Najnowsze komentarze
Z tym rozmiarem kasku to nie do ko...
Marcin Jan do: czterdzieści stuknęło
jak zawsze dobrze się czyta. Co ...
Ostatnie hity odnośnie TRK502 - ur...
gregor 1365 działami konsekwentni...
Panowie, czytam wasze komentarze i...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

01.11.2018 18:12

operacja sandomierz

coś typu "upadek komina vol. 2"

 

     Od czasu jak wróciłem z alp, coraz mniejszą miałem ochotę na wieczorne przejażdżki w okół komina, po dobrze znanych winklach, na których jazda powoduje, że opony motocykla bardzo długo zachowują swój dobry stan. Monumentalność przebytej po austrii i włoszech trasy, odebrała sporo atrakcyjności takim lokalnym przelotom, które jakby nie było, dotychczas były jakby kwintesencją mojego motocyklizmu. Odebrała im nieco sensu.

     W zamian za to pojawiła się chęć na dalsze wyjazdy. 

     Wróciłem więc do pomysłu sandomierza i kazimierza z maja, który to nie udał się wtedy ze względu na paskudną pogodę. Znalazłem nocleg piętnaście minut od centrum, 170 zł za dwie noce, ale bez śniadania. Zapowiedzieliśmy się pani w piątek, ale tak później, koło 20tej-22giej.

     Wypad przypadał na połowę października. Średnia data na trasę w głąb polski na motocyklu we dwoje. Tym razem jednak wsparcie ze strony pogody miało być murowane. Już od środy trąbiono w przeróżnych mediach, że szukuje się ciąg bezchmurnych, ciepłych dni w całej polsce bez wyjątku.

     Wyruszyliśmy w piątek po pracy, koło 15tej, spakowani do jednego kufra, bez rollbaga. Do celu było około trzysta kilometrów. Wyjechaliśmy tak troche zdziczeni, tak za bardzo na szybko  Przyleciałem na moto do pszczyny, położyłem się na godzinkę, żeby uspokoić nieco jelitówkę, która zaatakowała mnie dzień wcześniej. Poprzedniej nocy prawie nie spałem, ale nie odwołałem wyjazdu, licząc na cud, cud ozdrowienia, którego dokona motocykl. Mianowicie liczyłem na to, że jak już wyjedziemy i wdrożymy się w trasę, ona stanie się najważniejsza i zepchnie wszystkie moje niedomogi na bok.

    Jak Aga wróciła z pracy, spakowaliśmy się szybko na trawniku pod blokiem i ruszyliśmy niezgrabnie z wrażeniem, ze czegoś zapomnieliśmy. Prowadziłem ostrożnie, zważając na swój zły stan spowodowany chorobą. Czułem się jednak nieźle, powiedziałbym nawet, że z każdym kilometrem coraz lepiej. Zaczynało dziać się to co zauważyłem w alpach. Tam mimo całych dni w siodle i wieczornego nadużywania alkoholu, podczas jazdy czułem się fenomenalnie. Nic mnie nie bolało, kilometry się nie dłużyły, do nikąd się nie spieszyłem. Rano nie trzeba było iść do pracy, tylko znowu na motocykl. Chciałem tam jechać i jechać, tylko jazda się liczyła.

     Do sandomierza przyjechaliśmy na dwudziestą, a ja byłem w stanie, jakbym mógł lecieć dalej jeszcze parę godzin. Jelitówa ustała już na początku podróży i więcej mnie nie niepokoiła. Miałem w kufrze pokrowiec, którym nakryłem na noc moto, a potem zamknąłem bramę na parking pilotem, który był przy kluczach do pokoju. 

     Po nocy pokrowiec był cały pokryty rosą, co usprawiedliwiło jego targanie go ze sobą. Pojechaliśmy na kawę na rynek w sanodmierzu, gdzie ostatni raz byłem ponad dwadzieścia lat temu i prawie nic nie pamiętałem. Miasto wywarło na mnie niesamowite wrażenie, w czym pewnie zasługa tego, że jeszcze nie było na rynku zbyt wielu turystów. Urokliwa starówka, uliczki, schodki - klimatycznie i czyściutko.

     Z stamtąd ruszyliśmy do kazimierza, gdzie ani ja, ani Aga wcześniej nie byliśmy - co wstyd się jest przyznać. Pięknie nam się jechało. Liście, kolory jesieni, zapach dymu palinych ognisk. Trasa po nieznanych szlakach. Do kazimierza dolnego zajechaliśmy w porze obiadowej. Zostawiliśmy moto na jednym z płatnych parkingów i poszliśmy na obiad. Miasteczko fajne, nie powiem, ale mnie nieco rozczarowało. Miało być takim gwożdziem programu, bo tyle się o nim nasłuchałem w swoim życiu i naogladałem zdjęć przy studni na rynku. Tymczasem studnia okazała się taka sobie, a rynek był nabity turystami aż po same dachy kamiennic.

     Widząc te tłumy, zrezygnowaliśmy z wizyty w wąwozie, zwłaszcza, że grzało słonko prosto na motocyklowe buciszcza. Po krótkim spacerze ruszyliśmy w drogę powrotną na naszą kwaterę, po drodze zachaczając o nałęczów i tamtejszy park. Cały czas jeździło się fantastycznie, a na miejsce zajechałem znowu z wrażeniem, że jeszcze bym gdzieś dalej pociągnął. Motor cykał przepięknie, tydzień wcześniej został odebrany z serwisu na czterdzieści tysięcy km, można powiedzieć, że on się aż cieszył.

     Wieczorem poszliśmy na sandomierską starówkę coś zjeść i do knajpy na piwko. Jako, że sobota, turystów było sporo. Sandomierz dla mnie okazał się największą niespodzianką tego wyjazdu - miasto bardzo, ale to bardzo nam się spodobało.

     Dzień trzeci, ostatni. Pożegnaliśmy miasteczko śniadaniem w hotelu na rynku, kupiliśmy lokalne piwko i cydr. Pogoda była niezmiennie idealna. Na niebie przez te trzy dni nie zagościła żadna chmurka. Pomyślałem, że tylko na taką pogodę warto planować weekendowe wyjazdy w głąb naszego kraju i z takim postanowieniem myślę o przyszłym sezonie. 

     Spowrotem jechalismy nieco inną trasą, szybszą ale dalszą. Mogłem tak jechać i jechać bez końca. Dla Agi była to jedna z dłuższych tras, jak nie najdłuższa przejechana w tak krótkim czasie. Trzeba  koniecznie zmodyfikować oparcie kufra, bo nie podpiera jej dolnej części pleców, co daje popalić w dalszej trasie. Podróżowała jednak bardzo dzielnie i cały czas jej powtarzałem, że widać już te jej parę lat w siodle, obczaskana już jest konkretnie z motocyklami.

    Wróciliśmy prosto na garaż, w którym tygrysek musi garażować od końca września. Na zegarze wybiło 850 zrobionych kilometrów. Nie ma już parkingu pod rzędem wysokich tui, ale więcej o tym w sobotę, w następnym wpisie. Opowiem też więcej o serwisie motora i o tym, jak Aga przez przypadek ustanowiła swój rekord prędkości na motocyklu (226 km/h).

    Trasa udała się nam niesamowicie. Bardzo dobrze spisała się nawigacja navitela (choć pod koniec się zawiesiła) i halogeny. Wraz z bardzo dobrymi światłami na żarówkach cool blue, kapitalnie oświetlały nam drogę podczas wieczornych odcinków. Do tego stopnia, że kiedy raz nam przez drogę przebiegł czarny kot i jak jebłem w niego długimi, to aż mu się futro na grzbiecie zapaliło. Fajnie też się sprawdza bidon na prawym gmolu, dodatkowo działający jak deflektor kolana. No i hit moich modyfikacji nr. 1- czyli rozkładane spacerówki na gmolach. Teraz nogi mogę trzymać podczas jazdy w trzech różnych położeniach, co jest wygodą nie do opisania.

      Taka jazda w dalsze odcinki ma teraz dla mnie najwięcej sensu, nadaje go też więcej motocyklowi. Podróże kształcą, a motocykl jest narzędziem do ich realizacji, łączy przyjemne z pożytecznym, jakoś tak staje się pożyteczniejszy, bardziej "się spłaca". Na całej trasie nie było żadnej niebezpiecznej sytuacji, które to ostatnio tak uparcie deptały mi po piętach, więc to dziwne wrażenie w końcu prysnęło.

    Reasumując - sezon powoli kończę w radosnym nastroju i ze sporym apetytem na dalsze wspólne podróże. Trzydniówki - czterodniówki, raz na miesiąc - dwa, koniecznie z pewną pogodą w tle. Do tego musowo chorwacja plus alpy z małżonką i być może trasalpina + transfogarska, z ziomeczkiem bartłomiejem. 

    A co wyniknie z tych planów... to się jeszcze zobaczy.

Komentarze : 2
2018-11-04 13:01:46 jazda na kuli

gregor 1365 działami konsekwentnie i również pozdrawiam. z ekipy z bydzi, co się wtedy spotkaliśmy tylko ty jeszcze zaglądasz, najlepsza stara szkoła. vilip i C_0750 jakoś rozmyli się w zawiejach czasu :)

2018-11-01 19:45:27 gregor1365

Cześć, Adam.
Pochodzę z Tarnobrzega, więc Sandomierz znam doskonale, był niejednokrotnie celem naszych motorynkowych i rowerowych wypraw. Miałem okazję grać tam na rynku koncert z kapelą, w szarej rzeczywistości końca lat 90-tych po woju znalazłem tam pracę, tam pierwszy raz w życiu trafiłem na koncert Dżemu.
Miasto niewielkie, ale z bogatą historią, zgadzam się, ten mały ryneczek to czysta poezja.
Czytam Twojego bloga od około 5 lat, czasem komentuję niekoniecznie pisząc coś mądrego. Zawsze jakoś mnie inspirowałeś, pobudzałeś wyobraźnię szczególnie wtedy gdy już wiedziałem, że finansowo udźwignę zakup dzikusa i już już wiosną będzie maszyna w garażu, czysta i pachnąca, świeża,gotowa i nawet chętna do jebnięcia. Ten stan trwa do dziś, też troszeczkę zmieniam się mentalnie jeśli chodzi o motocyklizm.
Na razie Z750 nie zamieniam. Sprawia się wyśmienicie, jest niezawodna i szczera w swych intencjach, ostatnio mnie zaskoczyła jak po wyjeździe z myjni na mokrej jeszcze oponie i zimnym asfalcie na trójce dałem w palnik i dupa uciekła. Kocham to żonkę i dzieciaki, ale to ustrojstwo pożądam jak dupę na boku.... żeby się wyżyć oczywiście.
Po Tacie w garażu zagościła XV 250 rocznik 1993 i robi za woła roboczego w mieście, jak tylko pogoda pozwala oczywiście. Na liczniku ma ponad 53 tyś km, nie wiem czy był kręcony ale maszyna także działa bez zarzutu. Jest lekka, zwinna, mało pali i prezentuje się jak ta lala, Zety już na miasto nie wyciągam, wolę ten brym brym. Pod koniec lata objechałem na znanych miejskich winklach jakiegoś motórcyklistę na GSXR i było to przyjemne uczucie, choć zdaję sobie sprawę że kierownik był jeszcze słaby ale zawsze coś. Wczoraj w korkach chciał mnie przegonić jakiś młody chłopak na nowiutkim MT03 ale brak mu było doświadczenia więc został z tyłu. To też było przyjemne, taki tam burak jestem.

Na przyszły rok też planuję w końcu motowyjazd ale taki męski, z namiotem, małą butlą gazową i zacięciem żeby przygodę przeżyć. Na razie po Polsce, ewentualnie dookoła Tatr tak mi chodzi to po głowie.
Blog umiera? Jeszcze nie bo piszesz Ty i Motolupa, wyświetleń macie sporo, komentarze też.
Zawsze w Waszych tekstach można znaleźć coś inspirującego tak jak ja znalazłem.
Piszcie Chłopy, ja czekam na Wasze kolejne relacje z drogi i serdecznie pozdrawiam.
Lewa.

  • Dodaj komentarz