Najnowsze komentarze
DominikNC i Marcin Jan - wielkie d...
Marcin Jan do: archipelag psów
siema, coś z innej mańki, katowic...
DominikNC do: archipelag psów
Zawsze to miło przeczytać relacje ...
captch a właściwie recaptcha uruch...
komentatorek do: archipelag psów
To jest test
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

14.04.2018 20:17

archipelag psów

jak byłem mały to kanary i egipt były synonimem wycieczkowego luksusu. najtańszy egipt kosztował 6-8 koła na głowę, a kanary prowokowały dociekliwych do rozważań typu - ciekawe, skąd wziął na to pieniążki..

 

     To było jednak dosyć dawno temu i od tamtego czasu sporo się zmieniło. Polacy podróżują - już nie tylko jak kiedyś do Bułgarii czy NRD. Przylot na Kanary stał się szybki, łatwy i nierzadko tańszy niż wakacje w Łebie w środku słonecznego lipca. Dzisiejszy artykuł będzie więc o wyspach psów, bo tak się w istocie nazywają i ich nazwa nie ma nic wspólnego z kanarkami - a głównie  o czterech z nich, tych które na razie odwiedziłem. 

    Pierwszy raz na Wyspach byłem w październiku 2012, z alko-kolegami. Akcja miała miejsce na Teneryfie, w mieście Puerto de la Cruz. Hotel był taki sobie, plaża przy nim zbudowana z wulkanicznego piachu, wyglądała jak hałda kopalniana na Łaziskach, ale cała wyspa sprawiła bardzo dobre wrażenie i nie wiało. Nie opodal hotelu mieściła się mała wypożyczalnia skuterów i motocykli. Przechodziliśmy tamtędy parę razy i za każdym z nich przed wypożyczalnią stał wystawiony jako wabik Kawasaki Versys pierwszej generacji. Motocykl wydawał mi się wtedy potężny i groźny, co dziś budzi u mnie uśmieszek autopolitowania. Przez myśl mi nawet nie przechodziło wtedy, aby go wypożyczyć - zresztą i tak cały czas byliśmy wtedy na bani, więc nie było nawet kiedy jeździć. Poza tym - trochę się bałem.

     Teneryfa zostawiła wspomnienie wyspy zadbanej, czystej i spokojnej. Największą jej atrakcją moim zdaniem jest wulkan Teide 3718npm, na który można wjechać specjalną kolejką. Prowadzące doń drogi są równe i kręte - idealne na motocykl i chciałbym kiedyś na nie wrócić, mimo, że staram się nie jeździć dwa razy w to samo miejsce. Z Teneryfy popłyneliśmy też promem na sąsiednią wyspę La Gomera, ale nie zapamiętałem jej jakoś szczególnie. Bardziej taka dziko zarośnięta, o drogach gorszej jakości i taka jakby mało ciekawa, ale to może dlatego, że spędziliśmy tam zaledwie parę godzin. 

     Tak, czy owak, Kanary zostawiły po sobie same dobre wspomnienia i wiedziałem, że kiedyś tam wrócę na którąś z 7 głównych wysp archipelagu. Tamta przyhotelowa wypozyczalnia motocykli siedziała mi w głowie, a po naszej zeszłorocznej wyprawie na Maderę i wynajęciu Hondy CB500 wiedziałem już, że taka forma spędzania urlopu najbardziej mi obecnie odpowiada. Słońce, plaża, drinki i motocykle, a do tego normalna, europejska kultura w około. Egzotyka zaczyna mnie coraz bardziej drażnić, kocham bezpieczną, wygodną i obfitą  infrastrukturę strefy euro - innymi słowy: nadchodzi starość.

     I tak też się stało. W marcu tego roku podjeliśmy szybką decyzję o urlopie, nieomal na tydzień przed wylotem. Wybraliśmy wyspę Lanzarote, gdzie wcześniej wypoczywała moja siostra ze szwagrem i dzieciakami. Zrelacjonowali, że wyspa piękna, tylko trochę wieje, a co najważniejsze -  szwagier dał cynę, że wszędzie sporo wypożyczalni motocykli i skuterów. Nieco zbagatelizowałem wtedy określenie "wieje" zakładając, że skoro w końcu stycznia trochę dmucha wiaterek, to w końcu marca będzie już cacano. Myliłem się.

     My zamieszkaliśmy w miejscowości Costa Tequize parenaście kilometrów na północ od stolicy wyspy Areciffe. Generalnie na wyspie jest uroczo, jednak lecąc na nią pamiętajcie, że jest to jedyna tamta wyspa, gdzie limit bagażu głównego linie lotnicze określiły na 15kg. Wszystkie budynki są niskiej zabudowy (oprócz jednego wieżowca w stolicy, który jest dobrym punktem orientacyjnym) i pomalowane na kolor biały. Wiąże się z tym historia pewnego gościa Cezara Manrique, który kiedyś działał na wyspie i doprowadził do takiej spójności. Cały ten klimat żużlowości Kanarów jest tam tak fajnie przełamany tą bielą i różnorodnością zasadzonej roślinności, palm, kwiatuszków i kaktusów.

     Nasz hotel znowu był taki sobie (4gwiazdki, ale dałbym mu 2), a drinki tragiczne, jednakże w holu stał stolik przedstawiciela wypożyczalni Plus Cars, u którego najpierw wynajeliśmy samochód na całą dobę, na mały rekonesans przed docelowym moto. Koszt wynajmy opiewał na 35 euro, a wybrana przez nas furą był pachnący nowością Fiat 500 ze szklanym dachem, ponieważ ten samochodzik bardzo się podoba mojej Adze. Objechaliśmy nim prawie całą wyspę jednak nie był to za dobry wybór i okazał się poniekąd sporym rozczarowaniem. Bazowy silnik 1,2 totalnie nie radził sobie z samochodem, wnętrze było strasznie słabo wyciszone, a kanaryjskie wiatry rzucały autkiem po całej wyspie. Zwłaszcza na krótkiej równinie na dojeździe do kurortu Playa del Carmen na południowym krańcu wyspy - tam wiało wręcz epicko.

     Tak - Lanzarote i Fuerteventura są ponoć najbardziej wietrznymi wyspami archipelagu o czym mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, a przewiane ucho boli mnie do dzisiaj.

      Natomiast jeśli chodzi o samą jazdę po wyspie to jest łatwo i przyjemnie. Nie zauważyłem żadnych fotoradarów, czy zaczajonych patroli. Asfalty są dobre, winkle soczyste i poza stolicą prawie nie ma sygnalizacji świetlnej ani żadnych korków (przynajmniej przed sezonem w marcu) Wszędzie mnóstwo wolnych miejsc do zaparkowania, z tym, że trzeba pamiętać, że te oznaczone żółtymi liniami są płatne. Jest sporo rond i wiele z nich jest przepięknie obsadzonych w środku kolorową roślinnością. Zdecydowana większość samochodów to snujące się wolno wypożyczone pojazdy pochodzące z różnych wysp (wiele ma nazwy wypisane na drzwiach) -  widocznie modne jest tam płynięcie sobie z jednej wysepki na drugą (prom z Lanzy na Fuertę - 9 euro od osoby)

     Jesli chodzi o motocykl, nasz kontakt z hotelu oferował jedynie skuter Peugeot Satelis 125 za 20 euro, wybraliśmy się więc do centrum w poszukiwaniu czegoś konkretniejszego i bardziej mięsistego. Na północnym krańcu miasteczka odnaleźliśmy wypożyczalnie Blue Speed Moto Rent, wyszperaną wcześniej w internetach, ktora miała na stanie sporo skuterów i parę motocykli. Akurat był dostępny GS650 w wersji Sertao i Honda CB500 w wersji X. Jako, że 650tką z niemiec już kiedyś jeździłem, wybór padł na białą Hondę.

      Podpisaliśmy umowę, do której potrzebny jest numer karty (wystarczy płatnicza), prawo jazdy i ustna informacja o miejscu zakwaterowania. Cena za dobę dosyć wysoka - 60 euro (gs650 - 70 euro sic!). Właścicel, pan Oscar wydał nam dwa skrzypiące i śmierdzące kaski szczękowe z niedziałającymi blendami, które zapewne nabył na promocji w Lidlu i które to blendy podczas jazdy tłukły się wewnątrz skorupy. Tak przygotowani mogliśmy wyruszyć w drogę ku nowej przygodzie, jak to mawiał Zbigniew Nienacki.

     Pochwalę się, że tym razem byliśmy lepiej przygotowani do jazdy niż rok temu. Wzięliśmy kołnierze z windstoperami i własne rękawiczki, które to gadżety prawdopodobnie uratowały nam całą wycieczkę. Dzień był bowiem słoneczny i ciepły (nawet 28 w słońcu w południe w Playa) ale jeśli chodzi o wiatr, to wiało wręcz morderczo i muszę przyznać, że nigdy nie jechaliśmy motocyklem pod naporem aż takiego wiatru. Podczas całej objazdówki nie jechałem szybciej niż 120km/h, bo zbytnio nie było jak.

     Pod kątem wygody Honda CB500X w porównaniu z tą CB500N z Madery to było niebo a ziemia. Duży udział miał w tym kufer Shad z fajną funkcją - otwierał i zamykał się bez potrzeby użycia kluczyka, podczas gdy u mnie w Kappie bez kluczyka nie otworzę ani nie zamknę pokrywy. Pozycja jest też bardziej wyprostowana, a motocykl bardziej obudowany. Chociaż czy ja wiem...pożółkła od słońca szybka w naszej X niewiele mogła zdziałać przy tym wietrze, tam zwiewało by nas prawdopodobnie nawet z gs1200 adwenczera z bocznymi deflektorami wielkości talerzy do frisbie.

      Były jednak miejsca, gdzie wiatr przycichał i można było latać z podniesioną szczeną, zwłaszcza, że jechaliśmy w okularach przeciwsłonecznych. Asfalty na Lanzarote są równe jak stół, a niektóre trasy przepysznie kręte. Na horyzoncie co chwila wyłaniają się skaliste zatoczki nad oceanem czy wygasłe, majestatyczne wulkany. Minusem krajobrazowym są niedokończone osiedla i hotele straszące okolicę szkieletami swoich konstrukcji. Przez wyspy jakiś czas temu przetoczył się kryzys budowlany i zaorał większość deweloperki. Ceny spadły drastycznie, ale mimo tego na rozpoczęte inwestycje nie znaleźli się już chętni.

      Honda wyposażona w dwucylindrową pięćsetkę poradziła sobie jednak nieco gorzej niż jej siostra z Madery. Napisałem wtedy, że przykładowo Gs1200 byłby na wyspie wiecznej wiosny sporym nadużyciem, ze względu na ciągłe zakręty jeden po drugim i stosunkowy brak długich prostych, a także spore nachylenia. Na Lanzarote jezdzi się nieco inaczej, jest więcej moim zdaniem miejsc, gdzie można srodze sypnąć z garści. Jest wiele szerokich łuków i tam właśnie poległa pod nami Honda CB500X, czy raczej ja nie zdołałem się do końca przyzwyczaić do jej charakterystyki. Bo o ile mocy maksymalnej z pasażerem mi nie brakowało, gdyż zwiedzaliśmy sobie jedynie, a nie gonili do odciny, to już na wyjściu z zakrętów silnik irytował drgawkami i niedostatkiem mocy i momentu obrotowego. Musiałem pamiętać o ciągłych redukcjach o 2 a nawet 3 w dół, żeby Hondzia się jakoś zabrała w końcu do roboty. Ja wiem - ameryki nie odkryłem patrząc na te niecałe 50 koników, jednak chciałem zwrócić uwagę na różnice w środowisku w jakim pracowały te motocykle, a raczej na to jak to środowisko zdeterminowało ich przydatność.

     Jeździliśmy po wyspie ładnych parę godzin, a na noc zostawiliśmy motocykl przed hotelem obok wspomnianego wcześniej i wzgardzonego Satelisa. Będąc jeszcze w Blue Rent pytałem pani, czy to bezpiecznie i czy nie dała by mi jakiegoś łańcucha na koła, ale ta zaśmiała się tylko, mówiąc, że na Lanzarote się nie kradnie ale, że generalnie wie o co mi chodzi, gdyż sama pochodzi z Barcelony.

     Ponieważ moto wzieliśmy o 11 rano o tej samej godzinie dnia następnego należało je zwrócić. Tak jak się słusznie domyślacie, zaraz po zjedzeniu śniadania i wypiciu mocnego expresso pobiegłem przed hotel, aby przed oddaniem motka nieco poprzypałować sobie po wyspie. Aga poszła poczytać książkę nad basen, a ja założywszy pod jeansy termoaktywne kalesony wzięte zapobiegawczo do walizki (ranki i wieczory w marcu są tam chłodne 15-17st) wypadłem maszyną na uśpione jeszcze ulice wypoczynkowego miasteczka, a potem hen ku majaczącym w tle wulkanom.

     Mimo, że w umowie podpisałem, iż nie będę użytkował motocykla poza utwardzonymi drogami, nie mogłem sobie odmówić zjazdu na wulkaniczne szutry, a takich bocznych dróg jest tam mnóstwo. Po mojej przygodzie ze złapaniem gumy w Tigerze u nas na hałdach, obawiałem się jedynie, żeby nic podobnego mnie nie spotkało. Udało się na szczęście i pozamiatałem sobie tylnym kołem po żużlach, a Honda, nie powiem, jakby ze względu na niższą masę i gabaryty niż moje moto, wydała się jakby taka bardziej poręczna niż Tiger w momentach utraty trakcji. Z koleii podczas cięcia ostrych winkli trzeba było uważać, bo opony zostały przez wypożyczających pościnane w środkowej części bieżnika, co powodowało przełamania krawędzi gumy podczas składania i niebezpiecznie chybotało motocyklem. Jedna tercza z przodu ledwo dawała radę podczas pikowania z wulkanów i miałem wrażenie, że cały układ wręcz się zagotował, chociaż przyznam, że tylny hampel w Hondzie działał b.sprawnie.

     Oddałem o czasie motor cały i zdrowy uprzednio zatankowawszy pod korek za równe 10 euro, a pan z wypożyczalni nawet go zbytnio nie oglądał, podobnie jak wcześniej pani od auta, która nie obejrzała go w ogóle, tylko kazała oddać kluczyki na recepcji. Zresztą Honda i tak już była mocno zmęczona, mimo zaledwie 45k na liczniku i młodego wieku. Plastiki były porysowane i przypłowiałe, ramiona lusterek mocno zardzewiałe, suchy łańcuch wisiał smętnie a gmole nosiły ślady licznych wywrotek. Tamtejszy klimat nie jest szczególnie łaskawy dla wszelkich maszyn. W powietrzy jest mnóstwo oceanicznej soli, słońce operuje niemiłosiernie i wciąż krąży tam calima - pustynny pył znad oddalonej zaledwie o paredziesiąt kilometrów sahary, który działa na lakier jak papier ścierny otwierając drzwi dla rudej szmaty, która na dobre rozgościła się na wielu elementach naszego motocykla.

     Na koniec, niejako zamykając tą moją krótką opowieść o Kanarach/Psarach dodam jeszcze, że wykupiliśmy sobie pewnego dnia wycieczkę na sąsiednią wyspę Fuerteventurę i że porównując do Lanzarote wydała się nam o znacznie mniej atrakcyjna. Jest to jedyna wyspa kanaryjska, która nie powstała w wyniku wybuchu wulkanów, tylko wyłoniła się z oceanu na skutek tarcia płyt tektonicznych, jest też najstarsza. Mimo tego było tam o wiele mniej zieleni i więcej pustynnych przestrzeni, a chaotyczna zabudowa w niczym nie przypominała schludnych białych domków z Lanzy. Nie polecam jej na początek, bo pomimo pięknych, ruchomych wydm w okolicach Corralejo, Fuerteventura wydała nam się taka trochę nijaka, a jej miasteczka przybrudzone i mniej zadbane.

    To by było na tyle. Świetna wyprawa, pomimo przeraźliwych wiatrów, które moim zdaniem nieco kradną show tamtym rejonom. Kiedy opisywałem tutaj nasz pobyt na Wyspach Zielonego Przylądka, gdzie wypożyczaliśmy uszkodzonego quada, myślałem, że tam najbardziej wieje, ale byłem wtedy w błędzie. Lanzarote stanowczo wysówa się w tej kwestii na pierwszy plan, nigdzie wcześniej aż tak nie wiało. Przypomniało mi się właśnie, że jeżdżąc tam, natkneliśmy się tylko na dwa radiowozy i oba dosyć stare jak na mój gust. Pierwszym był Opel Astra 2 a drugim Renault Megane 1. Najpierw się zdziwiłem co to za trupy, gdyż na wyspach nie ma biedy, ale potem zinterpretowałem to inaczej, może trochę naiwnie - jako szacunek do podatniczych pieniędzy. Zresztą, na Lanzarote płaci się zaledwie 7% podatku, a benzyna kosztuje około 1 euro, więc nawet nieco taniej niż u nas...więc o czym my tu mówimy.

Komentarze : 6
2018-04-23 20:46:45 jazda na kuli

DominikNC i Marcin Jan - wielkie dzięki za wizyty i komenty. Tak jak ja zostałem jednym z ostatnich blogerów tak wy jesteście ostatnimi komentatorami ze starej szkoły. Pozdro!

2018-04-22 00:53:57 Marcin Jan

siema,
coś z innej mańki, katowicki diler ducati ma świeżą 950 do testów. Byłem dzisiaj.
Po jeździe raz jeszcze sobie przeczytałem sprzed prawie roku Twój wpis nt
włoszki i mogę się w dużej mierze podpisać pod nim. Choć zajęło mi trochę czasu zanim się w nią wjeździłem, i pierwsze kilometry były mega kwadratowe. Myślę że ktoś na Wigry 3 spokojnie by mnie objechał :). W końcu pozwoliłem jej się prowadzić samej i okazało się że pięknie potrafi ciąć winkle. Jednak dalej nie obczaiłem jak jeździć wolno na niskich obrotach dlatego generalnie fałki mi nie leżą jednak.
Z harcerski pozdrowieniem!

2018-04-19 19:07:24 DominikNC

Zawsze to miło przeczytać relacje z podróży. Pozdrawiam!

2018-04-17 06:12:11 jazda na kuli

captch a właściwie recaptcha uruchomiona...uratowani!

2018-04-16 21:53:14 komentatorek

To jest test

2018-04-15 23:40:18 Mick111

Testowy komentarz

  • Dodaj komentarz