Motor leciał na ziemię. Walczyłem o utrzymanie równowagi, ale czułem, ze przegrywam. Tygrys mnie przeważał. Pamiętam jak myślałem rozpaczliwie - o nie, nie , nie....

    To były milimetry, to były miligramy. Albo boski palec, który niepostrzeżenie wysunął się z za chmur i delikatnie pchnął motocykl w lewo. Jakimś cudem wyratowałem. W krytycznym momencie poczułem jak trzeszczy mi staw biodrowy, jak jego panewki biorą na siebie cały ciężar zatankowanego pod korek produktu z odległego hickney. Nie wiem jak, ale udało mi się. Jakimś cudem wyprostowałem motocykl. Tak, to był cud. Cud pod passo di stelvio.

    Na górze jest przepięknie, a widoki wręcz zabijają. To alpy w jakie jechaliśmy, po to tutaj się zjawiliśmy. Było chłodno i przejrzyście. Ostry, wyrazisty klimat. Sprzedawcy zamykali już swoje kramy z badziewiami, gdzie na jednym z nich kupiliśmy pamiątkowe naklejki ze stelvio. Niewielu ludzi, parenaście motocykli. Nasza kręta droga z góry wygląda jeszcze bardziej imponująco niż z dołu. Podczas wchodzenia na punkt widokowy na górę, czujemy jak szybko tracimy oddech w końcu jesteśmy prawie trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Jest wysoko.

    Słowem komentarza, to nie wyobrażam sobie wjazdu od tej strony, w środku dnia słonecznego lipca na przykład w niedzielę, przy ponad trzydziestu stopniach, z kufrem i pasażerem na pokładzie. W towarzystwie setek motocyklistów, rowerzystów i samochodów. Wtedy to dopiero można by poczuć, co to znaczy palone sprzęgło i gotujące się silniki. Zerknąłem na jutuba pod hasło stelvio motorbike crash...i jest tego dosyć sporo. Poza tym tłum odbiera trochę atrakcji takim miejscom. W tym kontekście mieliśmy sporo szczęścia, o czym więcej będzie w następnym odcinku.

    Zjazd przebiegał już spokojniej, a nawet przyniósł spore zaskoczenie. W połowie zatrzymaliśmy się na foty. Zachciało nam się pić, ale niczego już nie mieliśmy, oprócz puszki piwa w bartkowym kufrze. No to dawaj mówi, wypijmy to piwko sobie teraz na spółę, bo jak powszechnie wiadomo niewielka ilość tego trunku posiada właściwości izotoniczne. Kiedy zjeżdżaliśmy zauważyłem jak nasz tandem  znacząco zmienił styl  jazdy. Ja wydygany niedawnym wydarzeniem jechałem zachowawczo i ostrożnie, natomiast bartek, który zwykle jedzie sporo z tyłu, tym razem przysiadł mi na ogonie. Potem w hotelu mówię mu pół żartem, pół serio - teraz widzisz ziomeczku, w jaki sposób masz zwiększyć swoją efektywność na winklach...browarek przed jazdą i lecisz jak pros przełamując swoje fobie.

    Do prad zjechaliśmy późno. Pierwszy pensjonat był cały zajęty, więc pozostał najlepszy hotel w mieścinie.  Nie mieliśmy sił szukać czegoś innego, poza tym szkoda było czasu - właśnie zapadał zmrok. 140 eurocebulionów za pokój, ale za to w pakiecie podziemny parking do dyspozycji. Wjechaliśmy windą na piąte piętro zrzucić graty, a potem udaliśmy się na miasto zjeść jakąś kolację. Jedyna czynna knajpa, to była turecka speluniarska pizzeria, w której czułem się jak na fhn'a w marakeszu. Na dodatek z braku laku musieliśmy tam kupić półtora litrową wodę, wyglądem przypominającą taką lidlowską, za bagatela cztery euro. Cóż, takie to uroki podróżowania.

    Następnego dnia mieliśmy wracać do polski. Trzeci dzień spędzony od rana do wieczora na motocyklach i teraz trasa na serio zaczynała nas wciągać. Nie czułem niedogodności, mogłem tak jechać i jechać. Nic mnie nie bolało, nic mnie nie uwierało, nic mnie nie denerwowało. Czułem się rewelacyjnie, mój motocykl nareszcie brylował w środowisku, do którego został stworzony, a pogoda pykła niesamowicie.

    Tymczasem już jutro miał nas czekać ciężki powrót do kraju.

 

CDN

Komentarze : 2
2018-09-30 20:32:56 okularbebe

Tak jest! Także nie wyobrażam sobie wbicia się tam z tymi wszystkimi narodami, kiedy nie tylko trzeba przepychać się motocyklem, ale także do każdego punktu widokowego, aby cokolwiek zobaczyć!

Znakomita relacja! Znów to poczułem, choć aż tam nie byliśmy. Wszystko to, o czym napisałeś weźmiemy pod uwagę.

2018-09-30 17:02:55 DominikNC

Na Stelvio prowadzą trzy drogi, wiec trzeba min. 3 razy wjechać i zjechać, zeby wszystko zobaczyć. Na przełęczy jest kilka hoteli na każda kieszeń, warto tam zanocowac. Pozdrawiam!

  • Dodaj komentarz