Najnowsze komentarze
ktm690smr do: wypadek
Każdy wypadek motocyklowy to osobn...
Dzięki panowie za dobre słowo. E...
Erjot do: wypadek
Cieszę się że wyszedłeś z tego cał...
DominikNC do: wypadek
Cześć! Motory są niebezpieczne. Ja...
O masz. Ulga, że nic poważniejszeg...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

01.10.2022 11:27

rumunia po raz trzeci

pojechaliśmy stricte na transfogaraską, ale ona podobnie jak poprzednim razem schowała się przed nami przez co nie została przejechana w pełnym wymiarze. nie mamy jednak do niej o to pretensji - to co zobaczyliśmy zaparło mi dech w piersi.

 

     Wymiana ogumienia poczyniona kilka dni przed wyjazdem okazała się sukcesem, co nie było aż takie oczywiste. Zakupiłem bowiem opony używane (co za janusz) z minimalnym przebiegiem pochodzące z 2019 roku, czyli z pierwszych montaży do Tenerek, a więc produkt znacznie obciążony wadą produkcyjną polegającą na biciu przedniej gumy. Po wymianie ruszyłem z ręką na sercu, ale okazało się,  że cały zestaw działa wręcz perfekcyjnie. Gdyby mocno trzepało kierą, kto wie czy wyjazd doszedłby do skutku.

     Kolega jednak przekonał się do wyjazdu. Pomogła moja zdecydowana postawa, że pojadę i tak z nim lub bez niego. Wszystko miałem dopięte a też Aga wyjeżdżała na weekend, wiec klocki były dosyć poukładane. Jedynie pogoda mnie zastanawiała  - w sobotę i niedzielę miało być idealne okno pogodowe, jakby wykute dla nas. Okej, jestem optymistą i mam mnóstwo szczęścia,  ale w cuda też nie za bardzo wierzę, zwłaszcza że mówimy o wysokich jak na motocykl górach, gdzie aura może się zmieniać jak w kalejdoskopie.

     Ruszyliśmy z Bielska koło 7.30 drogami z opcją unikaj opłat i autostrad. Było sucho i pochmurno,  temperatura oscylowała w okół 8 stopni. Na Słowacji trafił się godzinny odcinek w gęstej mgle, gdzie spadło zaledwie do trzech stopni. Tu zatrzymam się na chwilę przy odzieży, gdyż poczyniłem inwestycje i solidnie przygotowania. Mianowicie zakupiłem dwie pary skarpet z wełny merynoska ( to nie są tanie rzeczy) i małe ogrzewacze chemiczne, których w sumie nie użyłem, ale kolega wsadził je do butów twierdząc, że uratowały mu życie. Miałem jeszcze starą kominiarkę z polara z ochroną nosa i zatok, solidny kołnierz z windstoperem i cieńkie rękawiczki do biegania pod grubymi zimowymi, bo nie mam grzanych manetek (co za biedak).

    Sunęliśmy w takich temperaturach przez parę dobrych godzin. Szczęście że w ogóle nie wiało, dmuchało tylko coś tak delikatnie około siedmiu kilometrów na godzinę. Pod koniec Słowacji wyszło słoneczko i zaczęło robić się cieplutko. Wstąpiła we mnie czysta euforia. Na rumuńskiej kontroli granicznej byliśmy tylko my, więc to był zaledwie moment. Do pensjonatu dotarliśmy po dziewiętnastej, po drodze nie stawaliśmy, jedliśmy tylko kanapki podczas tankowania, jechaliśmy ciągiem. Muszę przyznać, że mimo moich ostatnich problemów z wypaleniem motocyklowym tym razem jechało mi się fantastycznie i nawet nie wiem, kiedy to zleciało.

     Jako że rano na Balea Lac, na górze miało być minus trzy stopnie, ruszyliśmy dopiero o dziesiątej. Świeciło i temperatura szybko rosła. Przed wjazdem nastąpił mały zonk, bo zauważyłem że w Multistradzie Bartka rozlała się lewa laga. Ta sama, która rozlała się w maju w Albani. Kolega zdenerwował się srodze, po czym sporządziliśmy prowizoryczny opatrunek ze szmatki i trytytki, coby nie lało mu po oponie. Minę miał coraz bardziej średnią, bo wczorajszy przejazd w chłodnych warunkach zaczynał się odbijać u niego lekkim kasłaniem i wczesnym posmarkiwaniem. No ale buciki miał jakieś takie sznurowane, więc w sumie co się dziwić. Dobrze że jego Multi ma grzane manety.

     Do celu mieliśmy jakieś dwieście kilometrów. Malowniczo ośnieżone, majestatycznie góry fogaraskie ukazały się naszym oczom już dużo wcześniej. Byłem podekscytowany na maxa. Ruch na drodze praktycznie zerowy, cała szosa jakby zarezerwowana dla naszych motocykli. Za Curtisoarą rozpoczęliśmy wspinaczkę lasem pod górę.

    Na początku na poboczach leżało zaledwie trochę świeżego śniegu. Takie małe powiedzmy placki. Jednak w miarę postępów, a właściwie to tak nagle wpadliśmy w ekstremalne zimowe pejzaże. Nie, że gdzieś tam więcej tego śniegu było, tylko regularna zima na maxa, wyłaniająca się zza zakrętu. Droga była czarna, ale z intensywnymi nalotami soli drogowej.Na poboczach ściany stworzone z pół metra niedawno odgarniętego, bielutkiego śniegu.

     Środek zimy dwudziestego piątego września? Serio? Ale radość nastała wielka, bo widać że droga czarna aż na samą górę. Odznaczała się z daleka jak wielki czarny wąż pełzający po prześcieradle.

    Na serpentynach pod górę było gdzie niegdzie mokro i trzeba było uważać. Intensywna biel wraz z promieniami słońca oślepiała oczy. Do tego w kilku miejscach zacienionych skałami na szosie zalegał lód i rozjechany śnieg, który na szczęście w porę zauważyliśmy. Pokonaliśmy to ostrożnie, ze spuszczonymi nogami i nie dotykając przednich hamulców, a najciekawsze czekało nas na szczycie przełęczy.

    Na szczycie zaklinował się autokar i utworzył się korek.  Widoki w dół były oszałamiające, więc ludzie wychodzili z samochodów i wszystko tam stanęło. Do tego z dołu dojechał następny autokar i przytknął to wszystko na amen.

     Widząc co się dzieje zarządziłem błyskawiczny odwrót. Nie było żadnego przejazdu do przodu nawet pomiędzy samochodami. Wcześniej podszedłem pieszo na górę, gdzie droga była dodatkowo mocno zalodzona, spod białej warstwy nie przebijał się nawet kawałek asfaltu. Uciekając z tamtąd ledwo zawróciliśmy, bo wszyscy zaczęli cofać i próbować się wyswobodzić z korka. Niewiele to dawało, bo obok autokaru, który nadjechał z dołu na koniec tego zatoru mogliśmy przejechać tylko motocyklami, a on nie miał jak ani się wycofać ani zawrócić. Nastąpił chaos.

    Zjeżdżając w dół robiliśmy sporo postojów aby nacieszyć się to nieziemską jak na podróż motocyklem atmosferą. W tym anturażu czułem się bardziej jakbym jechał na narty niż podróżował jednośladem. Motocykle tam w ogóle nie pasowały, nadawały atmosfery nierealności całej sytuacji. Do tego cały czas świeciło piękne słoneczko i rozgrzewający się w jego promieniach asfalt zaczął bajkowo parować. Podczas całego pobytu na przełęczy, oprócz nas był tak tylko jeden samotny motocykl. W pewnym momencie natknęliśmy się na dwa stojące samochody z których wylatywały jabłka i kanapki. Rozejrzałem się o co cho i nagle je zauważyłem - dwa słynne transfogaraskie niedźwiedzie. Powiem, że tak trochę niepewnie się poczułem widząc te wielkie zwierzaki biegające samopas, więc zrobiłem im fotkę z pewnej odległości, nie podjeżdżałem bliżej. Czytałem, że są na wpół oswojone przez turystów, no ale dostać w ryj takim futrzanym łapskiem było by raczej nieciekawie, kto tam wie, co takiemu misiowi strzeli do głowy, zwłaszcza że śnieg przysypał ziemię i pewnie są głodne.

     Do pensjonatu wróciliśmy tą samą drogą, jedząc po drodze obiad w knajpie przy trasie (1oo leja dwie porcje i dwa piwa tuborg 0%). Całość i tak sporo zajęła, bo na kultowym już dla mnie piwku Ursus w zalanym słonecznymi promieniami przyległym do pensjonu ogrodzie usiedliśmy dopiero o siedemnastej. Sam pobyt w tym przybytku w porównaniu do zeszłego roku sporo podrożał. Było 120 leia za pokój ze śniadaniem, teraz jest 200 leia. 

     Dnia trzeciego ruszyliśmy do domu po siódmej rano. Kolega był już coraz bardziej posmarkany.  Współczułem trochę, bo czekała go dalsza jazda w chłodzie i wilgoci. Przejazdem przez  Rumunię pogoda była idealna, mimo że dosyć rześka, a na przejściu granicznym znowu byliśmy pierwsi do okienka. Dopiero na końcówce Węgier zaczęło najpierw przez 1oo kilometrów lekko kropić a potem dosyć mocno padać. Rozdrażnieni tą sytuacją w końcu założyliśmy kondony. Nie można powiedzieć jednak że ten deszcz był niepotrzebny. Całe bowiem podwozia naszych motocykli pokryte były białymi śladami zaschniętej soli i te trzy godziny w deszczu wypłukały to wszystko elegancko. W międzyczasie w Ducati rozlała się druga laga i znów ratowaliśmy to trytytką (dobrze że miałem) i szmatką.

    W tą stronę też fajnie mi się jechało. Ze względu na opady było chłodniej niż w jadąc do Petresti, ale nie miałem z tym kłopotu, przygotowałem się naprawdę dobrze na ten wyjazd. 2oo kilometrów przed domem deszcz zupełnie ustał i pod garaż przyjechałem na suchym,  odsolonym motocyklu. Było już ciemno, dziewietnasta trzydzieści.

     Tyle. Jechaliśmy w sumie spokojnie, nie było żadnych ekscesów na drodze. Gdybym miał opisać Transfogaraską komuś kto nie był jeszcze, to w sumie bym się nie podjął. Po pierwsze nie dotarliśmy na drugą stronę do Curtea de Arges, a po drodze jest przecież piękna zapora i jezioro. Po drugie klimat na przejechanym przez nas odcinku był tak niesamowity, że prawdopodobnie zaburzył prawidłowy odbiór tego miejsca. Fajne jest to co widać od razu gołym okiem,  że ta droga jest inna niż Transalpina gdzie byliśmy rok temu. Więc jest różnorodnie.

      Po powrocie z trzeciej tam wyprawy (pierwsza była najgorsza, ale to było nie na moto) moje wrażenia na temat Rumunii są dalej bardzo pozytywne i przypuszczam, że Transfogaraska zostanie jeszcze raz zaatakowana, być może wraz z wąwozem Bicaz i miastem Brasov, gdzie też chciałbym podjechać  Czy w tym samym składzie to nie wiem,  bo tym razem to ewidentnie ja bardziej działałem na nerwy koledze, choć starałem się nie drzeć aż tak bardzo łacha z włoskiej motoryzacji. Tutaj bardziej grają róznice charakteru, ja w trasie jestem czasem aż za szybki, prę do przodu jak cyborg, nie daję czasu na odpoczynek, cały czas krąże wywierając presję słynnym: "to co, lecimy?" Wspominam o tym, żeby sobie też poniekąd uświadamiać, że we wspólnej trasie to ja generuje większość takich napięć. I nie piszę tu tego żeby załagodzić ziomka, czy pokajać się pokornie za winy swe, bo on nawet nie wie o istnieniu tego bloga.

     Czyli resumując samemu trzeba jeździć, albo z innym takim wariatem. Ale tak na poważnie,  to ostatnio kilkukrotnie już poruszałem tu ten temat i na bazie najświeższych obserwacji muszę przyznać, że najlepiej jednak to jeździ mi się samemu. Mam swoje tempo i ogląd rzeczywistości. A tak już finalnie konkludując, to najlepiej jechać na trasie solo, ale pod wieczór zacniej jest z koleii spędzić czas w fajnym towarzystwie przy piwerku gadając o trasach i motorach. 

 

     Czyli co ... spotykamy się na miejscu?  

 

Ps . Jak zwykle z kronikarskiego obowiązku dodam, że cała trasa wyniosła 1970 kilometrów. Przebieg Tenerki to obecnie 24 7oo km,  motocykl w poniedziałek zakończył okres gwarancyjny, minęło już dwa lata od zakupu. Natomiast całość wydatków na tym wyjeździe w moim przypadku wyniosła około 11oo złotych.

Lewa!

Komentarze : 3
2022-10-02 00:03:07 From_North_PL

No i kul - wyprawa co się zowie! Krótko ale intensywnie ;)

2022-10-01 20:19:21 okularbebe

Dzięki za relację.

Odkryłem kiedyś, że dobrze jedzie się z nieznajomymi. Bo można się podłączyć lub ich porzucić w dowolnej chwili na drodze.

2022-10-01 15:13:58 DominikCRF

Cześć; Dziękuję za relacje, ja byłem tam w sierpniu, upał był taki że smole gotować. Przejechaliśmy z kolegą ACT Rumunia, razem z dojazdem to zajęło 9 dni i 4 tys km. Polecam i pozdrawiam!

  • Dodaj komentarz
FotoBlog
Galeria:
transfogaraszan boy
[zdjęć: 0]

Kategorie