Najnowsze komentarze
ktm690smr do: wypadek
Każdy wypadek motocyklowy to osobn...
Dzięki panowie za dobre słowo. E...
Erjot do: wypadek
Cieszę się że wyszedłeś z tego cał...
DominikNC do: wypadek
Cześć! Motory są niebezpieczne. Ja...
O masz. Ulga, że nic poważniejszeg...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

19.11.2022 11:19

wypadek

no i stało się. po tych wszystkich latach, po ponad 11o tysiącach kilometrów na przeróżnych motocyklach i skuterach w dziesiątkach krajów w końcu poleciałem na glebę. gdzieś tam wcześniej żartowałem sobie, że jak już przydzwonię to pewnie konkretnie i tak też się stało. właściwie to można zaryzykować stwierdzenie, że tamtego słonecznego dnia zostało mi dane drugie życie.

 

     Listopad, piękny dzień, osiemnaście stopni na termometrze. Objechałem sobie zaplanowane miejscówki i wracam na garaż. Do pokonania mam jeszcze około czterdzieści kilometrów, jadę dynamicznie,  sporo wyprzedzam. Psychofizycznie czuję się świetnie, jestem w dobrej formie, wyspany, dzień poprzedni bez drinka czy chociażby jednego piwa.

    Poruszam się po świeżo wylanym asfalcie bez oznaczeń, brak lini ciągłej. Przede mną jadą dwa samochody osobowe, sunę spokojnie za nimi, myślę już powoli o stacji benzynowej bo mam prawie pusty zbiornik paliwa.

     Dostrzegam na poboczu po prawej stragan i widzę że pierwsze auto wrzuca kierunkowskaz i zjeżdża sobie na zakupy. W Peugeocie bezpośrednio przede mną zapalają się stopy. Okazuje się że w tym momencie popełniam rutynowy błąd czyniąc założenie, za kierująca tylko zwalnia przed skręcającym pojazdem. Sytuacja jakich wiele.

      Tymczasem pani tam właśnie mieszkała.

      Z naprzeciwka nic nie nadjeżdża, patrzę więc w lewe lusterko czy mogę , wrzucam lewy migacz, odwijam manetę i rozpoczynam wyprzedzanie.

      To jest dosłownie ułamek sekundy. Najpierw dostrzegam że auto jedzie na mnie, jest potężne uderzenie, głośny huk, potem chmura szkła i plastiku, następnie potężna siła wyrywa mnie z motocykla. Lecę do przodu, udaje mi się zrobić w miarę kontrolowany pad z podparciem prawym przedramieniem, minimum dwa razy przetaczam się po ziemi. Z jakiej pozycji wstaję, tego nie pamiętam.

     Pani Ania wychodzi z samochodu, ja już jestem na nogach. Oglądam swoje kończyny, czy wszystko jest na miejscu. Na ziemi szkło,  płaskie z listwy nadkola i wypełnienie wnętrza błotnika leżą w koło. Podchodzi do mnie od razu pytając czy nic mi nie jest, czy jestem cały. Jest w lekkim szoku podobnie jak ja, prawą rękę ma zakrwawioną. Na tym etapie to szczerze powiedziawszy jeszcze nie wiedziałem co ze mną. Nie czułem bólu ani w kontakcie z samochodem, ani podczas upadku na ziemię.

     Pojawiają się świadkowie, sympatyczna para jadącą za nami. Podają nam numer telefonu do kontaktu i oświadczają że w razie konieczności zeznają co widzieli, czyli że skręcający w lewo Peugeot przed moim manewrem włączył lewy kierunkowskaz. Ruch na głównej ulicy odbywa się bez przeszkód, mój motocykl wpadł ze mną w tą wąską uliczkę, leży teraz pod płotem, obok na ziemi mój telefon który wyrwało z uchwytu. Kierująca przytomnie podjechała autem tuż obok.

     Pani Ania zaprasza mnie do domu, który jest nieopodal, cały czas dopytując o moje zdrowie i czy nie potrzebuje pomocy. Wraz z innym motocyklistą który się zatrzymał obok podnosimy z ziemi Tenerkę. Z początku boje się do niej nawet podchodzić, uznając że to już pewnie sam pogięty złom tam leży na asfalcie. Motocykl ze mną na pokładzie uderzył prawym bokiem w samochód i po mojej katapulcie siła uderzenia odrzuciła go mocno w lewo, poległ więc pod tym płotem na lewej stronie wąskiej dróżki.

     No ale widzę że koła są całe, w oponach jest powietrze i nic z niego nie cieknie. Podnosimy ją do góry, na ziemię sypie się szkło w wybitej szyby. Opieram Yamasaki na stopce, stoi nawet w miarę prosto. Włączam zapłon, wskaźnik biegów wskazuję, że w chwili uderzenia była na piątym biegu. Naciskam przycisk rozrusznika, silnik zapala natychmiast. W całym tym szaleństwie mam pierwszy promyk nadzieji, że wszystko może jakoś w miarę normalnie się skończy.

     Jadę za Peugeotem na pobliską posesję, tam dokładnie oglądamy nasze pojazdy.

     To jest po prostu niemożliwe.

     Samochód ma wgniecione drzwi pasażera, drzwi kierowcy, lusterko jest urwane, szyba kierowcy wybita, z przedniego błotnika wyrwało listwę nadkola i wewnętrzne wypełnienie a słupek nad drzwiami ma wgniecenie od mojego kasku (są białe ślady farby). Tenera jedynie co to ma wygięty mocno i porysowany prawy handbar, lewy rownież porysowany, rysy na lusterkach,  otarcia na obu owiewkach, wydech lekko podgięty w kierunku wahacza (na wahaczu otarcie),  rysę na lampie, pęknięcie na lewej osłonię lag i to w sumie tyle. Wygląda jak gdyby dwa razy przewróciła się w lesie z niewielką prędkością, natomiast samochód sprawia w wrażenie jakby zmiótł go z przejazdu kolejowego rozpędzony pociąg Intercity.

     Siedzimy już na górze z rodziną pani Ani, dostałem herbatę i ciastko. Jestem spokojny, choć na mega adrenalinie jak po wielkiej kawie na czczo, mimo że żadnej tego dnia nie piłem. Mimo, że w moim mniemaniu zajechano mi drogę (tam nie było skrzyżowania, nie widziałem migacza w aucie, więc mogłem wyprzedzać) to wiem że tak naprawdę mieliśmy wielkiego pecha, że akurat tam stał tam ten stragan. W przeciwnym wypadku raczej nie podjąłbym manewru wyprzedzania. Na dodatek pani prawdopodobne zasygnalizowała manewr skrętu w momencie kiedy ja już byłem w trakcie swojego manewru. To był ułamek sekundy, kiedy pani Ania jeszcze mnie nie spostrzegła w lusterku, a ja już rozpocząłem akcję. Mówi, że widziała mnie już wcześniej we wstecznym jak sobie spokojnie jechałem za nimi.

     W świetle wszystkich okoliczności uznałem że nie ryzykuje, więc nie pozostawało mi nic innego jak podpisać się jako sprawca zdarzenia. Ja byłem cały, motocykl był zaledwie podrapany, byli świadkowie zdarzenia którzy widzieli obciążający mnie kierunkowskaz. Połowa Peugeota rozwalona w drobny mak, więc mogło być dużo, dużo gorzej. Nie wiem z jaką prędkością wtedy wyprzedzałem, ale myślę że gdzieś w granicach 50 - 70 kilometrów na godzinę. Uznałem, że nie warto wojować o uznanie winy.

     Po tym wszystkim pojechałem na garaż, po drodze zatankowałem. Czułem się nie najgorzej, nie czułem żadnego bólu, nie bałem się jechać. Na stacji sprawdziłem ponownie dystanse na łączeniach lag, odboje na półkach, czy są całe, potem czy motocykl bez trzymania jedzie prościutko przy większych prędkościach. Wracając z garażu do domu umyłem jeszcze samochód Agnieszki po drodze.

     Dnia następnego zadzwoniłem do pani Ani żeby zapytać jak się czuje, bo wszyscy martwili się o mnie a to u niej były krwawiące skaleczenia. Powiedziała, że fizycznie okej, ale psychicznie to nie specjalnie. Że boli ją głowa, snił jej się wypadek całą noc, o ile może mówić o jakimś spaniu. Podkreślała, że ma znajomych jeżdżących na motorach i że zwraca na motocyklistów uwagę, ale nie może uwierzyć, że kiedy zerknęła w lewe lusterko to mnie tam jeszcze nie było. Wypytała o mnie, powiedziałem że też bardzo kiepsko spałem, że plecy mnie bolą i tak samo głowa.

     Po kilku dniach wziąłem się za Yamahę. Rysa z lampy zeszła od razu, pasta poradziła sobie też z większością rys i zabrudzeń na owiewkach, handbar ustawiłem w poprzedniej pozycji. Jest małe pęknięcie na owiewce w dwóch miejscach na długość 2 cm, oraz dziura wielkości dziesięciu groszy na osłonię lag. Osłona kosztuje 140zł, ale najpierw zakleję to poxiliną i zobaczę jak to wyjdzie. Okazało się też że kierownica jest lekko skrzywiona, tzn jej lewa część jest bliżej zbiornika niż prawa, ale to udało mi się samemu naprostować. Gdzieś jednak siła tego uderzenia musiała się rozproszyć. Reasumując motocykl jest cały,  nic nie wymieniam w związku z wypadkiem, niech te plastiki są porysowane, nie wygląda to źle, nawet tak trochę kombatancko.

    No i tak. Wyszło jak wyszło. Dostałem oświadczenie z ubezpieczalni do wypełnienia, samochód pani Ani jest już na końcówce naprawy z mojego OC. Miałem mnóstwo szczęścia w nieszczęściu. Prawdopodobnie zdążyłem instynktownie lekko odbić w lewo (choć tu mam lekką amnezję), przez co nie było to klasyczne zderzenie boczno-czołowe, gdzie połamałbym cały przód z kołem, lagami i ramą i zatrzymał się ciałem na samochodzie i pogruchotał wszystkie kości.  Wpadłem za to w samochód jakby bokiem, gniotąc auto osłoną lag, końcówką kierownicy, wydechem ale także swoją nogą, wybijając szybę łokciem i uderzając w słupek kaskiem (protektory prawego buta i kask  mam porysowane) Dobrze, że  jechałem w pełnym rynsztunku, na szczęście pod spodem jeszcze grubo poubierany. Od teraz koniec z jeżdżeniem w upały w zwykłym t shircie.

    Zważywszy że zostałem drastycznie wysadzony z motocykla przy wspomnianej prędkości, miałem też sporo farta, że uliczką nic nie nadjeżdżało i turlałem się po ziemi naturalnie wytracając impet. Gdyby ktoś tam był, nawet tocząc się  powoli, to lecąc mógłbym uderzyć ciałem w pojazd a wtedy już wiele nie trzeba żeby skręcić sobie kark.

    A jak fizycznie i psychicznie zniosłem ten wypadek? Cóż, następnego dnia bolała mnie głowa i całkiem sporo mięśni i ścięgien. O szóstej rano wyjechałem do pracy i czułem się jakby bolało mnie wszystko, ale tak znośnie, jak po ostrym przetrenowaniu bez przygotowania. Miałem obitą lewą stopę, od uderzenia w ziemię po locie  nad własnym przedramieniem i lekko utykałem. Bolały mnie ścięgna pod kolanami, okolice żeber, stękałem przy każdym wychodzeniu z auta. Trzeciego dnia było już ok, choć miałem jeszcze obitą tą nogę. Nie poszedłem do lekarza bo czułem wewnętrznie, że jestem cały, tylko ponaciągany prawie w każdym miejscu.

      Wnioski? Mam kilka tak na szybko, choć jest za wcześnie żeby stawiać jakieś głębsze tezy. Przede wszystkim słowa uznania należą się konstrutorom Tenery. To jak dwustukilogramowy motocykl zdemolował półtoratonowe auto jest wręcz nie do uwierzenia. Nie umieszczczam tutaj zdjęcia, bo właścicielka mogła by sobie tego nie życzyć, ale większość osób je oglądających dziwi się że jestem w jednym kawałku a nasz motocykl po odejściu od niego na kilka kroków wygląda tak samo jak przed wypadkiem. Do tego mam teraz takie wrażenie że mimo, że znamy zagrożenia i sporo o nich dyskutujemy, analizujemy sobie przypadki innych, to kiedy to się dzieje nam osobiście, nabiera to zupełnie innego wymiaru. Wszystko, całą tą wiedzę o możliwym ryzyku ja weryfikuje teraz jak gdyby od nowa, to uderzenie w samochód wyznaczyło nową granicę w mojej optyce. Było to doświadczenie z gatunku ekstremalnych i wydaje mi się że prawdopodobnie przyniesie jakieś zmiany w mojej jeździe w przyszłym sezonie. Nie specjalnie lubię to wyświechtane powiedzenie że motocykliści dzielą się na tych, którzy już leżeli i na tych,  którzy będą dopiero leżeć ale okazało się w moim przypadku stu procentowo trafne. Mam też świadomość że wkupiłem się na drugą stronę, stronę ludzi po ciężkich wypadkach motocyklowych wyjątkowo niskim kosztem, powiedzmy nawet,  że wślizgnąłem się tam za darmo.

      No i jeszcze kwestia wartości motocykla. Mam natychmiastowy zwrot od posiadania sprzętów o coraz większej wartości. Przez końcówkę pierwszego i przez drugi sezon miałem wykupione ubezpieczenie AC a na ten sezon pozostawiłem samo OC z wiadomych przyczyn  - motocykl się starzeje a to nie są tanie rzeczy. Jak widać to był błąd. Całe szczęście że straty są minimalne i nie wymagają interwencji, ale załóżmy że wypadam z drogi a motor tak niefortunnie wali w drzewo, że nie opłaca się go naprawiać a my nie mamy polisy AC. Czterdzieści tysięcy złotych w plecy w zaledwie kilka sekund a nie daj boże i więcej. Z kolei płacić co roku trzy tysiące za ubezpieczenie pojazdu który znaczną część roku stoi nieużywany w garażu pod pokrowcem to przy naszych zarobkach -  odwieczny dylemat z którym zmaga się wielu posiadaczy. W pojazdach używanych sezonowo, powinna być możliwość wykupu AC na konkretne miesiące, koniec kropka.

      Do tego dodam jeszcze, że ze kilka tygodni temu taksówka wymusiła mi pierwszeństwo wyjeżdżając z parkingu i uderzyła w mój samochód służbowy. Długie lata bezwypadkowej jazdy i teraz dwa takie zdarzenia w krótkim okresie czasu.

      Mimo tego psychicznie jest u mnie zupełnie stabilnie. Nie mam żadnych lęków, ciężkich egzystencjonalnych rozkmin, przemyśleń typu jeździć/nie jeździć/sprzedawać motor/kończyć z jeżdżeniem. Choć robiąc jeszcze po wypadku z 2oo kilometrów tego sezonu  zauważyłem u siebie niechęć do wyprzedzania i szybszej jazdy. Na pewno czytam tą całą sytuację jako wyraźne ostrzeżenie, mam poczucie, że rutyna mnie zgubiła w tym konkretnym przypadku. Choć jakoś tak nie czuje się winny zdarzenia, nie mam wrażenia popełnienia błędu, ani do siebie żadnych pretensji - to było wyprzedzanie jak tysiące podobnych. Mega pechowy zbieg okoliczności. 

     Właściwie,  to najbardziej o wszystko obwiniam ten pieprzony stragan.

 

 

Lewa!

Komentarze : 5
2022-11-26 07:30:44 ktm690smr

Każdy wypadek motocyklowy to osobna historia. Wyciąganie ogólnych wniosków na podstawie jednego zdarzenia jest bez sensu. Z mojego doświadczenia wynika, że dopiero kilka wypadków i suma wniosków daje poczucie względnej pewności na motocyklu...jeżeli nadal możesz i chcesz jeździć :-) Zdrówka i szczęścia!

2022-11-22 19:45:21 Jazda na kuli

Dzięki panowie za dobre słowo.
Erjot - a to dopiero ciekawe nowinka. Ale cóż, rozumiem jakby tą argumentację, bez sensu w tej sytuacji trzymać motocykl i patrzeć jak traci na wartości. Zawsze możesz sobie coś wypożyczyć w trakcie sezonu i pojeździć bliżej czy dalej. Suma summarum wyjdzie taniej a radocha też będzie.

2022-11-20 16:43:43 Erjot

Cieszę się że wyszedłeś z tego cały i z małymi stratami finansowymi. Ja swoją pierwszą glebę miałem ponad 10 lat temu. Mała prędkość, zblokowałem przednie koło bo samochód przede mną nagle zahamował, do dzisiaj nie wiem z jakiego powodu. Motocykl tylko z delikatnymi otarciami a ja w samej koszulce przywaliłem plecami w krawężnik. Przez kilka dni straszny ból w żebrach ale jakoś samo przeszło. Od tamtej pory już nigdy nie wyjechałem bez pełnego stroju.
U mnie prawdopodobnie przygoda motocyklowa dobiegła końca. W tym sezonie zrobiłem 800 km i uznałem, że to niestety już pora i sprzedałem motocykl. Wszystkie ciuchy i kaski jescze zostawiłem gdybym bardzo zatęsknił ale nowe przepisy, wysokie kary, koszty, kręgosłup i chyba po prostu starość raczej mnie do zakupu nowego motocykla nie przekonają, choć marzy mi się Ducati Streetfighter V4s i nawet pojeździłem sobie testówką.
Życzę jeszcze wielu bezpiecznie nawiniętych kilometrów i radości z jazdy.
Serdecznie pozdrawiam i jako emerytowany motocyklista dalej lubię tu zaglądać.

2022-11-20 12:07:45 DominikNC

Cześć! Motory są niebezpieczne. Ja też w tym roku zaliczyłem wywrotkę, ale bez udziału innych pojazdów. Jedno złamanie i trochę potargany motocykl. Staram się zawsze wyciągać wnioski z takich sytuacji. Pozdrawiam!

2022-11-19 15:46:29 okularbebe

O masz. Ulga, że nic poważniejszego się nie stało, wiele szczęścia. W podobnym wypadku lata temu straciliśmy koleżankę. Nie da się zapobiec wszystkiemu, ale udało Ci się zminimalizować skutki, szacunek. Twój motocykl też okazał się pancerny.

W niektórych podobnych przypadkach, mimo włączonego kierunkowskazu czasem winę przypisują kierowcy dokonującemu lewoskrętu przed wyprzedzającym. Za sam brak upewnienia się, czy mogl bezpiecznie wykonać taki manewr.

To pewnie zależy od wielu okoliczności. Tutaj też pewnie możnaby długo podyskutować.

Najważniejsze, że taki rezultat, a nie inaczej...

  • Dodaj komentarz
FotoBlog
Galeria:
Wypadek
[zdjęć: 0]

Kategorie