Najnowsze komentarze
Tego typu motocykl to prawdziwa wo...
Hejka! Kurcze lata tu nie zaglądał...
Ha! Czyli jest lepiej niż podejrze...
Gie-na-2oo - to akurat tak się skł...
Brzmi super, sam jestem fanem Wysp...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

17.02.2019 17:27

selekcja naturalna

 

     W dniu wczorajszym rozpoczął się sezon motocyklowy 2019 w pojęciu szerokim, takim ogólnopolskim. Jak obserwowałem społecznościówki, to spora część motocyklistów/tek zapowiadała "latanie" w ten akurat weekend. Nic dziwnego, szesnasty luty, a tu pogoda na cztery dni z pełnym słońcem i temperaturami rzędu 14 - 16 stopni, w całym kraju. Obecnie mieszkam przy jednej z głównych przelotówek na beskidy i powiem, że rzeczywiście, sporo widziałem dziś motocykli, kiedy jechałem na myjkę odkurzyć sobie samochód. Przeczytałem też posty wielu osób, w których zgodnie piszą, że jest to najwcześniej zaczęty ich sezon motocyklowy w historii, że takich możliwości podczas trwającej zimy jeszcze nie było. Może rzeczywiście, tak jak twierdzi pan trump, globalne ocieplenie to fikcja, ale pod naszą szerokością geograficzną dzieją się obecnie małe pogodowe cuda i wątpię, żeby motocyklista uruchamiający dzisiaj swoją maszynę, przejmował się topniejącymi lodowcami i niedźwiedziami polarnymi, które nie mają co jeść.

    Oczywiście - jak zawsze i wszędzie, nie wszyscy są zadowoleni. W odezwie, za pióra chwycił nurt jedynie słusznych prawilniaków, którzy to w swej frustracji zapominają już, jak to kiedyś przysłowiowy wół cielęciem był. To prawdziwi święci, po śmierci natychmiast wcielani w anielskie szeregi. Póki jednak  muszą egzystować na tej pełnej niedoskonałości ziemi, dla dobra nieświadomej ludzkości, głosząc wszem i wobec swoje prawdy. Zatem nie ma co się dziwić, że ktoś przydzwonił w tym czasie, czy nawet opuścił na motocyklu nasz łzawy padoł. Bo zaprawdę teraz się nie jeżdzi - kto to widział - jest przecież zima. Mityczny syf na drogach, drżące z zimna ogumienie plus zero jakiejkolwiek przyczepności, pozimowe ogromne dziurska w które wpadają całe koła i mnóstwo innych zagrożeń. No i puszkarze. Ta paskudna nacja, teraz dodatkowo "odzwyczajona" od motocyklistów, nie widząca ich w ogóle, na oślep popełnia śmiertelne lewoskręty. Wyjazd teraz to pewna śmierć i kalectwo. Dobrze zatem, kiedy za tą głupotę nastąpi nauczka po wsze czasy niosąca naukę, że zimą się nie jeżdzi, bo jest zimniej niż latem. Nawet jeśli wrócisz cało z tej najeżonej pułapkami trasy śmieci, twoje życie nigdy nie będzie już takie same. Mroźny wiatr wydmucha całą glukozaminę z twoich stwów,  a potem lodowatymi palcami sięgnie twoich zatok. Ukochany motor pokryje się warstwą toksycznej solanki, która przeżre stal na wylot, a aluminium spowije mlecznym bielmem. Padnie akumulator, rozciekną się lagi i żadna polerka już raczej tutaj nie pomoże.

     A kiedy nie daj boże zginiesz, twoja zrozpaczona rodzina przeczyta w komentarzach, jaki to byłeś skrajnie nieodpowiedzialny, jak to naraziłeś innych na niebezpieczeństwo swoją bezmyślną postawą i jak dobrze, że mądra matka natura pokarała cię naturalną selekcją. To, że sam zmarłeś, to akurat  bardzo dobrze dla ogólu naszego idealnego społeczeństwa, jednego debila będzie mniej. Gdyby takie treści były publikowane wyłącznie przez kierowców nie związanych z motocyklami i z jakiś tam przyczyn pałających do nas niechęcią, zrozumiałym to i ten mój artykuł nigdy by nie powstał. Ale to piszemy my - motocykliści innym motocyklistom. I nie mówię tutaj o jakimś ewenemencie, jestem na wielu grupach i czytałem taki szlam wiele, wiele razy. Zapytam zatem, o co tutaj chodzi? Oczywiście pytanie, które padło ma charakter retoryczny - ja wiem o co chodzi, ale na razie nie powiem.

     Ja rozumiem  - jeżdżę już jakiś czas i takie rzeczy nie powinny mnie dziwić, ale nie. O komentarze pod publikacjami w prasie ogólnej w ogóle się nie czepiam. Mimo całego okrucieństwa, gdzieś tam jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że ktoś dał upust swojej agresji wobec frakcji, której nie znosi. Ale na grupach motocyklowych, samemu będąc motocyklistą, głosić radość z tego, że inny motonita doznał krzywdy, tylko dlatego, że akurat postanowił pojeździć sobie motorem? Jak byście to nazwali panowie i panie? 

     Reasumując - gówno kogo obchodzi, kto, gdzie i kiedy zamierza jeździć na swoim motocyklu. A tłumaczenie, że daje takim zachowaniem zły przykład innym... nie obraźcie się, ale to zwykłe pierdolenie. 

     Dobra, dosyć smędzenia. Jeśli o mnie chodzi to nie ruszałem w ten weekend motocykla, nie za bardzo mi się chciało. Gdybym nie otwarł sezonu tydzień temu, to prawdopodobnie coś byśmy pomyśleli o małej przejażdżce wczoraj, albo dzisiaj. Ja jednak miałem straszną ochotę na górską przechadzkę i wyciągnąłem agę w beskid mały. Przebiliśmy się bokami przez korki na bielsko (boże ile ludu i aut na trasie), zaparkowaliśmy furę na błoniach i ruszyliśmy żóltym szlakiem na kozią górkę, do schroniska stefanka. Przyznam, że kiedy siedziałem z grzańcem na górze na ławie, mrużąc oczy w słońcu, zacząłem tęsknić za rowerami. Wjechało na górę parę konkretnych, full zawieszonych enduraków, które to z powodu kontuzji musiałem porzucić ponad dziesięć lat temu. Na podobnych im zjeździłem prawie wszystkie beskidzkie szlaki i wiele w innych pasmach górskich polski, czech i słowacji. Motor pozwolił mi o nich zapomnieć, ale wczoraj przekonałem się, że dawne zajawki wciąż są żywe. Co z tego, skoro lewe kolano już nigdy nie pozwoli dać z siebie wszystkiego, na takim, czy innym sprzęcie.

     Cóż, życie - ale na szczęście pojawił się motor itrzeba zrobić wszystko, aby tego też nie spierdolić.

     Ten wpis w zasadzie miał być o pewnym motocykliście, który niesie mi ostatnio spore pokłady pozytywnej inspiracji, ale potoczył się w nieco innym kierunku. Chociaż, w zasadzie ten wpis mogę potraktować, jako preludium do następnego i dopilnuję, żeby znów nie zboczyć z tematu i napisać zgodnie z planem. Myślę ostatnio sporo o tym, ile to szczęścia miałem w swojej motocyklowej karierze, i  o tym jak chciałbym jeszcze bardziej świadomie wpływać na to, aby nadal wszystko szczęśliwe przebiegało. Mam nadzieję, że wizyta w górskim schronisku u podnóża koziej górki, na długo pozostanie w mej pamięci. Przypominając, jak niefajnie jest stracić możliwość uprawiania ukochanego hobby i jak ważne jest, aby być czujnym. Nie kozaczyć ponad siły, ponad umiejętności. Znać swoje limity i czerpać z tego z niewzruszoną pewnością - bo to bezcenna cecha, a u mnie niestety jeszcze troszkę kulejąca. Adrenalina jest fajna, ale z mojego obecnego punktu widzenia już nie warta ryzyka. Nie na motocyklu, nawet solo.

     Ja wiem, że zabrzmiałem teraz jak stary zgred. I że młodziaki kiwną głową, a po chwili machną ręką. Trzeba jednak pamiętać, że wielu starych zgredów kiedyś było kozakami. I że wyszli z niejednej opresji nie tylko dlatego, że byli dobrzy, czy też lepsi od innych. Oni, podobnie jak ja - mieli dużo, bardzo dużo szczęścia. I przeważnie chcą uchronić innych przed swoimi błędami. Życie na pełnej petardzie jest bowiem wspaniałe, póki trwa i kiedy wszystko bezproblemowo przebiega, rzadko docenia się jego wartość. Szkoda, że pewne spostrzeżenia i poszerzenia optyki przychodzą dopiero z wiekiem, kto wie, może gdybym żył inaczej, moje życie teraz też wyglądałoby nieco inaczej. Ale co tam, cieszę się, że jesteśmy już na przedwiośniu i wiele fajnych motocyklowych wydarzeń jest jeszcze przed nami.

     Czyli pełną pizdą, ale z głową.

Komentarze : 2
2019-02-18 11:37:32 Gie-na-2oo

Na polnocy Anglii caly weekend byl przepiekny. Niestety mnie jeszcze nie dane jest jezdzic, ale w niedziele calkowicie przypadkowo trafilem na salon Harleya i BMW, na parkingu ktorego mial miejsce spontaniczny zlot lokalnych motonitow- nie tylko harleyowcow. To bylo turbo fajne polazic swoje miedzy tymi wszystkimi maszynami i popodziwiac co nieco. Mimo, ze jestem bardziej into szlifierki to potrafie docenic piekno klasyka, a i turystyki nie byly wcale takie okropne;)

2019-02-18 11:16:47 gregor1365

Trafny wpis, mnie w sobotę udało się podwójnie: raz że wyjechałem, dwa że się jednak nie rozjebałem. pomógł szybki przeciwskręt kiedy jadąc za samochodem zawiesiłem wzrok na liczniku i wtedy pani dała po heblach przed wjazdem na posesję. było blisko, jak już się udało to naprawdę miałem nogi jak z waty.
Szybkie podsumowanie: prawa noga na pewno byłaby zmiażdżona, rower odpada, zeta byłaby rozjebana to wiadomo, chodzenie problem. pływanie to chyba spokojnie na plecach glajkiem. świat do góry nogami.
Szczęście dopisało, ale umiejętności też pomogły.
Chłodnej głowy tylko i szerokości w tym sezonie wszystkim życzę.

  • Dodaj komentarz