Najnowsze komentarze
Na polnocy Anglii caly weekend byl...
Trafny wpis, mnie w sobotę udało s...
Może ktoś zechce spojrzeć... ht...
W ostatnia niedziele stopniał śnie...
Ciezko mi sobie wyobrazic takie uc...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

18.01.2019 17:06

sajgon motorcycle

chaos wszechobecny, czyli pierwsza część relacji z naszej podróży do południowego wietnamu

 

     Czasem cieszy mnie, że w mojej branży nie opłaca się brać urlopu latem. Kiedy nadchodzi zima,  brutalnie eksponująca wszelkie odcienie szarości i placki psich gówien, dobrze jest wykonać mały teleportaż gdzieś gdzie jest ciepło i jeżdżą jednoślady. Skrócić zimę o dwa tygodnie. Oczywiście - spytacie pewnie skąd on wziął na to pieniąszki, ale spokojnie. Krótki, posezonowy wyjazd w cieplejsze kraje, nieraz kosztuje niewiele więcej niż dwutygodniowy urlop nad polskim morzem w sierpniu, zwłaszcza, kiedy jedzie się gdzieś, gdzie wszystko jest tańsze niż u nas.

     W wietnamie, bo o nim będzie dzisiaj mowa, w grudniu mamy szczyty sezonu turystycznego i porę tak zwaną suchą. Nasza podróż obejmowała pobyt w dwóch miejscach i pokonanie dzielących je stu osiemdziesięciu kilometrów autokarem. Wietnamskie drogi są raczej wąskie, w większości jednojezdniowe i mocno zatłoczone, przez co przejazd z sajgonu do turystycznego "kurortu" mui ne trwa około pięć godzin. Dzisiaj opowiem o wizycie w wielkim mieście wujaszka rewolucjonisty ho chi mihna, wyjaśniając przy okazji, dlaczego jego stara nazwa przyjęła się u nas, jako określenie czegoś niebywale chaotycznego, swoistej definicji czystego rozpierdolu.

      Sajgon to największe miasto w Wietnamie, zmieszkałe przez 9 milionów ludzi, w którym zarejestrowane są ponad 3 miliony jednośladów, a jego obecna nazwa to ho chi mihn city. Miasto moim zdaniem niespecjalnie ciekawe, zatłoczone, zadymione i architektonicznie niespójne. Taki śmietnik z paroma wieżowcami w centrum. Wizyta w nim nie była by niczym szczególnym i prawdopodobnie nie zapadła by nam w pamięci, gdyby nie jeden jego element, czyniący je miejscem absolutnie wyjątkowym w skali całego globu.

      Skutery.

      To, co wyrabia się na ulicach Sajgonu, jest trudne do opisania i rzaden filmik z internetu nie odda rozmiarów jeżących włos na głowie wydarzeń, jakie odbywają się tam co chwilę, na każdym większym skrzyżowaniu. W tym wielkim mieście niepodzielnie rządzą skutery, które zawładnęły każdym jego zakątkiem, trąbiąc nieustannie i ocierając się plastikami o inne pojazdy. Ich mnogość wręcz zdumiewa. Jeżeli znacie miejsce, gdzie można napotkać więcej skuterów niż tam, to dajcie proszę znać. Mam znajomego, który pojeździł już trochę po Azji i potwierdza, że ho jest ich  niepodzielnym królestwem. Byłem w 2014 w bangkoku i tamtejsza sytuacja jest bez porównania. W bangkoku to porównując, w ogóle nie ma skuterów, choć do tajlandii z wietnamu jest rzut beretem. Natomiast to, w jaki sposób  sajgońskim kohortom  bzyczących rollerów udaje się wzajemnie mijać na ulicach miasta, zakrawa na magię, albo co najmniej boską interwencję. 

      Sajgońskie mopedy panoszą się wszędzie, a turysta z europy czuje się tam, jakby cały czas był w dupnym sklepie z jednośladami, albo na wielkim zlocie skuterów. Główne ulicę to rwące ich rzeki, które opływają nieliczne samochody niczym ławice ruchliwych rybek. Większe motocykle? Widzieliśmy może ze 3 lub 4, ale one i tak jechały niewiele szybciej niż ich mali bracia, nie mając zbytnio możliwości na rozwinięcie swojego potencjału. Powiedzmy wprost: motocykle w sajgonie nie mają większego sensu. Dużo palą, grzeją się, są ciężkie, słabo manewrują, trudno się parkują... jednym słowem są skrajnie niepraktyczne i nikt nimi nie jeździ. 

     Sajgon jest strasznie zatłoczony, ale nie można powiedzieć, że jest koszmarem komunikacyjnym.  Dla porównania taki pekin cały czas stoi w miejscu, a pokonanie w nim kilku kilometrów potrafi zająć dwie godziny. Natomiast wszystko co jeżdzi po sajgonie, praktycznie jest cały czas jest w ruchu. To unaocznia jak niepraktyczne w miastach są samochody i jak wielką przewagę nad nimi mają jednoślady. Motorki przeciskają się każdą szczeliną i nikt im w tym zbytnio nie przeszkadza, ma się wrażenie, że cała niedoskonała infrastruktura tego azjatyckiego molocha i zwyczaje jego mieszkańców, zostały w prymitywny, acz skuteczny sposób dostosowane do wytworzenia niebywle wysokiej przepustowości jego wąskich ulic. Policja w jasnobrązowych mundurach patroluje sytuację z pokładów przerdzewiałych Hond CB 250 nie ingerujac w nic zbytnio. Arterie miasta są drożne. Wyglądają jak niekończąca się parada jednośladów.

     Motorki, kiedy zatrzymują się na światłach, tworzą kolorowe chmary. Dziesiątki, w godzinach szczytu nawet setki, z każdej strony większego skrzyżowania. Przeróżne. Od przerdzewiałych hond dream, po nowiutkie pcx'y.  Ciężarowe trajki suzuki z jednocylindrowymi silnikami loncina. Automaty i biegowe motorowery. Jeżdzi nimi cały przekrój tamtejszego społeczeństwa, parkują prawie wszędzie. Nastolatki i stare babcie, bogaci i biedni.

     Widać gołym okiem, że te niepozorne sprzęty zajmują bardzo ważne miejsce w życiu wietnamczyków. Niektórzy nawet śpią na nich, odpoczywają, robiąc to w charaktrystyczny sposób. Nogi mają zgięte na końcu kanapy na której leżą plecami, a ramiona i głowę opierają na kierownicy i zegarach. Na ich sprzętach wiszą reklamówki ze zgromadzonym dobytkiem. Młodzi spotykają się, zjeżdżają na motkach blisko siebie i siedząc na siedzonkach prowadzą godzinne konwersję, puszczają muzę, piją piwka wyciągnięte spod kanap. Przy sklepach, na płóciennych krzesełkach  rozpierają się parkingowi w niebieskich koszulach i pomagają parkować, wypychać, czy wyjeżdżać  swoim klientom. Skutery są tam na specjalnych prawach. Możesz kupić do nich benzynę w butelce po wodzie mineralnej prosto z ulicznego straganu. Mogą na przykład zatrzymać się całą bandą, blokując jeden pas ruchu przy najlepszej bagietkarni w mieście, albo zaparkować pod kioskiem w poprzek chodnika, zmuszając tym samym pieszego do zejścia na ulicę, a samochody do zmiany pasa na lewy.

      Ich kierowcy mają wywalone na większość przepisów, ale pomagają sobie nawzajem, o czym więcej będzie w drugim odcinku. Ci, którym bardziej się spieszy nie czekają wraz z innymi na zmianę świateł. Wyjeżdżają na chodniki i pędząc nimi skracają sobie drogę. Pieszy zatem, musi zachować czujność nie tylko na jezdni, ale praktycznie wszędzie. Ale kiedy chce się szybko przemieścić, chętnie korzysta z ich usług - skuterowe taksówki to głównie firma grab, której kierowcy wyróżniają się z tłumu zielonymi dresami i kaskami, oraz tym, że jadąc ciągle coś sprawdzają na komórce.

      Będąc pieszym w Sajgonie najpierw doznaje się pewnego rodzaju wstrząsu, który spowoduje podświadomy niepokój. Spory hałas, nieprzerwane trąbienie i spaliny gromadzące się w wąwozach ulic, które po pewnym czasie powodują pokasływanie. Zewsząd dochodzi kakofonia klaksonów porównywalna do tej w istambule. W okół mnóstwo ludzi, czy w to w dzień, czy to w nocy. Jednak największą przygodą było bezprzecznie przekraczanie ruchliwej jezdni. Kiedy podejdziesz do pasów i nie trafi się żadna luka w mknącym strumieniu jednośladów, możesz tam tak stać nawet ładnych parę lat - nikt, absolutnie nikt się nie zatrzyma aby cię przepuścić. By dostać się na drugą stronę, należy nawiązać kontakt wzrokowy z kierowcami, po czym zdecydowanie, acz niespiesznie wkroczyć na jezdnie i równym tempem ruszyć przed siebie. Kierowcy w zależności od twojego położenia, omijają cię wtedy albo z przodu, albo z tyłu, ale przygotuj się, że na pewno się nie zatrzymają. Niezmiernie ważnym jest zatem, aby poruszać się przewidywalnie, broń boże nie biegnąc w żadnym kierunku. Trzeciego dnia zauważyliśmy, że jeżeli nie ma świateł, to to, czy jesteśmy na pasach, czy nie, nie ma większego znaczenia - zasada jest taka sama. Natomiast na światłach to, że masz zielone też nie daje ci zbytniej pewności. Kiedy bardzo im się spieszy przejeżdżają na czerwonym titając titkiem ostrzegawczo.

     Możliwości bagażowe tamtejszych skuterków wydają się być nieograniczone. Cztery osoby jadą sobie jak by nigdy nic, gościu wiezie na tyle wysoki sztapel jajek, albo parę worków cementu, pasażer trzyma dużą szybę sklepową, deski, więźby, żywy inwentarz. W sprzedaży są wiklinowe koszyki z długimi nogami, które to matki ustawiają na podłodze i sadzają w nich dwuletnie brzdące, a malce małymi rączkami trzymają się kierownic zza których spoglądają na świat. Wietnamczycy od kilku lat mają obowiązek jazdy w kaskach i jest to jedyna odzież ochronna, jakiej używają, ale dzieciom rzadko je zakładają. Sami też często jeżdżą z gołą głową. Czy w jakimś stopniu zastanawiają się nad swoim bezpieczeństwem? Nie mam pojęcia. Mawia się, że wietnamczycy rodzą się na skuterach, a te z czasem stają się przedłużeniem ich kończyn.

     Marką, która rządzi tam niepodzielnie jest honda i ponoć lata temu, to ona pierwsza na taką skalę zadomowiła się na wietnamskiej ziemi. Druga jest yamaha. Maszyn chińskich jest tam raczej nie dużo, ze względu na specyfikę tamtejszego korzystania z jednośladów. Mianowicie jeżdżą one dzień w dzień, w porze deszczowej tonąc w wodzie, a w suchej smażąc się na słońcu. Z tego co mi powiedziano przeciętny chińczyk wytrzymuje tam co najwyżej dwa, trzy lata, przez co zbytnio nie opłaca się tego kupować. To już koreański daelim radzi sobie w wietnamie lepiej. No i kymco - też wykroili sobie spory kawałek tortu. Niedaleko naszego hotelu, tuż za bagietkarnią, był salon kawasaki, widziałem też salony ducati, suzuki, wspomnianych hondy i yamahy. Ale tak jak pisałem - motorów to w sajgonie za wielu nie widzieliśmy. Pewnie gdzieś jeżdżą, ale nie wiadomo gdzie.

     Co do samych skutero-motorowerów, występują tam głównie trzy ich rodzaje: automatic, semi-automatic i manual. Semi-automatic są najciekawsze, biegi zmienia się w nich bez użycia sprzęgła. Jako, że wietnamczycy często podróżują nimi nawet w parę osób, pięćdziesiątki ze względu na niedobór mocy rzadko się tam widuje. 125 i wzwyż, przy czym większością tamtych sprzętów nie załapało by się w polsce na kategorie b.

     Mimo ogólnego brudu i nieładu, sajgon wydaje się być raczej bezpiecznym miejscem pod kątem przestępczości, o ile takie duże miasto może w ogóle być bezpieczne. W wietnamczykach, podobnie jak wcześniej w tajach, nie wyczuwałem napiecia ani agresji, wydają się być bardzo spokojni. A może są przyzwyczajeni, że na ulicach panuje życzliwa anarchia i na zasadzie ułatwienia sobie życia nie dają się prowokować?. Agresji drogowej też tam nie widać, mimo, że bez przerwy każdy każdemu zajeżdża drogę. Jeżdżą sobie w tych śmiesznych kaskach za 9 złotych (przeliczyłem), za których paskami bezpośrednio na ucho wtykają telefony przez które rozmawiają, jednocześnie jarając fajkę na najruchliwszym skrzyżowaniu w mieście.

     Kiedy tak obserwowałem ich zachowanie, to jak rzucają wszędzie śmieci, jak nie dbają o te swoje skutery, o swój wygląd, otoczenie, ani o bezpieczeństwo, to olśniło mnie, że w ich zachowaniu jest jakaś taka pierwotna ludzka wolność. Wolność od nakazów, od tego co wypada, a co nie, od tego jak się wygląda i co ma na sobie. Wiecie o co mi chodzi? Wolność polegająca na tym, że żyje się niejako w braku surowych zasad, na luzie, z pewnym przymrużeniem oka, z ogromną dozą wyrozumiałości wobec otaczającej ich rzeczywistości i radosnej dezinformacji. Okej, jest brudno, ale oni w tym brudzie, w jego akceptacji przypominali wolne istoty, które żyją na skażonej ziemi, jedząc z niej niejako i w ogóle się tym nie przejmując. Nie dbając o higienę, będąc częścią tego chaosu, nie martwiąc się tematami, które nam potrafią spędzać sen z powiek. Widać tam tą funkcjonalność ponad estetykę, gdzie wszystkiego się używa, a rzeczy służą nieprawdopodobnie długo i spłacają się wielokrotnie. Czy to dobrze, czy żle? Nie wiem. Rzucanie wszędzie śmieciami i wylewanie syfu na ulice bezpośrednio pod nogi przechodniom teoretycznie jest złe, ale w jakiej skali? Ile śmieci zaoszczędził planecie trzydziestoletni skuter honda dream, który jeżdzi tam każdego dnia? Albo pogięte wiadro z czasów wojny z amerykanami? Pewne jest jedno - to wszystko robi na naszym kręgu kulturowym naprawę spore wrażenie, a obserwacja ich nieskrępowanych nawyków fascynuje. Bardziej fascynuje niż przeraża, bym powiedział.

    W następnym odcinku opowiem, jak pojechaliśmy nad morze południowo-chińskie. Do miejscowości mui ne, okrzykniętej "perłą kurortów", która jednakże z czymś tak spektakularnym jak wspomniana perła nie miała nic wspólnego. I jak wypożyczyliśmy tam dwa bzyczki, osobiście dołączając do wielkiej wietnamskiej armii skuterów. Aby ujść z życiem jeżdżąc po wietnamskich ulicach, trzeba, no cóż... nieco zmienić swoje postrzeganie tego co dzieje się w okół nas. Zasłonić twarz maseczką antysmogową, gdyż bez wietnamskiego prawka nie wolno tam jeździć. Totalnie zmienić optykę.

     Ale, ruch jest prawostronny, więc człowiek szybko się adaptuje.

 

Lewa!

Komentarze : 2
2019-01-22 11:07:07 jazda na kuli

Goall to b. się cieszę, krzesam zatem motywację na drugi odcinek :)
Adopcja poprawiona hahaha

2019-01-21 10:29:19 Goall

Poza tym, ze adaptuje, nie adoptuje, to bardzo przyjemny tekst. Jak zwykle, swietnie sie czyta, bardzo obrazowo opisane miasto- Twoj opis, plus pare migawek z filmikwo z internetu i czuje sie jakbym tam byl:)

Pozdrawiam

  • Dodaj komentarz