Najnowsze komentarze
Ten teges. Jadąc swoją szosówką s...
Napięty - dzięki za wizyty i komci...
Napiety koles na lytrze do: superdink
Przeczytalem, koncowka bardzo mora...
heh, okularbebe czas leci, stary t...
gregor1365 - raz jak zostawiłem a...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

14.03.2020 15:11

superdink

moje pierwsze, dawne relacje z motocyklowych przygód na wyspie takiej jak ta, zwykle mieściły się w jednym artykule. jednak obecnie, wraz z przyrostem moich motocyklowych doświadczeń, dostrzeganiu subtelnych zawiłości i ukrytych pod warstwą oczywistości dodatkowych aspektów, stworzenie jednego wpisu jest coraz bardziej trudne. zapraszam zatem na trzecią część relacji z teneryfy, w której głównym bohaterem jest wzgardzony wśród prawdziwych motocyklistów skuter o pojemności 125 centymetrów - w tym przypadku kymco superdink.

 

     Jako, że temat prawie w całości będzie poświęcony skuterom, z wyspą rysującą się jedynie jako dodatkowe tło, pragnę na wstępie o tym ostrzec, a także przybliżyć nieco moje doświadczenie ze skuterami po to, aby naświetlić nieco sentyment jakim obdarzam te pojazdy. Wspomnę też o prawidłowości jaką zauważyłem wśród moich kolegów jeżdżących na motocyklach. Otóż ci, którzy mieli wcześniej doświadczenia ze skuterami wypowiadają się o nich raczej pozytywnie, dopuszczając możliwość ich zakupu, bądź nawet na nich jeżdżąc równolegle z motocyklami. Ci natomiast, którzy nie jeździli nimi wcześniej traktują temat z niechęcią, czy nawet z ledwo skrywaną pogadą. Ale, jeden lubi ogórki a drugi ogrodnika córki i nie mnie to oceniać, skupiam się zatem w tej relacji na swoich doświadczeniach.

     Nie licząc krótkich przejażdżek na motorynce romet pony mojego przyjaciela w roku 1989tym, to skuter 50cc był pierwszym jednośladem z silnikiem spalinowym na którym dłużej jezdziłem samodzielnie, a rzecz działa się w roku 2006tym. Wcześniej trafiały się jeszcze rundki na cz350, czy na komarku trzybiegowym, ale to tylko w charakterze pasażera. Natomiast w roku 2010, na skutek firmowego konkursu wszedłem w posiadanie czerwonego skutera matki Inca Street 50. Pojazd ów zaraz po przekazaniu umieściłem w szopie, gdzie przestał dwa lata do czasu, kiedy zapisałem się na kurs prawa jazdy kat A.

    Inca po odblokowaniu służyła mi kilka miesięcy i przejechała ze mną około 2,5k km. Mimo, że pojazd miał około 3 koni, to jazdę na nim wspominam fantastycznie. To były te pierwsze zgłębiania tajnik, mechaniki, psychologii ruchu drogowego z pokładu jednośladu. Naprawdę, mimo jego awaryjności uwielbiałem nim jeździć i siadałem na krótkie przejażdżki kiedy tylko mogłem, a sprzedawałem niechętnie - koledze po jego żarliwych namowach. Dlatego teraz, kiedy ktoś mnie pyta co najlepsze na pierwszy motocykl, odpowiadam: coś słabego, niedrogiego - bo i tak radość będzie ogromna, a z każdą większą pojemnością radość będzie tylko  rosła. Taka gradacja.

    Następne okazje to były testówki bmw c650, yamaha tmax 530, xmax 300, a także wynajmowane pgo 125, sym orbit 50, yamaha nuovo 150, suzuki skyride 150, suzuki burgman 400.

     No i teraz kymco superdink 125.

     Właściwie po oddaniu vulcana 9oo mieliśmy już nigdzie nie jechać. Z powodu calimy nasz wyjazd skrócił się do 6ciu dni. Przez dwa użytkowałem vulcana, który nieco mnie zmęczył i jako tako  zaspokoił zew przygody. Teoretycznie więc chcieliśmy się skupić na spacerach po plaży, opalaniu i spożywaniu napojów alkoholowych. W międzyczasie tych czynności, zauważyłem, że w naszej wycieczce opuściliśmy dwa ważne miejsca na mapie. Jednym z nich były góry anaga na północy, a drugim miasteczko los gigantes ze słynnymi klifami. Jako, że góry były daleko, stanęło na tym,  że może chociaż los gigantes warto by było jeszcze odwiedzić. Zaproponowałem wypożyczenie taniego samochodu lub skuterka, na co aga wybrała skuterek radując mnie tym niezmiernie.

     Pieszo udaliśmy się do następnej wypożyczalni o nazwie tappacio moto rent. Świetne tam jest to, że w odległości kilkunastu minut spacerkiem jest nawet kilka wypożyczalni i to bardzo dobrze wyposażonych. Jako, ze downtown'a 300 akurat nie było, za sumę 36€ wynajeliśmy mniejszego braciszka, w tamtych rejonach znanego jako superdink 125.

    Skuter był już mocno wyeksploatowany. Odpalany charczał dziwnie. Szeroka kanapa, w miejscu gdzie siedzi kierowca była jedną z najbardziej zniszczonych kanap na jakich siedziałem, przez co nie była zbyt wygodna. Boki pojazdu zostały lekko zeszlifowane z obu stron w licznych kolizjach i nosił wszędzie ślady drobnych uszczerbków. Manetki starte, plastiki podokręcane wkrętami. Na wyposażeniu natomiast posiadał wysoką szybę givi i kufer shad z blokadą antykradzieżową w środku.

     Mając jeszcze świeżo w pamięci zmagania z masą i manewrowością vulcana 9oo, na kymco  od razu odetchnąłem z ulgą i poczułem się jak ryba w wodzie. Mało tego, zaraz po ruszeniu z miejsca skuter zaskoczył mnie bardzo dobrą manewrowalnością, pomimo dwóch osób na pokładzie. Mimo, że ruszałem od razu ostro pod górkę, od pierwszych metrów poczułem się na tym kymco bardzo pewnie. To było odczucie z gatunku - siadasz, odpalasz i już wiesz, że będzie fajna jazda. Ale jak to fajna jazda ... na 125???

     Na początku jechaliśmy drogą szybkiego ruchu, z prędkością około 90km/h. Tym razem wzięliśmy pełne kaski integralne, co w połączeniu z turystyczną szybą zapewniło świetną ochronę przed wiatrem (świeżo porównując z vulcanem i kaskami typu jet). Superdink to duży maxiskuter, nawet bardzo duży i jego przepastna karoseria jest chyba takich samych rozmiarów jak w wersji z silnikiem o pojemności 300cc.

     Po zjeździe na drogę lokalną ciągnącą się wzdłuż wybrzeża ujawniła się druga zaleta motocykla - dynamiczny ze startu silniczek. Bzyczek ma około 15 koni co na styk mieści go u nas w kategorii pojazdów na prawo jazdy b. Dosyć wysoka masa skutera, czyli około 170kg plus pasażer i drobny bagaż wróżyły powolne, zamulone przemieszczanie, a tymczasem stało się coś zupełnie niespodziewanego - skuter nieoczekiwanie zaoferował  bardzo wysoki współczynnik czystej radości z samej jazdy. Najwięcej momentu obrotowego upchnięto właśnie w sam start z miejsca - takie odniosłem wrażenie.

    Na serpentynach przed los gigantes jest knajpka z świetnym widokiem, gdzie zatrzymaliśmy się na kawę, ale samo miasteczko jest trochę przereklamowane (jak większość atrakcji turystycznych, umówmy się). Na końcu drogi, koło promu jest zatoczka z widokiem bezpośrednio na wysokie klify nad oceanem, ale generalnie to klify ogladane z dołu są jakieś takie średnie. Natomiast na dojeździe do nich ujawniła się kolejna zaleta skutera. Otóż pojechaliśmy pod zakaz, pod samą zatoczkę, gdzie nikt nie jechał, nie było tam ruchu. W skuterze jest jednak coś takiego, nie wiem jakieś takie przymrużenie oka, że ma się wrażenie, że jest to mało istotny i nie prowokujący pojazd. Że można sobie na więcej pozwolić i przejechać bez przypału tam gdzie nie wolno - że nikt nie zwróci uwagi, ani nie będzie się o nic pieklił. 

     Dinka miał przejechane 82k km, co jak na 125 jest wartością sporą. Nie było natomiast żadnej rzeczy, która by w nim nie działała. Hample były mocne, a silnik wystarczająco zrywny, żeby nie irytować. Po drodzę stanęliśmy w supermarkecie na zakupy, do którego weszliśmy z wolnymi rękami - kaski zostały pod siedzeniem, a plecak i mój softshell w kufrze. Niesamowita wygoda. W drodze powrotnej całe zakupy poszły pod siedzenie, a jeszcze sporo miejsca bagażowego zostało niewykorzystanego. Ruszając tym skuterem cały czas zastanawiałem się, czy aby silnik nie przechodził już remontu i ktoś przy okazji nie potraktował go tuningowymi elementami malossi, bajeranckim wariatorem czy sportowymi paskami.

     W drodze powrotnej przez kilka kilometrów jedzie się pod górę i tutaj nasz tajwańczyk najbardziej wymiękał. Manetka w dana opór a na blacie 70-80 km/h i ani grama więcej. Plusem było to, że po zmniejszeniu prędkości, sprzęt sprawnie rozpędzał się znów do tego swojego górskiego limitu tych 80km/h.

     Na drodze szybkiego ruchu, z górki kymco wyciągnęło ponad 110km/h. Silnik grzechotał, ale jechał. Wrażenie było takie, że jadę szybko, że wykorzystuje cały limit pojazdu. Właściwie gdyby można go było rozpędzić tak jak 350tkę do około 140km/h to mogę szczerze powiedzieć, że jak na ten typ pojazdu, dla mnie była by prędkość wystarczającą.

     Cała podróż trwała zaledwie parę godzin. Aga wysiadła pod hotelem, a ja pojechałem jeszcze trochę pojeździć i oddać moto, jako że dnia następnego była niedziela i nie mogłem go zostawić na noc pod hotelem. A chętnie bym tak zrobił i jeszcze z rana trochę podzidował.

     Nietrudno się domyślić, że po odciążeniu skuterek zaczął jeździć jeszcze zwinniej. Śmigałem po costa adeje w tą i spowrotem. Skuter w bardzo fajny sposób pokonywał rondka, rozpędzał się i lawirował pomiędzy samochodami. Frajdę z jazdy potęguje automat i dwa hamulce pod palcami. Jeździłem tak sobie i cały czas towarzyszyło mi wrażenie , że jest to najlepszy skuter na jakim jezdziłem,oprócz  tmaxa 530 i bmw c650 - ale to było dawno i jest już okryte lekką mgiełką niepamięci.

     Jak pamiętacie, we wrześniu podczas jazd po majorce burgman 4oo z przebiegiem 15k, z którym wiązałem spore nadzieje zniechęcił mnie do maxi skuterów. Teraz superdink 125 z przebiegiem 82k, po którym niczego się nie spodziewałem, który ma w papierach zaledwie 15 marnych koni - powoduje takie zaskoczenie. Zobaczcie jak to działa - tu decydują jakieś zupełnie irracjonalne prawidła. 

    Tak więc, jest na rynku downtown 125 oraz downtown 320i. Duży downtown ma 30 koni i jest dwukrotnie mocniejszy od małego, a tylko kilkanaście kilo cięższy. Jeżeli tak fajnie mi się jezdziło na rozklekotanej 125tce ze zgniecioną kanapą i starym, takim sobie designie zegarów, no to powiem, że aż zżera mnie ciekawość jak jeżdzi  nowszy,  mocniejszy brat. Jeżeli tylko nie jest tak ociężały jak burgman, to może być to dla mnie hit tego roku. 

     Na koniec podsunę małą refleksję, a raczej zadumę nad tym co się teraz ze mną tutaj wydarza. Płomienne wpisy z trzyletniego użytkowania litra, 320km/h na hayabusie, ekscytacja z testów tuono v4 ... czy to pisał ten sam człowiek? Jak to jest możliwe, że w pewnym momencie rezygnuje się z naginania kolejnych limitów i zaczyna czerpać radość z jazdy obsraną 125tką?

     Nie wiem.

     Natomiast zdaję sobie sprawę że powiecie, iż ja się po prostu starzeje. To logiczne. Z motocyklowego punktu widzenia - nawet dobre. Dlaczego? Ano dlatego, że tak jest taniej i bezpieczniej. No bo, skoro można się również fajnie pobawić na maxiskuterze 3oo, który kosztuje nowy około 20k a jego serwis 3oozł, no to logiczne że bym tak wolał. Zamiast motka z litrem w ramie, za który trzeba wykleić 50 tysi a na serwis wykładać tysiaka. Okej - taki literek nadaje stosownego prestiżu, ale wiecie co? - wysrywam się obecnie na prestiż. To już było. A po drugie - mandaty idą w górę. Jeżeli więc jest możliwe, że również  fajnie mi się jedzie wolniej, to lepiej jechać wolniej niż szybciej w tym momencie. Bez żartów, napięci kolesie na sportowych tysiączkach będą wkrótce po zabudowanym jeździć z takimi prędkościami jak maxiskutery, a poza też niewiele szybciej... jeśli mają trochę pomyślunku.

    Takie więc mam po tej podróży przemyślenia. I pragnę zaznaczyć - ja nie racjonalizuje teraz wam ani sobie sensu mniejszych pojemności, czy maxiskuterów. Nie. Dlatego wtedy zjechałem byrgmana 4oo rok temu, bo średnio mi się na nim jeździło  - a dla mnie radość z jazdy jest wartością kluczową, a prawda wobec czytelnika - podstawą.

     Jeżeli więc tą radość da się ją uzyskać mniejszym kosztem, na tańszym, ale przez to nowszym sprzęcie, do tego przez jego charakter bezpieczniej dla zdrowia i prawka, a także wygodniej... to czyż nie było by  tak idealnie, panowie i panie?

Komentarze : 5
2020-03-26 10:02:27 gregor1365

Ten teges.
Jadąc swoją szosówką spotkałem takiego dzika na ścieżce rowerowej na czerwonym. Widziałem wcześniej taką hulajnogę na postoju, ciężka, masywna , hamulce- a jak tarczowe. Jak już poszło zielone, koleś dał w palnik, to nie mogłem go dojść a taki cienki to nie jestem na rowerku. Ile mogłem utrzymywać 40/h z takim dzikusem jak nogawki jego spodni wesoło trzepocząc na wietrze nabijały się ze mnie aż do wkurwu? A i tak odchodził.
Do takiego samego wkurwu jak notorycznie obecne na ścieżkach rowerowych: pieski na smyczy albo bez, pijacy, debile ze słuchawkami w uszach zapatrzeni w smartfon, niepełnosprytni umysłowo bez formalnego zaświadczenia o wrodzonym kretyniźmie, młodzi adepci sztuki nijakiej którzy na zwrócenie im uwagi żeby zeszli na chodnik reagują agresją że aż strach się bać.
Kompletnie nie wkurwiają mnie osoby starsze i małe dzieci.
Chodnik to alternatywa dla hulajnogi czy rowera i jak brak komuś podstawowej wyobraźni, to przydzwoni gdziekolwiek tylko poniesie go jego zwariowane koło nieważne ile ma cali.
Na wszystko wpływu nie mamy, ale bez wyobraźni ani rusz.
Narka.

2020-03-25 17:55:22 jazda na kuli

Napięty - dzięki za wizyty i komcia, rzeczywiście biorę na klatę jazdę po chodniku, gdzie ja w prawo a babcia z laską też w prawo, bo nie nadąża odczytać moich intencji - nie było to zbytnio odpowidzialne z mojej strony. zatrzymam się jeszcze na chwilę przy określeniu "napięty koleś na litrze" bo jest to temat ciekawy. otóż wiadomo, że nie każdy użytkownik sportowego tysiączka jest napięty, natomiast z moich obeserwacji wynika, że właśnie w tej grupie odsetek takich postaw jest stosunkowo wysoki. zwłaszcza wśród młodziaków, ale .. każdy był kiedyś młody ;)
pozdrowienia

2020-03-23 23:59:18 Napiety koles na lytrze

Przeczytalem, koncowka bardzo moralizujaca - nawet dosc mocno. Ty doszedles to tych wnioskow zapier...jac wczesniej "ile fabryka dala", teraz czerpiesz przyjemnosc z wolniejszej jazdy - ok... Ja mam "lytra"... i wbijam w to, czy to prestiz czy nie. Ale o czym innym - ja "napiety koles" po 40-tce na "lytrze" dziwie sie, ze wsrod ludzi na hulajnodze jedziesz prawie 30km/h i tu jest luzik, a nawet powod do pochwalenia sie "sporymi emocjami" Czyimi? Pieszych, czy Twoich? I nie, nie przestane czytac Twojego bloga. Pozdrawiam

2020-03-21 18:59:36 jazda na kuli

gregor1365 - raz jak zostawiłem auto na serwis to dostałem na ten czas elektryczną hulajnogę, jej prędkość maxymalna to było 28km/h. ale jazda po chodniku z taką predkością między pieszymi dawała rzeczywiście sporo emocji. 45 na takim sprzęcie no to już nieźle musi dawać czadu. pozdrowionka

2020-03-17 16:59:21 gregor1365

Siemka, moim zdaniem proces który opisałeś lepiej nazwać świadomym dojrzewaniem. Starzenie się źle mi się kojarzy. Z wiekiem przychodzi w końcu moment, że jak już się wyszumisz to później na spokojnie innym świeżym spojrzeniem patrzysz na dotychczasowe tematy.
Jak zwykle skłoniłeś mnie do refleksji na temat własnych doświadczeń z motocyklami, które są diametralnie inne. Późno zacząłem przygodę, jak kupiłem Zetkę miałem już 38 lat na karku. Nigdy nie czułem parcia na popisy, zapierdalanie za wszelką cenę, lansowanie się za pomocą motocykla pijąc kawę na płycie rynku gdy na dziennym liczniku 20 przejechanych kilometrów. Zawsze uciekam za miasto.
Z czasem przybyła Jamaszka i teraz ta mała Moturbrynka. Prędkość i adrenalina mają znaczenie, ale jak mózgownica ich naprawdę potrzebuje. Pisałem już kiedyś, że moja jazda szarpana jest i w najbliższym czasie niewiele się zmieni. Obowiązki rodzinne determinują czas przeznaczony na zabawę w latanie. A że czasu jak zwykle mało, to szukam emocji ale bez napinki, dlatego nadal na Zetce dostaję kociego rozumu ale tam gdzie można. Jamaszka daje błogi spokój, jak uruchomię Motorynkę to sam jestem ciekaw co poczuję.
Pozostając w kwestii 2 kółek, jedyny pojazd jakiego brakuje w stajni to hulajnoga elektryczna, taka z fajnym jebnięciem, myślę że około 45 km/h w zupełności by wystarczyło. Żaden inny pojazd w mieście nie pozwoli osiągnąć takiej mobilności. Dojazd do pracy, czy z dzieciakiem do szkoły jest pewnie śmiesznie prosty z takim urządzeniem, które poza ceną zakupu oferuje prawie darmową jazdę, choć nie wiem jak w praktyce wygląda żywotność baterii, pewnie na kilka sezonów wystarczy.
To tyle.
Fajny tekst Adaś i jak zwykle przyjemnie się czyta.
Pozdrawiam.

  • Dodaj komentarz