Najnowsze komentarze
Minęło już trochę czasu od wejścia...
DominikNC - może kiedyś uda się po...
DominikNC do: wyścig na transalpinie
Lubię Rumunię, byłem już pięć razy...
Okularbebe2 do: wyścig na transalpinie
Hell yeah! Dzięki. Poczułem się ja...
Seba dostał 2 mandaty z Alp 2 tyg ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

17.09.2021 17:45

rumunia iris peteresti

na transfogaraskiej nie byliśmy,ale i tak było zajebiście

 

     Spotkaliśmy się na stacji w Bielsku Białej o siódmej rano. Ja i kolega, którego znacie z poprzednich artykułów, taki mój moto-uczeń, którego prowadzę od samego początku. Teraz jeździ od kilku miesięcy sprowadzoną Multistradą 950 z 2017go po przejściach, o której sam mówi, że bardziej sciaranej to nigdy nie widział. Jego egzemplarz spala pół litra oleju na 1000km, luz nie wskakuje poprawnie, silnik dzwoni jak ksiądz po kolędzie, ale jeździ  - 2 tygodnie temu byli z innym znajomym w Alpach i wrócili na kołach.

     Navi pokazywała 13.45h do celu, którym był polecany na wielu grupach pensjonat Casa Iris Peteresti.

     Szliśmy dynamicznie przez Słowację a potem Węgry. Rano było chłodno pomimo świecącego słoneczka, pogoda była idealna. W dni poprzedzające wyjazd nie chciało mi się jechać, byłem zmęczony i dosyć najeżdżony ostatnimi wyjazdami, jednakże kiedy już ruszyliśmy w trasę cieszyłem się każdym przejeżdżanym kilometrem. Byłem w zajebistej kondycji psycho-fizycznej.

     Na miejsce dojechaliśmy koło 19tej. Dwanaście godzin z tankowaniami i obiadem, 780 kilometrów w opcji unikaj płatnych dróg i autostrad, więc nie kupiliśmy nawet winiety na Węgry. Dosyć tak zasuwaliśmy i mój moto-uczeń trzymał się dzielnie z tyłu na kole. Raz nawet na jakiejś przełęczy wyprzedził mnie na winklu. Pomyślałem wtedy, że zrobił ogromny postęp, a jego czerwona Multi śmiga jak łasica na agrafkach.

     W pensjonacie przyjął nas właściciel Mircea Todescu. Motorki bezpiecznie zaparkowały wśród wielu innych za zamykaną bramą. Pokój mieliśmy z balkonem, gdzie usiedliśmy na jednym drineczku - tylko jednym, bo od samego rana planowaliśmy słynną transalpinę. Żeby zrobić ją pełnią niezmąconych zmysłów.

     Ja zamierzałem podejść do rumuńskich zakrętów efektywnie, ale raczej na spokojnie. Ziomek miał teraz moto lepsze na winkle, jeździ już pięć sezonów, jest parę lat młodszy i dopiero wrócił z Alp, gdzie ponoć odjeżdżali wszystkich jak chcieli. Nie zamierzałem więc za wszelką cenę wygłupiać się na sportowo motocyklem o genach enduro i na pół terenowym ogumieniu. Postanowiłem być jak to się mówi: mądrzejszy. Ani niczego nikomu udowadniać - uznałem, że swoje już zrobiłem i teraz niech wjeżdżają młode pokolenia. Żeby moja ambicja nie zrobiła nikomu krzywdy. Zresztą, na Tenerce inaczej się jeździ, jakoś tak bez napinki. Pasowało mi to.

     Takie były założenia, tymczasem rzeczywistość pokazała coś zupełnie innego. Pokazała, że mój czas na ostrych winkach jeszcze się nie skończył. Następnego dnia bowiem doszło na rumuńskiej transalpinie do rzeczy zaskakujących, nie zaplanowanych.

      Czyli do serii szaleńczych wyścigów na krawędzi przyczepności.

       Z wszystkimi i z wszystkim.

 

Cdn.

Komentarze : 0
<ten wpis nie był jeszcze komentowany>
  • Dodaj komentarz