Najnowsze komentarze
Ten teges. Jadąc swoją szosówką s...
Napięty - dzięki za wizyty i komci...
Napiety koles na lytrze do: superdink
Przeczytalem, koncowka bardzo mora...
heh, okularbebe czas leci, stary t...
gregor1365 - raz jak zostawiłem a...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

07.03.2020 10:08

powrót na teneryfę

w cieniu calimy i coronavirusa odbył się mój powrót po latach na słynną wyspę. wybraliśmy południe i hotel z kilkoma wypożyczalniami motocykli i skuterów w najbliższej, spacerowej odległości. miałem już nawet wybrane modelę, które chciałbym wynająć. nie dokonywałem jednak żadnych rezerwacji, teoretycznie na kanarach w lutym jest po sezonie, więc nie spodziewałem się żadnych utrudnień...

 

     Przy okazji relacji z naszych wcześniejszych wizyt w tamtych rejonach świata, wspominałem już o moim wyjezdzie na teneryfę w roku 2012, ale może na wstępie przypomnę jeszcze w kilku zdaniach. Byliśmy w październiku na północy, w puerto de la cruz z kolegami na wyjeździe firmowym i z powodu sporego stężenia alkoholu we krwi nie wynajmowałem wtedy żadnego motocykla, poza tym byłem świeży i nie czułem się za pewnie. Odnotowałem natomiast jak wspaniałe są tam drogi, zakręty i widoki i obiecałem sobie,  że  kiedyś tam wrócę pojeździć na motorze. Mimo koronnej zasady, że nie lecimy drugi raz w to samo miejsce, bo świat jest taki duży i piękny, że wypadałoby go jak najwięcej poznać ... zanim się finalnie kopnie w kalendarz.

    Wylot z pyrzowic nie należał do łatwych. Siedzieliśmy w samolocie na płycie lotniska jakieś trzy godziny, po czym obsługa kazała nam wrócić z powrotem do terminala informując, że wszystkie lotniska i drogi na kanarach są pozamykane ze względu na burzę piaskową znad sahary, która tam szaleje. W terminalu oddano nam bagaże i skierowano do hotelu moxy, tuż obok lotniska. Tam spędziliśmy noc ze śniadaniem,  po czym rano o dziewiątej odbyła się ponowna odprawa. Szczerze powiem, że ja to już zaczynałem wątpić, czy my w ogóle stąd gdziekolwiek wylecimy, media bowiem siały panikę, że calima swym żóltym całunem okryła archipelag aż do czwartku co najmniej. Jednak na szczęście dla podróżnych sytuacja się ustabilizowała i o godzinie dwunastej w południe, po dwudziesto godzinnym opóźnieniu, wylecieliśmy boeningiem na lotnisko tenerife sur.

     Nasze tygodniowe wczasy kupiliśmy na cieplejszym południu, w kurorcie costa adeje - to oscienna miejscowość bardziej znanej u nas w kraju destynacji -  los christianos. Taki sobie hotel przy szerokiej aleji, kilka minut do świetnej promenady i nawet niezłej plaży. Kiedy skręcisz na plaży w lewo i pójdziesz wzdłuż brzegu dotrzesz po kilku minutach do wypożyczalni motocykli o nazwie tenerife moto rent. Młody człowiek,  który zwykle pojawia się w pracy koło dziewiątej rano (na drzwiach jest napisane od 10tej) na szarym gs'ie 800 w ciasnym pomieszczeniu upchał kilkanaście ciężkich motocykli. Tuż obok, na rogu jest mały, stary bar prowadzony przez leciwą, sympatyczną brytyjkę, gdzie za 1€ wypijesz pyszną kawę z wielkiego, starego kawomatu i posłuchasz amerykańskich przebojów z lat pięćdziesiątych puszczanych z laptopa.

     Nas, a właściwie to bardziej mnie spotkało na miejscu spore rozczarowanie. Zaplanowałem bowiem wypożyczyć ciekawy, rzadko u nas spotykany model ktm' a - smt 990 mimo, że uważam iż jak dla mnie wypożyczanie tak mocnych motocykli w takich miejscach trochę mija się z celem. Niestety okazało się, że " kejtiem is in reperejszyn", ponieważ przecieka jakaś uszczelka w słynnym lc8 i motor gubi olej. Chwilę więc dreptałem wokół niepyszny wśród afric, deelów i gieesów, aż w końcu postanowiłem, żebyśmy zaczeli od drugiego motocykla, który również był w planach. A którego dotychczas nie widziałem w żadnej wypożyczalni, dlatego w tych planach poniekąd się znalazł. Co ważniejsze uważam go za najładniejszego i najbardziej stylowego cruisera takiej powiedzmy klasy średniej. Powiecie - ale jak to, cruiser na kręte drogi teneryfy? Otóż tak, zaplanowałem to zupełnie świadomie już w polsce, a miałem w tym dwa, a właściwie trzy cele: po pierwsze - chciałem pojeździć tym modelem, po drugie - Agnieszka była ciekawa, bo nie jezdziła jeszcze nigdy cruiserem, a po trzecie  - planowałem spędzić długie godziny w siodle takiego motocykla, zarówno na winklach jak i na prostych. Zawsze były jakieś tam godzinne jazdy czoperami (jak to się potocznie o nich mówi), a teraz zamierzałem organoleptycznie przekonać się, jak nasz kościec zniesie takie wyzwanie.

    Wyjechaliśmy zatem tym wielgachnym mastodontem na słoneczne bulwary, przykurzone calimowym piachem znad sahary. Pnie i liście gęsto obsadzonych po obu stronach palm odbijały się w chromie potężnego reflektora celującego w strzeliste wulkany wyłaniające się na horyzoncie. Calima nawiała nad kanary masy gorącego, afrykańskiego powietrza i przez pierwsze dwa dni temperatura była bardzo wysoka, z niezwykle ciepłymi wieczorami i porankami. Przez cały wyjazd nie spadła kropla deszczu, ani słońca nie przykryła żadna większa chmurka. Tymczasem czoper bulgotał pod nami głębokim basem, kiedy to obieraliśmy drogę na wulkan teide wyrastający na środku wyspy, z nadzieją, że w końcu uda mi się nań wjechać słynną kolejką teleferico. 

    Mniej więcej w tym samym czasie, w jednym z hoteli w costa adeje ujawniono trzech pacjentów zakażonych koronawirusem. Byli to turyści z włoch, w tym jeden lekarz zajmujący się epidemią tamże. Hotel objęto kwarantanną, a ja co ciekawe przejeżdżałem koło niego na motocyklu dnia następnego, kiedy latałem sobie po okolicach przed powrotem do wypożyczalni. Ulica dojazdowa pilnowana była przez dwóch policjantów, którzy byli jedynymi oznakami nietypowej sytuacji. Żadnych reporterów, żadnych gapiów i ja nie mający żadnego pojęcia, co się tam dzieje. O zarazie na wyspie dowiedzieliśmy się dopiero z esemesów od znajomych z polski, a potem z polskich mediów internetowych. Na teneryfie nie było paniki i sądzę, że gdyby nie te esemesy i te portale, to opuścilibyśmy costa adeje zupełnie niczego nie świadomi.

 

 

 

 

 

     To tyle tytułem wstępu, gdyż wypożyczonym na wyspie dwóm motocyklom chciałbym poświęcić osobny wpis, który powstanie jutro wieczorem. Uczynię tak dlatego, że oba te motocykle przyniosły swoimi jazdami sporo refleksji i kolejne pokłady może nie nowej wiedzy, ale nowych doświadczeń przerobionych na własnej skórze. Pokazały po raz kolejny wyższość naturalnej radości z jazdy nad danymi z tabelek, czy stereotypami o mocach i pojemnościach. Muszę przyznać, że znowu dokonał się pewien zwrot w moich planach odnośnie przyszłego motocykla. Czasem wydaję mi się, że jestem ofiarą zbyt gwałtownie nabywanego doświadczenia, zbyt wielu motocykli i to wbrew pozorom utrudnia mi dalsze wybory, stawia za dużo pobocznych wątpliwości. Posłużę się pewnym przykładem: mój samochód służbowy trafił niedawno do serwisu na wymianę listwy lpg, a ja otrzymałem zastępczą toyotę. Na początku nic mi w niej nie pasowało, mimo, że była prawie nowa i pachniała jeszcze świeżością. Kubek na kawę za mały, silnik dziwnie chodzi, gorzej się parkuje, radio mało intuicyjne, rozrusznik za długo kręci i takie tam detale. Dni jednak mijały, kilometrów przybywało i coraz mniej rzeczy było na minus toyoty, a coraz więcej na plus. I tutaj puenta - tak zmienia pojazd większość społeczeństwa. Coś się podoba, coś ma ekonomiczne uzasadnienie więc kupujemy, a do wad czy drobnych niedogodności po prostu z biegiem czasu się przyzwyczajamy....

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz