Najnowsze komentarze
Na polnocy Anglii caly weekend byl...
Trafny wpis, mnie w sobotę udało s...
Może ktoś zechce spojrzeć... ht...
W ostatnia niedziele stopniał śnie...
Ciezko mi sobie wyobrazic takie uc...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

26.01.2019 17:20

w wietnamskiej armii skuterów

 

 

     Tak więc po paru dniach opuściliśmy sajgon i autokarem udaliśmy się do mui ne - perły wietnamskiej turystyki. Kierując się na wschód, nad wybrzeże morza południowo-chińskiego, odległość dzielącą te miejsca, czyli jakieś 215 kilometrów, pokonaliśmy w około pięć godzin. Ruch był spory ale płynny, a prędkości niewielkie.

     Mui ne, to obecnie miejscowość typowo turystyczna. Od strony sajgonu zaczyna się tuż za miasteczkiem phan thiet i ciągnie przez około 20 kilometrów, aż za tak zwaną wioskę rybacką. Mui ne to w slangu przewodników tak zwana "ulicówka", czyli miejscowość biegnąca w większości wzdłuż jednej głównej drogi, bez rynku czy central placu. Tym głównym traktem w naszym mui, jest droga dwukierunkowa jednojezdniowa, ciągnąca się to w większej, to w mniejszej odległości od wybrzeża. 

     Na trakcie owym, ruch nigdy nie ustaje. Płyną autokary, rosyjskie terenówki z turystami,  samochody, rowery, piesi w wózkami, krowy, ciężarówki i dostawczaki, oraz wszelkiej maści skutery i motorowery. Wszystko to mija się wzajemnie na tej ulicy niespiesznie, jakby od niechcenia, co rusz łamiąc wszelkie zasady kodeksów drogowych jakie znamy.

    Drogę z obu stron otacza przeróżnego rodzaju śmietnik, nieład i tandeta, które to jednak mają ten swój  charakterystyczny, egzotyczny urok, miejsca gdzie wszystko jest inne. Knajpy to przeważnie obiekty całkowicie otwarte od strony frontowej, a budynki mieszkalne są zwykle zadziwiająco wąskie, z powodu przysługujących z tego tytułu ulg podatkowych. Hotele o przeróżnym standarcie raczej ulokowano przy plaży, rzadziej po drugiej stronie drogi. Całość tej zabudowy jest surowo niespójna, niechlujna, z mnóstwem zaśmieconych nieużytków pomiędzy i sprawia wrażenie ogólnego nieładu i zaniedbania.Krótki fragment ala promenady z palmami, znajduje się na wjeżdzie do kurortu od strony phan thiet i wygląda tak średnio zachęcająco do romantycznych spacerów przy zachodzie słońca.

     Sama droga też wygląda tak sobie, asfalt jest nierówny, łatany, a pobocza szarpane i zaśmiecone. Jednak proszę nie zrozumcie mnie źle - mimo tego mui ne jest przyjemnym, bezpiecznym miejscem, które to będziemy wspomninać bardzo dobrze. Po prostu wietnam jest jaki jest, mimo całego swojego gwałtownego rozwoju gospodarczego, jego mieszkańcy muszą się jeszcze wiele nauczyć w kwestii dbania o swoje otoczenie i budowanie tegoż otoczenia. Ale z drugiej strony...może właśnie lepiej, jakby zostało tak jak jest?

     Przechodzimy do meritum, czyli jazdy na skuterach. Nigdy wcześniej nie byliśmy w miejscu, gdzie wypożyczenie skutera jest tak łatwe i ogólnodostępne. Skutery są wszędzie. Od większych wypożyczalni, aż po zaledwie dwa skutery oparte pod płotem, z szefuńciem siedzącym obok na plastikowym krzesełku. Skuterki masowo wypożyczają również właściciele przydrożnych sklepów i restauracji. My z Agą korzystamy właśnie z tej opcji.

    Za pierwszym razem wypożyczyliśmy czarne suzuki skyride o pojemności 150cm, w restauracji nieopodal naszego hotelu. Zawsze uśmiechnięty właściciel nguyen (nazwisko, które na cześć cesarza w wietnamie nosi prawie każdy) ,który karmił nas tam owocami morza i poił piwem saigon bier, przy transakcji nie wymagał zwyczajowych dokumentów, ani podpisania żadnej umowy. U niego obowiązywała zasada only kesz, czyli po wpłaceniu 150 tysięcy dongów ( jakieś parenaście złotych) otrzymaliśmy kluczyki do maszyny na okres 24 godzin i dwa obskurne mini kaski z fruwającą wyściółką. Spytał tylko o nazwę hotelu i numer pokoju. To się nazywa minimum formalności.

     Owe kaski, czy raczej plastikowe mini nakładki na czubek głowy, a także okulary przeciwsłoneczne, na wzór tubylców i ich zwyczajów -  były naszymi jedynymi elementami powiedzmy, w cudzysłowiu "ochronnymi". Agnieszka zwróciła mi jeszcze uwagę, że skoro idę jeździć na moto, to powinienem chociaż w miejsce japonek, założyć sandały z paskiem za piętę, co by mi nie spadły podczas jazdy. Słuszna to była uwaga i natychmiast wprowadziłem ją w czyn. Wiadomo, po pierwsze bezpieczeństwo.

     Na głównym trakcie mui ne panuje wspomniana przeze mnie w poprzednim odcinku życzliwa anarchia uliczna. Manewry, które są nie do pomyślenia w europie, tam dokonują się na porządku dziennym, bez wywoływania jakiejkolwiek agresji wśród uczestników ruchu drogowego. Światła znajdują się w niewielu miejscach, bo w tamtym rejonie nie ma za wielu skrzyżowań, a jak są, no to przecież po co światła. Jest po prostu droga, która ciągnie się i ciągnie, nie oferując kierowcom zbyt wielu zakrętów, wzniesień czy zjazdów. 

    O ile sama droga jest nieco nudna, to to, co się na niej dzieje, już takie nie jest. Z punktu widzenia europejskiego kierowcy, jest to wręcz ekscytujące. Aby wam to zobrazować, opiszę pewne zwyczaje lokalesów, do których należy przywyknąć, aby nie narobić sobie, ani innym, bolesnych niewygód.

    Jadąc drogą po wietnamie, trzeba przede wszystkim zwracać baczną uwagę na włączających się do ruchu. Wietnamczycy nagminnie wyjeżdżają z podporządkowanej, wprost pod koła nadjeżdżającego pojazdu. Zasada w tym przypadku jest taka, że kierujący pojadem z pierwszeństwem przejazdu, uważa na włączających się i delikatnie zjeżdża w kierunku osi jezdni, robiąc im tym samym miejsce. W gęstym ruchu obwieszcza to dodatkowo trąbnięciem, aby ktoś, kto jadąc z tyłu pragnie go akurat wyprzedzić, też zwrócił uwagę, na to co się dzieje i sam również zjechał nieco na prawo. Wszyscy mają się zmieścić.

     Szczególną nonszalancją wykazują się tam kierowcy jadący pod prąd prawą krawędzią naszego pasa ruchu. Kiedy na przykład zjazd z drogi, w który planują skręcić znajduje się w niewielkiej odległości, po tej samej stronie, skracają sobie drogę jadąc pod prąd. Po poboczu zwykle ktoś akurat idzie, albo biegają tam psy, czy inny inwentarz, przez co jadący pod prąd kierowca, zwykle nie ma zbyt dużego pola do manewru. Tutaj ponownie odpowiedzialność za bezpieczeństwo w takiej sytuacji, spada na jadącego prawidłowo uczestnika ruchu drogowego. Aby uniknąć kolizji, musi on po prostu ustąpić, zjeżdżając nieco na lewo. I tak, zgadliście - gdyby akurat ktoś chciał go wyprzedzić, sam powinien uważać aby  w tym momencie nań nie najechać - patrz zasada nr 1

     Wyprzedzanie w mui ne, zasługuje na poświęcenie mu osobnego akapitu. Tam ciągle ktoś kogoś wyprzedza, mimo, że maksymalna prędkość zwykle nie jest wysoka, a uwikłani w pośpiech szaleńcy, lecą zwykle powiedzmy jakieś 80km/h. Jednakże, kiedy jedziesz bez stroju ochronnego, z gołymi kolanami wystającymi poza obrys skutera, wyprzedzając jednocześnie samochód oraz wyprzedzający go inny skuter, a z naprzeciwka na czołówkę jedzie ci autokar, to uwierz mi, realne wrażenia prędkości są nieco inne niż te wskazywane przez prędkościomierz. Uczestniczyłem w takich sytuacjach parokrotnie i szybko się do nich przyzwyczaiłem, z czasem poczynając sobie coraz śmielej. Przez to, że ruch tam odbywa się niespiesznie, a manewry wykonywane są raczej ze spokojem i w sposób przewidywalny, to mimo mrożącego krew w żyłach widowiska, w jakim wyprzedzając uczestniczymy, nabieramy trudnej do określenia pewności, że to wszystko skończy się dobrze.

     Kiedy tak jeździliśmy sobie po tej perełce wietnamskich kurortów, to  na początku nie wiedziałem  za bardzo, jak wyprzedzać samochody. Kiedy byłem od nich szybszy i się do nich zbliżałem, ich kierowcy zjeżdżali do osi jezdni, utrudniając mi ich wyprzedzanie. Irytowałem się trochę, do momentu, kiedy zrozumiałem ich prawdziwe intencje. Otóż zjazd do osi jezdni nie miał za zadanie mnie zablokować  - chodziło o to, abym wyprzedził ich prawą stroną, między ich pojazdem a poboczem. I teraz wyobraźcie sobie sytuację następującą: wyprzedzam tak taksówkę, po poboczu z mojej prawej idzie mama z dzieckiem na rękach, a z naprzeciwka centralnie pod prąd nadjeżdża na mnie inny skuter. Fajnie, nie?

     Suzuki było na gaźniku i przez nieco rozregulowaną dyszę, często gasnęło mi na postoju, stojąc nawet na lekkich nierównościach. Przedni hampel był słaby, tylny nie istniał, ale muszę przyznać, że jeździło nam się nim fantastycznie. Początkowo rozglądałem się po okolicy wypatrując wypożyczalni większych motocykli i nawet jedną znalazłem, ale szybko zrozumiałem to, co opisałem w poprzednim odcinku - motocykle nie mają tam większego sensu, a kiedy snują się tak spętane w gęstym ruchu, wyglądają wręcz karykaturalnie. Kiedy nie myślisz o biegach, trzymasz obie dłonie na hamulcach, masz zwinność małego gabarytu, to wtedy jesteś w stanie bezpiecznie jeździć po wietnamie, gdzie na drodze jest dla każdego niewiele przestrzeni i cały czas musimy być przygotowani na niespodziewane manewry innych uczestników ruchu drogowego.

     Dwa dni później wypożyczyliśmy kolejny skuter, gdyż jest to tam najtańszy dla turysty środek transportu. Przykładowo, za taksówkę do mui ne z hotelu na zadupiu zapłaciliśmy połowę ceny wypożyczenia skutera na 24h. Tym razem była to yamaha nuovo o pojemności 135cm. Ten skuter był nowszy, zasilany wtryskiem paliwa, a na jego liczniku widniał przebieg zdolny zawstydzić mojego turystyka: 57 tysięcy kilometrów. Mimo, że maszyna była nieco mniejsza i miałem na niej znacznie mniej miejsca na nogi, to tym motorkiem jeździło mi się jeszcze lepiej. Promień skrętu był mniejszy, silnik nieco żwawszy niż w suzuki, a hamulce wyraźnie mocniejsze. 

     Jako, że nasz hotel mieścił się na samym końcu szerokiej, opustoszałej ulicy dojazdowej, to nie mogłem przepuścić okazji i namówiłem Agnieszkę, żeby nauczyła się jeździć na skuterku. Nie powiem, parząc na jej odkryte ramiona i nogi, miałem cień obiekcji, czy postępujemy słusznie, ale ten taki luz motoryzacyjny południowego wietnamu, też nam się udzielił i w rezultacie Aga z plecaczka w pewnym sensie awansowała na kierowcę i powiem, że całkiem nieżle jej to poszło, wręcz śmigała jak ta lala.

     Kiedy Aga udała się nad baseny, a ja pojechałem oddać yamaszkę, to jakoś smutno się zrobiło i nie potrafiłem tak od razu się z nią rozstać. Jej zrywny charakter, który w pełni objawił się, kiedy wyjechałem sam ( już widzę wasze pogardliwe uśmiechy - parenaście koni i zrywny charakter hahaha ) pchnął mnie do tego, aby na koniec jeszcze zorganizować sobie po głównej drodze w mui ne, taki wietnamsko-skuterski wyścig śmierci. Czyli, że naparzam parenaście kilometrów w kierunku wioski rybackiej, na pełnej petardzie i założenie jest takie, że nikt nie ma prawa mnie wyprzedzić.

     Wypiłem zatem małą americano w przydrożnej kafejce u innego nguyena, zacisnąłem paski w sandałach, nasunąłem maseczkę antysmogową prawie pod same okulary i dawaj. Wypadłem na główną ulicę z wyciągniętą nogą, jakbym leciał krosem po prawej bandzie i rozkręciłem małą manetę do końca. Yamaszka z bzykiem runęła w kierunku centralnej części kutortu.

     Ech, co to była za jazda. To co wam wcześniej opisywałem o zagatkowych zwyczajach tubylców, dodało wyścigowi dodatkowego smaczku. Wyjątkowość tamtejszego ruchu, zupełnie inny charakter dosiadanej maszyny, to wszystko powodowało uczucie, jakbym wjechał na jakiś tor przeszkód, na zawody, nie wiem, pit bajków, na jakąś zupełnie nową i ekscytującą dziedzinę sportu motorowego. Wjechał w inny świat. W celu wygenerowania dodatkowego doładowania zwarłem razem kolana i pochyliłem się nad zegarami. Pęd wiatru przesunął mój "kask" z czubka głowy na kark, zapewniając mu ochronę przed świecącym z tyłu palącym słońcem, a mocujące go cieńkie paski zagięły mi uszy zapobiegając przewianiu.

     Przez parenaście kilometrów, aż do wioski rybackiej, gdzie po naszej prawej malowniczo rozciąga się wybrzeże, z chmarą łódek leniwie kołyszących się na falach, nie było na mnie bata. Jechałem jak najlepsi z nich - na pełnym otwarciu, główne w okolicach osi jezdni i z kciukiem coraz to zacistającym się na klaksonie. Wkręciłem się w to wariactwo, przyjąwszy zasadę - wyprzedzam choćby na czwartego, nawet jak teoretycznie się nie da, nawet kiedy wydaje się to absolutnie niemożliwe, a reszta na pewno jakoś się ułoży. Nie powiem, na początku byłem trochę spietrany, ale tylko trochę, bo szybko okazało się, że to całkiem nieźle działa: wszyscy mi ustępowali. To było fajne - wszyscy mnie widzieli, jakbym leciał na bombach, a gęsty, chaotyczny ruch, w momencie rozstępował się przede mną, jak morze martwe przed mesjaszem. I nie było żadnego wygrażania pięściami, czy stukania się po czole, nic z tych rzeczy...wydaje mi się teraz, że oni po prostu założyli że mi się spieszy, w związku z czym po prostu i zwyczajnie, należało ustąpić mi drogi. To co powinno być oczywiste, logiczne i proste pod każdą szerokością geograficzną, nie zawsze takie bywa. 

     Nie powiem, wtedy to aż się wzruszyłem.

     Niestety, kiedy zawróciłem na rondzie za wioską i wystrzeliłem spowrotem, trafił się  za mną naprawdę dobry wariat. Siadł mi na ogonie i mimo, że starałem się zaciekle brnąć dalej  w swój wyścig, to gościu mnie objechał. Jechał tak pewnie i szybko, że nie miałem z nim  absolutnie żadnych szans, a na dodatek jego skuter zbierał się szybciej. Minął mnie w centrum wioski, gdzie ruch jest najgęstrzy i jak gdyby nigdy nic popędził slalomem między innymi ruchomymi obiektami, ocierając się o wywrotkę z piaskiem z jednej, a autobus tata z drugiej strony. Był w czarnej górze od dresu i w japonkach, a na głowie miał pomarańczową bejsbolówkę.

     Ta porażka spowodowała u mnie przymykanie manety i po nim kolejni lokalesi zaczęli mnie dojeżdżać.  Niestety, dosyć szybko mi prądu zabrakło. Maksymalne skupienie, upalny wiatr sypiący pyłem z drogi pod okulary przeciwsłoneczne i ta kamuflująca maseczka, która też zabiera nieco oddechu - to wszystko spowodowało, że spuchnąłem po tych parunastu kilometrach. Gdzieś tak na wysokości lokalnej atrakcii, strumyka wróżek, zwolniłem już znacznie i rekreacyjnie wróciłem pod restaurację. Zatankowałem jeszcze na wylocie do phan thiet bezołowiowej za jakieś 60 tysięcy dongów, czyli coś w granicach naszych ośmiu złotych cebulionów, po czym zawróciłem do restauracji.

    Skuterka oddawałem z żalem. Zamówiłem butelkę saigon bier i  łapczywie spłukując piwem wyschniętą gardziel, patrzałem jak nguyen z niesamowitą wprawą chowa tą swoją  yamaszkę pod ciasne zadaszenie, jak z lekkością manewruje nią wśród innych skuterów. Jedyne co jej dolegało, to ledwo wyczuwalne przerwy w ciągu na wysokich obrotach i zacinająca się stacyjka w pozycji otwarcia kanapy i zapłonu. Ale i tak pełny szacun: 57 tysięcy kilometrów pod tyłkami setek, jak nie tysięcy turystów jadących zwykle w tandemie, to naprawdę jest coś dużego. No i miała jeszcze jeden dodatkowy ficzur - na zamknięfej manecie strzelała z wydechu. Chociaż, strzelała to może niezupełnie trafne określenie, dźwięk ten bardziej przypominał uderzenie w stół packą na muchy.

    Reasumując - skuterkami po wietnamie zrobiliśmy może z dwieście kilometrów. Jednak były to bardzo pouczające kilometry, a per saldo skuterowanie tam, było najlepszym skuterowaniem ever. No, może jeszcze jazda po cyprze na pgo 125, gdzie ruch jest lewostronny może się z wietnamem równać w niesieniu ciężaru praktycznej nauki. Najfajniejszy był w tym również taki wymuszony krok w tył, jeśli chodzi o osiągi podzespołów, silnika, sposób w jaki tamto środowisko weryfikuje umiejętności techniczne i stawia je ponad wszelką wątpliwość, ponad aktualną moc używanego pojazdu. Kiedy wszyscy poruszają się motorami o podobnych parametrach, to właśnie umiejętności automatyczne wysuwają się na pierwszy plan.

    Innymi słowy - jeszcze trochę nauki bym tam potrzebował na takiej kilkunasto konnej sto pięćdziesiątce. Aby móc tak pognać bez strachu przed siebie, jak ten koleś w dresie i pomaranczowej bejsbolówce.

Komentarze : 5
2019-02-01 07:19:37 Calmly

Oryginalne miejsce na odpoczynek. Jest na tyle odległe, że kojarzy mi się jedynie z wojną prowadzoną przez Stany Zjednoczone, z biednymi mieszkańcami tego państwa.

Sam ruch drogowy mocno odstaje od przyjętych współcześnie norm europejskich i nie tylko. Co kraj to obyczaj.
W takiej na przykład Anglii, nie istnieje reguła prawej dłoni a tym bardziej lewej dłoni. Dojeżdżając do krzyżówki, kierowcy sami decydują kto jedzie pierwszy. Jak to mówią Brytyjczycy - it all depends. Same firmy ubezpieczeniowe podchodzą do tematu podobnie, w konsekwencji uchylając się od wypłacania należnych monet - it all depends.

Pozdro

2019-01-28 22:04:54 jazda na kuli

Gregor1365 i DominikNC - dzięki, liczę, że wiosna już tuż tuż tylko przemęczyć luty...ale luty jest krótki :)
okularbebe - trafnie to wychwyciłeś - zbyt szybki obiekt mógłby być tam śmiertelnie niebezpieczny. Nie są przyzwyczajeni do dużych prędkości i mogli by mieć problem z oceną odległości. Te ich wyjazdy pod same koła , brrrr... trzeba mieć czas to wyhamować :)

2019-01-28 17:23:18 DominikNC

Super relacja! Powiało latem. Pozdrawiam!

2019-01-27 17:34:10 okularbebe

To fest! Odważny pomysł został znów zrealizowany. Świetna relacja. Zastanawiam się czy to wielkość i możliwości używanych tam pojazdów stwarzają optymalne warunki do powstania takiego chaosu. Nie umiem sobie wyobrazić równie zatłoczonej ulicy z jeżdżącymi we wszystkich kierunkach hayabusami. Albo ostrymi sześćsetkami.

Cieszę się, że mamy jeszcze na tych naszych różnych drogach nieco miejsca dla takich na przykład gsxr 1000 k7. Dla mnie to ważne. Mimo to, chciałbym coś takiego wietnamskiego poczuć, nawet jeśli taki tłok mnie przytłacza.

2019-01-26 23:02:41 gregor1365

O, po takim tekście zaraz chce mi si&#275; jeździć, kurde Adaś gdzie ta wiosna?
Zajebista przygoda.

  • Dodaj komentarz