Najnowsze komentarze
Przeczytalem wszystkie wpisy. Dz...
Ty, który szukasz pożyczki pienięż...
zumerle71 do: majorka część druga
Ty, który szukasz pożyczki pienięż...
Siema, działamy jak można. Dziś z...
gregor1365 no rzeczywiście - kiedy...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

20.09.2019 18:56

chorwacki asfalt: vidova góra

na najwyższym szczycie wysp adriatyckich

 

    Rodzinka moja, wraz ze znajomymi wynajeli na wyspie bliźniacze apartamenty. W ich salonach stały rozkładane kanapy. Na takiej właśnie znalazłem miejsce do spania, tuż obok dzielnego szwagra, którego na tą okoliczność usunięto z sypialni. Całą noc przespałem snem kamiennym, a rano obudziły mnie cykady.

    Pierwszy plan zakładał totalne szaleństwo. Chciałem bowiem wstać rano i udać się z powrotem na prom i popłynąć na stały ląd - do makarskiej. Stamtąd - uwaga - planowałem pojechać do albanii, a dokładniej do szkodry, jakieś 350 kilometrów w jedną stronę. Dołem, chorwacją, a wrócić przez bośnie i czarnogórę górą. Wykonać taki zwariowany bałkański maraton. Jednak już w trasie na brać czułem, że nic z tego nie wyjdzie. Postanowiłem odpuścić i zostawić to na następną podróż - żeby było jeszcze gdzie jechać. Poza tym, pijąc piwerko w miłym towarzystwie wieczór wcześniej, pragnąłem spędzić czas na wyspie odpoczywając i .... pić piwerko w miłym towarzystwie.

    Ustaliłem jednak w międzyczasie, że na wyspie znajduje się vidova góra - najwyższy szczyt spośród wszystkich szczytów na wyspach adriatyku. Kiedy więc cykady cykały radośnie budząc nas ze snu,  pozbierałem z pokoju wszystkie graty i wymknąłem się cichutko na taras. Tygrysek cierpliwie czekał pod drzewem, wśród samochodów na przeróżnych, europejskich rejestracjach. Był wczesny poranek, błekitne niebo nad głową i pamiętam wtedy, że oszołomiony tą wspaniałą chwilą pomyślałem sobie, że takie dalekie wyjazdy nawet na zaledwie trzy dni, mają sens. Trzeba po prostu wyjechać, a potem już samo pójdzie. Co z tego, że czekają nas na miejscu tylko trzy dni ... ale mogą być to niezapomniane dni.

    Ustawiłem sobie vidovą górę na telefonie i odepchnąłem się nogami zjeżdżając z szutrowej górki na zgaszonym silniku. Na dole odpaliłem maszynę i wyjechałem w lewo na główną ulicę. Miasteczko bol jeszcze spało. Kiedy tak sunąłem na niskich obrotach rozgrzewając siebie i motocykl dostrzegłem jak inaczej wygląda on w tym nowym dla siebie środowisku. Ten sam, moj stary, dobry sprzęt,  ale wśród innych, dalekomorskich krajobrazów, wśrod wysokich gór. Silny, mocny, sprawny jak nigdy dotąd. I wtedy poczułem tą więź z maszyną, wdzięczność i nieomal wzruszenie. Kurcze, dzielny szpej mnie tu przywiózł, tak wiele od niego zależy, a on nawet nie miałknął.

    Jest sierpień, szczyt sezonu wakacyjnego, a na drogach pusto. Jade znów przez te przepyszne agrafki nad zatoką. Sucho, przyczepnie, składam winkle najlepiej jak potrafię. Gdzieś tam z tyłu głowy kołacze myśl, aby jechać na 80% swoich możliwości, bo jestem daleko od domu, na obcej ziemi - ale winkle są ważniejsze. Na górze wyraźnie się ochładza. Jadę drogą na supetar, skąd wczoraj przyjechałem i po jakimś czasie skręcam w lewo - jest widoczny znak na vidovą.

    Trasa jest wąska, ale dobrze wyasfaltowana. Prowadzi przez laski i nie jest zbyt widokowa, w przeciwieństwie do samego szczytu. Atmosfera jest kapitalna, jestem tutaj zupełnie sam i zdobywam na moto kolejny w tym roku, po pico de nives, szczyt. Pod szczytem przycupnął malutki parking i otwarta budka z napojami i przekąskami. Próbuję jechać dalej pod zakaz, ale starszy mężczyzna sprzedający lokalne specjały zawraca mnie na parking - grzecznie zajeżdzam w dół, nie chce żadnych przypałów, zwłaszcza, że pod górę pojawiają się pierwsze samochody.

    Na sam szczyt idę więc pieszo. Wieje chłodny wiaterek, jest asfalt i nie jest stromo. Na górze (778 npm) stoi jakiś budyneczek i nic więcej. Za to widok jest fenomenalny. Widać ląd, sąsiednie wyspy i  miasteczko bol poniżej. Dokładnie odznacza się charakterystyczny, żółty dzióbek plaży złoty róg, ale o niej więcej za chwilę. Głębokie błękity morza przecinają białe smugi z silników zaburtowych.

    Kiedy tak kontempluję epickie pejzaże przychodzi sms od szwagra, że śniadanie czeka, a wyjazd na plażę nadal aktualny. Schodzę więc na dół, gdzie pojawił się już pierwszy autobus z turystami i jadę z powrotem na kwaterę. Po drodzę oczywiście znowu powtarzam góra - dół te wspaniałe zakręty nad błękitną wodą - są przepychowe.

    Z tą plażą to jest taki motyw, że rodzinka i znajomi wybierali się tam busem i zaprosili mnie na wyjazd. To znaczy wyjazd - plaża była jakieś pięć minut drogi od domków. Złoty róg uznany jest za najpiękniejszą plażę chorwacji i jedną z najlepszych plaż na świecie. Ma kształt cypla wbijającego się w adriatyk i pokrywa ją delikatny, żółciutki żwirek. Jest sporo ciekawie urządzonej gastronomii, gdzie nie wieje tandetą i wszystko wygląda bardzo fajnie. Świetne miejsce.

    Tak wyglądał drugi dzień mojej chorwackiej przygody. Piweczko na plaży, ręczniczek i kąpiele wygrały z planowanym podbojem albanii. Jednak dopiero jadąc na vidovą poczułem tamten wczorajszy ponad tysiąc kilometrów. A konkretniej kiedy wracałem ze szczytu poczułem, że tyłek zaczyna protestować - poodgniatał się od siedzenia i jeszcze nie doszedł do siebie, mimo, że kończąc trasę dnia poprzedniego nie czułem większego dyskomfortu. Musiałem być w niezłym amoku..

    A wieczorem znów poszliśmy na kolację na miasto. Bol wieczorem jest przepiękne i ma swój urokliwy klimat. W ogóle bardzo dobrze jezdziło mi się po tej wyspie, zapowiedziałem więc, że wcześnie rano jadę na porządny objazd okolicznych miasteczek, obiad zjem w trasie i wrócę po południu. Szwagier oznajmił, że skoro świt wychodzi pobiegać, więc ustaliliśmy, że wstajemy dzielnie i ranek zaczynamy aktywnie.

Cdn

Komentarze : 1
2019-09-21 07:28:58 DominikNC

Dzięki za relację. Dobrze zrobiłeś, że odpuściłes Albanię tym razem. Warto tam pojechać, ale potrzeba więcej czasu. Na południe od Splitu konczy się autostrada i potem kilometry idą bardzo wolno. Pozdrawiam!

  • Dodaj komentarz