Najnowsze komentarze
Z tym rozmiarem kasku to nie do ko...
Marcin Jan do: czterdzieści stuknęło
jak zawsze dobrze się czyta. Co ...
Ostatnie hity odnośnie TRK502 - ur...
gregor 1365 działami konsekwentni...
Panowie, czytam wasze komentarze i...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

06.05.2018 17:49

niespodziewany mandacik i zagłada zielonego kombinezonu

 

    Ostatnio wybraliśmy się z ziomkiem od Tigera 1050 na czeskie winkle. Pojechaliśmy na Kędzierzyn, Prudnik do Głuchołazów gdzie przekroczyliśmy granicę Rzeczpospolitej. Kumpel był tam rok temu ze swoimi znajomkami na litrowym Gixie i Hornetce no i opowiadał mi potem, jak to tamci dzidowali wściekle po przełęczy Cervonohorskie Sedlo w kółko, szorując kolanami po czeskim asfalcie. Ja nie byłem wcześniej na górze Pradziad, ale to co mi opowiedział brzmiało bardzo obiecująco.

     Po przekroczeniu granicy zrobiło się spokojniej niż po polskiej stronie. Mniej zabudowań, mniej samochodów, piękna okolica. Za to motocykli mnóstwo. Droga prowadząca na pradziada szeroka, ale asfalt na winklach taki sredni, za to widoki na Góry Złote przepiękne. Na Pradziadzie spokojnie i bez zbytniego tłoku (był to 1 maja również w Cz dzień wolny od pracy) Natomiast od schronisk w dół w strone Šumperka od razu zaczyna się orgia szerokich i równiutkich winkli i agrafek. Motocykliści nakurwiają w dół a potem w górę na sprzętach przeróżnej maści. Rzuciliśmy nasze Tygryski w ferwor winklowania i muszę przyznać, że było przepięknie i pozamykałem oponki na równo. Piękno tamtej przełęczy polega na tym, że droga jest szeroka i kiedy pojawi się jakaś zawalata puszka - raz dwa każdy na moto błyskawicznie i sprawnie ją opyka. A nie ma nic gorszego w górach niż gupia pucha hamująca panicznie przed każdym zakrętem.

     Kiedy ręce nas już rozbolały od kręcenia manetą i sterowania naszymi katamaranami zjechaliśmy spowrotem w stronę Jasenika - miasteczka, gdzie po prawej stronie na samym zakręcie przycupnął mały hotelik Stara Posta z przytuloną doń knajpką w starym, czeskim, oldskulowym nieco stylu. Miejscówka widać, że typowo motocyklowa, bo jedliśmy obiadek na tarasie otoczeni przez co najmniej z dwadzieścia przeróżnych maszyn.

     Niestety podczas drogi powrotnej spotkał mnie mały zonk. Na stacji, po zatankowaniu zamieniliśmy się motocyklami, bo kumpel chciał obadać moją osiemsetkę. Ujechaliśmy z 2-3 kilometrów no i nagle z krzaków po lewej stronie wyskakują na mnie pieseły z radarem w dłoni. Muszę przyznać, że zupełnie się zagapiłem - rozpędzałem litrową bestyjkę kolegi gapiac się rozmarzony na żółte, piękne pola kwitnącego rzepaku w tle, niczego złego się nie spodziewając.

     Kiedy zjeżdzałem na pobocze byłem cały obsrany ze strachu. Czy było ponad stówa i czy żegnam się z lejcami. Obmyślałem już ściemę, że nie mam prawka, nie przyjmuję mandatu, że to nie ja i takie tam. Kiedy więc zobaczyłem na wyświetlaczu diabelskiego urządzenia przepiękne cyfry 84, miałem ochotę uściskać stróża prawa sypiąc mu z wdzięczności banknotami pod nogi. Ogólnie to powiem, że panowie byli b.mili i wyrozumiali, przez co dostałem tylko 4 punkty i 100 złotych jako, że był tam obszar zabudowany z prędkością podwyższoną do 60. Kumpel też się fajnie zachował, bo wrócił do nas ze swoim dowodem rejestracyjnym, a nie kitrał się gdzieś tam po jakiś krzakach na trasie. Ulga w huj.

       Jako, że miałem wcześniej zero punktów na koncie, a kara nie była zbyt sroga, nie straciłem dobrego samopoczucia i dalej jechałem jego diabłem. Pierwsze wrażenie po przesiadce było wielkim wow, bo 1050 grał bardziej sportowo i też też przyspieszał. Jednak już po chwili zaczął mnie męczyć i przypomniał mi dlaczego sprzedałem swoją Lalunię. Jest tam dużo więcej spiny, a mniej luźnego kręcenia manetką, czyli po prostu mocy jest jak dla mnie za dużo - ledwo odkręcisz a tu już trza zakręcać i hamować, bo albo już zakręt, albo wjeżdżasz na inny pojazd, czy też masz grubo ponad stówę w zabudowanym. Mogę więc teraz wszem i wobec ogłosić, że ponad dwa lata od zmiany moto 140 konnego na 95 konne, nie tęsknie za tamtymi wrażeniami i mówię to całkiem szczerze. Teraz mocy mam w sam raz i wykorzystuję ją w większości, co dało się odczuć chociażby na cervonohorskich winklach.

     Trasa tak mi podpasowała, że wczoraj postanowiłem zabrać tam Agę. Ruszyliśmy ta samą drogą i zjedliśmy obiadek w tej samej knajpce z tym, że wczoraj motocykli było już znacznie mniej. Znów powinklowałem góra-dół tym razem z pasażerką i pełnym kufrem na pokładzie, więc nieco wolniej i dając większy pozor. Potem, niesieni falą fajnej wycieczki, pociągneliśmy jeszcze w głąb Czech do miasta Šumperk, jakieś 40 kilometrów dalej. 

    Niestety w drodzę powrotnej, już na przełęczy, na jednej z lepszych agrafek najechaliśmy na świeży wypadek motocyklisty. Winkiel tam jest dosyć szeroki z wyasfaltowanym poszerzeniem, gdzie często zatrzymują się motocykliści obczajając z góry jak latają inni zawodnicy i nie bacząc na przekroczenie lini ciągłej, która w zasadzie stać tam zabrania. Gościa w czarno-zielonym kombinezonie wyrzuciło właśnie na tamtym łuku, tylko nie wiem, czy leciał z góry, czy z dołu. Na miejsce zjechały aż trzy jednostki straży pożarnej, dwa radiowozy czeskiej policji no i wiadomo karetka pogotowia. Pełno ludzi, a kolo leży na glebie i wygląda dosyć słabo.

    Widok był przygnębiający. Gościu miał już dół kombiaka porozcinany. Leżał w otoczeniu ratowników próbując się podnieść niemrawo, mimo, że tamci stabilizowali go i uspokajali. Po minie było widać, że jest w ciężkim szoku i nie wie za bardzo co się z nim dzieje.  Służby pospinały go na specjalnych, usztywnianych noszach a potem w sześciu delikatnie wkładali go do karetki. Wszystko działo się na oczach parunastu motocyklistów, którzy zatrzymali się na wspomnianym poszerzeniu zakrętu. Sami zjechaliśmy tam na chwilę obadać co to się stanęło, ale muszę przyznać, że przykro było na to patrzeć i zawineliśmy się spowrotem. Długo już nie pojeżdziliśmy po przełęczy potem, bo na domiar złego pojawiły się dwa czeskie pieseły na F800GT, więc sytuacja zrobiła się wielce nieciekawa i trza było dać stamtąd dzidę jak najszybciej. Przypuszczam że takie szlify to tam nie pierwszyzna. Ja wiem, że ulica to nie tor i niektórzy srodze przeginają pałę, ale to co odróżnia tamtą przełęcz od chociażby niesławnej ostatnio Chabówki to jest znikomy ruch samochodów, a przynajmniej taki był w te dwa dni, kiedy my tam lataliśmy. Zresztą, to co ja Wam będę mówił, przecież wszystkie wariactwa da się z głową porobić tak, żeby przypału zbytniego potem nie było.

 

LEWA!

Komentarze : 3
2018-05-12 14:38:09 Kazikis

Ojjjj dokładnie znam to uczucie kiedy wyskakuje policjant jak dzik z lasu......i teraz pytanie ile jechałem..... Człowiek cały mokry się robi......a tu wyskoczyło 96 ....... W życiu takiej ulgi nie czułem
Pozdro !

2018-05-07 08:28:20 okularbebe

A wypadki zdarzają się tam ze względu na kumulację adrenaliny i wywieraną przez zbyt dużą liczbę motocyklistów nawzajem presję. Tamten asfalt trzyma, ale wbrew pozorom nie aż tak fest. A przynajmniej na tyle słabo, że wystarczy na przykład trochę cienia o poranku i już jest po jeździe na szerszym otwarciu.

2018-05-07 08:09:45 okularbebe

No i pięknie. Znów okazuje się, że to wszystko, po co jeżdżą ludzie motocyklami w świat, jest na wyciągnięcie ręki, tuż za miedzą. Z naszej okolicy kilku jeździ tam od dawna i do tej pory nam się nie znudziło. I ciągle jeszcze udaje się odkryć nowe drogi w okolicy, często odpowiednie dla motocykli takich, jak Twój.

  • Dodaj komentarz