Najnowsze komentarze
gregor1365 : niestety jest tak jak...
Drogi autorze, podpisuję się pod k...
Cze :) ...fajnie że po chwilowy...
Macie wszyscy po części racje że t...
Super jazda! A wybronioną sytuację...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

01.10.2018 21:24

alpejskie asfalty vol. 5: powrót do domu

 

    Dnia ostatniego z samego rana stawiliśmy się w podziemnym parkingu. Jako, że miejsca na motocykle były w całości zajęte, nasze sprzęty zaparkowane zostały na stanowisku nr.12 pomiędzy oplem vivaro, a nissanem micrą. Pozapinaliśmy kufry, by po chwili wyjechać podjazdem na światło słoneczne.

    Podobnie jak wczoraj droga przez prad była jeszcze w miarę pusta. Dopiero po skręcie w prawo  na główną ruch wyraźnie się zgęścił. Staneliśmy pod sparem na drobne zakupy, a po uzupełnieniu płynów ruszyliśmy dalej. Była piękna, słoneczna niedziela. Za piękna jak na motor we włoszech,  można by powiedzieć, bo chyba wszyscy wtedy wyjechali.

    Wkrótce ruch w przeciwnym kierunku zagęścił się już konkretnie. Zmienił się w pielgrzymkę motocykli, autokarów i kamperów w kierunku stelvio. Momentami korki trwały od świateł do świateł. W naszą stronę, czyli w stronę murano było w miarę luźno, co nie znaczy, że przemieszczaliśmy się szybko. Droga jest raczej wąska i czasem robi się nerwowo.

    Zbliżając się do przełęczy jaufenpas los ponownie pogroził mi palcem. W pewnym momencie, kiedy czekaliśmy aż cofająca osobówka umożliwi nam przejazd, wyprzedziły nas agresywnie, dwa stare motocykle sportowe wojowniczo gazując z wydechów Jeden z nich zamulił przez chwilę, przez co ja zostałem sam na sam z drugim z nich - zółtym ducati 748, na serii ciasnych, ślepych zakrętów.

    Ducati jechał dziwnie. Próbowało odjeżdżać, ale przed zakrętami tracił przewagę, nie umiał złapać pozycji i skutecznie odjechać. Kiedy siadłem mu na ogonie, nie mógł się z tym pogodzić, jechał szeroko, nie dawał się wyprzedzić. Czaiłem się za nim jak szpak na czerśnie, skutecznie wywierając presję, jednak zakręty te były trudne technicznie - ciasne i ślepe, wijące się wsród wysokich skał. Kiedy jeden z nich nieco łaskawiej wywinął się wprawo, zaryzykowałem nieco i na maksymalnie otwartej przepustnicy łyknąłem ducata, lekko nadbierając przeciwny pas ruchu.

    Nie to jednak okazało się groźne. Akurat nic tam nie jechało, więc zająłem pierwszą pozycję stając na czele wyścigu. Ducat dudnił tuż za mną. Pozycja lidera wyzwoliła dodatkowe ciśnienie, mianowicie zacząłem zacieklej jej bronić niż atakować jako drugi. Tempo znacznie wzrosło. Dystans do porzedzającego żółtka zaczął się zwiększać. Cisłem ile mogłem. Wzrok wbity przed siebie, kierownica luźno pracowała w dłoniach, a w żyłach pulsowało mocne, włoskie expresso.

    Właśnie wtedy jeden z zakrętów okazał się za ciasny. Brałem go w prawo, kiedy to w środku manewru zaczeło mnie wynosić na białą, ciągłą linie. W tym momencie z naprzeciwka wyłonił się zielony transporter t4. Przez chwilę leciałem z nim prosto na boczno-czołowe. Dałem po obu hamplach, ale na szczęście tylko na ułamek sekundy - mój motocykl skracił trakcję i zaczął opuszczać bezpieczny tor jazdy. Po prostu machneło nim mocno najpierw w lewo, później w prawo. Całość trwała sekundę i trudno mi teraz określić, co dokładnie się stało, ale myślę, że tył puścił pierwszy i wyjeżdżał na zewnątrz. Udało się jednak minąć z folfasem puszczając hample i odbijając gwałtownie w prawo. Chwilę po tym ducat i tak mnie wyprzedził - stanąłem na poboczu przed rondem zaczekać na swojego towarzysza. Ale wygrałem na obcej ziemi i czułem się znakomicie. 

    Droga z postojami zajęła podobną ilość czasu, co dzień wcześniej. Na przełęczy jaufenpass, było kilkakrotnie więcej motocyklistów niż w sobotę. Chwilami wyglądało to nawet jak górska parada motocyklowa. Po prostu mrowie wszelakich sprzętów, wsród których dominował oczywiście duży giees. Było ich tam aż do obrzygania, są tam tak powszechne, że nawet nie ma przyjemności zawiesić na nich oka, nudzą nieomal.

     Pod hotel zajechaliśmy koło piątej. Cytroniusz z przyczepą stał niewzruszenie pod piaskowym murem. Coś się jednak zmieniło. W okół nie było już żywej duszy, a drzwi hotelu zostały zamknięte na amen. Zero niemieckich emerytów, po austriackim recepcjoniscie ślad zaginął. Tak jakby niedziela wyznaczyła nie tylko koniec weekendu, ale też koniec działalności tego przybytku.

    Zarzuciliśmy motki na przyczepę jak starzy zawodnicy. Tym razem montaż całości zajął krótką chwilkę w porównaniu do debiutu. Pierwsze śliwki robaczywki, a trening czyni mistrza. Otworzyliśmy jeszcze po piwku i zaczeliśmy nieśpiesznie pakować samochód. Atmosfera alp, które tak łaskawie nas przyjęły i ugościły, kontrastująca z ciszą opuszczonego hotelu nastrajała nostalgicznie. W głowach jeszcze zumiały odgłosy przebytych dynamicznie kilometrów, po których snucie się vanem osiemdziesiąt na godzinę wydawało się zupełnie nierzeczywiste.

    Autostradą gnaliśmy 130-130 nie bacząc na ograniczenia, z wyjątkiem obwodnicy wiednia i tuneli oczywiscie. Pod bartkowy garaż przyjechaliśmy koło trzeciej w nocy. Było zimno, ale sucho,  przez całą drogę motocykle spokojnie, bez moknięcia stały sobie na przyczepce. Zrzuciliśmy je szybko i nerwowo, po czym wyruszyłem ostatnie dziesięć kilometrów triumphem do domu, na parking. Stróż zdziwił się lekko swiecąc ledowa latarką, przerwawszy swój płytki sen w ciasnej stróżówce.

    To by było na tyle. Pospałem ze dwie godziny po czym ruszyłem do pracy pojeździć samochodem. Był piękny, cieplutki poniedziałek. Prądu starczyło mi gdzieś do czternastej. Po tej godzinie wróciłem do domu, narastające zmęczenie nie pozwalało mi skutecznie myśleć. Zmęczenie bowiem ma tendencję do kumulacji, a odpoczynek to już raczej nie.

     Tak wyglądała nasza alpejska przygoda. Mozna powiedzieć, że była w pewien sposób przełomowa. Po mojej podróży banditem do finlandii w 2013tym, to najdłuższa i najdalsza moja trasa motocyklem. Przełom jej polegał na tym, że odświeżyła ochotę na dalsze wyjazdy, które już planujemy i rozprawiła się chwilowo z kryzysowym moto wypaleniem o którym ostatnio wspominałem, chociażby we wpisie "nici z kroacji".

     Raczej nie wyeliminowała go skutecznie, ale na nowo wskazała słuszną drogę.

    Ostatnim słowem komentarza napiszę, że było warto i że aż dziwne że zawędrowałem tam aż tak późno. Zważywszy, że od nas jest tam dosyć blisko i w zasadzie cały czas wygodną autostradą. Niewiele dalej niż do na przykład kołobrzegu i oto już jesteś w owianej legendami mekce europejskich motocyklistów, w okolicach tamsweg. Tanio nie jest - cały wyjazd pochłonął koło dwóch tysi na łeba, ale jest konkretnie. Jest atmosfera. Dla motocyklisty to nieomal raj, wystarczy tylko, żeby na miejscu było sucho. Gdyby jeszcze na tle przełęczy, od czasu do czasu rozciągał się błękit morza czy też oceanu - było by idealnie. W przyszłym roku bankowo się tam wybiorę z agnieszką. Chciałbym przyatakować stelvio od strony szwajcarii, przejechać przełęcz gavia, timmelsjoch i tamę malta, przy czym całość dokładniej zaplanować od strony noclegowej.

    No i oczywiście reaktywować porzuconą kroację na wiosnę, z słynną zatoką opuszczonych hoteli w kupari, jako gwoździem programu. Jest plan, jest motywacja.

    Tymczasem dziękuję wszystkim, którzy dobrneli do końca mojej lektury przebrnąwszy przez całość, która w sumie niczego odkrywczego nie przynosi w tym temacie - życzę wielu owocnych wypraw motocyklowych i nie tylko. Lewa!

 

KONIEC 

Komentarze : 5
2018-10-06 07:52:25 jazda na kuli

gregor1365 : niestety jest tak jak piszesz, a to moje pogubienie jest poniekąd progresem/regresem motocyklisty, którego obowiązek szczerej dokumentacji leży u podwalin mojego bloga. a tak na poważnie - nawet nie masz pojęcia jak się cieszę, że możesz jezdzić do pracy na moto, masz fajowy garaż i dwa motki po jego dachem. btw, to jest bardzo dobre rozwiązanie i sam mam taki plan, żeby w dalszej przyszłości tak jak Ty, iść właśnie w tym moto-kierunku. dziś akurat zrobiłem służbówką 200kilo i utkwiłem w korku pod samym domem, w piątek, po siedemnastej ..uwierzcie lub nie, ale nieomal mnie rozniosło z wkoorwienia :)
strażowy i DominikNC - jesteście o wiele dalej w moto ewolucji, niż takie wariaty jak ja, gregor1365 czy okularbebe. my ciśniemy jeszcze na pełnym otwarciu i w ryku naszych leosioixilów, przy czym okularbebe jeżdzi już tak długo, że jest chyba nieuleczalny :) najważniejsze, że wasze komentarze pokrywają się z moimi odczuciami: rzadsze, ale dalsze trasy i turystyka motocyklowa to jest kierunek, który wypala znacznie mniej niż komin, a kluczem do głębszego zrozumienia tego zagadnienia jest słowo : rzadziej

2018-10-05 08:38:10 gregor1365

Drogi autorze, podpisuję się pod komentarzem strażowego.
Miałeś okres jakiegoś marazmu nie wiadomo co tam Cię dopadło, no ale jest już lepiej, zdecydowanie lepiej.
Takie teksty czyta się z przyjemnością, motocyklowanie bez zbędnego pierdo....
Dziś ciepło i sucho, ixill będzie się znów wydzierał hi.
Pozdrawiam.

2018-10-04 15:46:53 strażowy

Cze :)

...fajnie że po chwilowym letargu nabrałeś znowu ochoty to jazdy i pisaniu o niej. Dalsze wyjazdy to mimo tego samego "medium" jednak inny rodzaj motocyklowania jak to które możemy realizować w wolne popołudnie czy weekend. Kwestia rywalizacji i ściganki gdzieś tam po drodze rozwija w mojej głowie pewne przemyślenia ...ale te zostawię dla siebie . Podsumowując relacje-super że to co robisz nadal Ciebie cieszy :)

2018-10-02 22:11:30 okularbebe

Super jazda! A wybronioną sytuację można potraktować jak przypieczętowanie dobrnięcia do limitu. Co na wyjeździe liczy się podwójnie. Dzięki za lekturę!

2018-10-02 15:02:47 DominikNC

Dziekuje za relacje. Jeżdżenie bez celu może sie znudzić, ale turystyka motocyklowa nigdy. Pozdrawiam!

  • Dodaj komentarz