Najnowsze komentarze
Dzięki Panowie. Fajnie by było pra...
Powinieneś pracować w salonie. To ...
Doskonale opisałeś odczucia z jazd...
Dziabong1 do: szybowiec i indianin
Dlatego fajnie ze mamy wujowo dług...
U mnie przejście od płomiennej pas...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

03.09.2017 10:54

szybowiec i indianin

 

 

     Mój ostatni wpis, był w pewien sposob wpisem przełomu. Jak wiecie, dalej będe relacjonował w jakim kierunku zmierza motocyklizm i nie zamierzam owijać gówna w złoty papierek bo tak wypada, tylko pisać, jak jest. Ucieszyło mnie, że w komentarzach przedstawiono podobne odczucia - być może jest tak, że czasem próbujemy jeździć za dużo i za wszelką cenę, a to potem odbija się czkawką, którą próbujemy negować. 

    Nie ma jednak co dramatyzować. W życiu bywa tak, że często rzeczy wyglądają inaczej rano, a zupełnie inaczej wieczorem. Uznałem więc, że mój chwilowy okres zwątpienia bierze się po prostu z przekształcania. Z przekształcania się płomiennej, bezlitośnie angażującej pasji, w spokojną i zdrową zajawkę. Pozbawioną zbędnych ciśnień, realizowaną w stosownym czasie i warunkach. Bowiem jak to mawia mój szwagier, w życiu na wszystko powinien być czas.

    Co do tras, o których wspominałem, obie odbyliśmy z powodzeniem. Pierwsza z nich wiodła na północ przez Kielce, Radom i w okolice Opoczna, a z powrotem przez Piotrków i Częstochowę. Łącznie z wizytą w Bielsku (o której zaraz więcej opowiem) wyniosła 770 kilometrów. Mimo wysokiej, teoretycznie fantastycznej temperatury, była trudniejszą trasą od tej wczorajszej. Bo przy kieleckim rynku zaczeła się ulewa, która trwała aż po opłotki Radomia. Zdążyliśmy w miarę na sucho założyć kondony pod drzewem i kontynuowaliśmy podróz. W sumie, to nie było tak źle. Kiedy człowiek zaakceptuje już fakt, że jego czyściutki motocykl został sprofanowany przez błoto i wodę, i przywyknie do zalewanego kroplami wizjera w kasku, całkiem normalnie się jeździ. Bałem się jedynie o swoje stare opony, które mimo resztek bieżnika, tańczyły jak gwiazdy na lodzie. Natomiast wracając, napotkaliśmy na wiatr o sile rażenia, jakiej jeszcze nigdy na motocyklu nie doświadczyłem. Wykręciło mi dwie śrubki z deflektora, poluzowało płyte pod kufrem i raz nieomal zwiało rollbag z grilla. Mimo słońca i 25ciu stopni naubieraliśmy wszystko co mieliśmy ze sobą, a i tak wiatr wciskał się wkurzająco pod kołnierz i ciężko było przekroczyć 110 na godzinę. Podróż więc wymagająca technicznie, z lepszymi i gorszymi momentami, nie pozostawiająca jednoznacznie przyjemnych wspomnień.

    Wczorajsza trasa, wiązała się z bezpośrednio z moim prezentem urodzinowym od rodzinki, którym był voucher na widokowy lot szybowcem, nad zamkiem Książ. Skakałem już kiedyś na bungee i ze spadochronem w tandemie, więc wybór prezentu wydaje się słuszny i był trafiony. Na marginesie dodam, że nie jestem obecnie jakimś szczególnym maniakiem wyczynów z pogranicza sportów ekstremalnych. Moje skoki, brały się głównie z tego, że mam po prostu lęk wysokości i jako młodziak reagowałem na wiele rzeczy w stylu : co kurwa, ja nie skoczę? Zresztą, dotyczy to nie tylko skoków, jak pewnie u wielu z Was. Jak się czasem zastanowię nad motywami swoich różnych dziwnych akcji w przeszłości, to aż trudno uwierzyć, jakie pierdoły kiedyś miały dla człowieka znaczenie, determinując jego działania.

     Wyjechaliśmy mimo mokrych ulic, o godzinie 11tej, przy termometrze wskazującym 12 stopni celsjusza. Na A4'ce było już sucho, ale troszkę wiało. Na lotnisko ( a w zasadzie lądowisko ) w Świebodzicach dotarliśmy z dwoma postojami na jedzenie i tankowanie. Na niebie wisiały ciężkie chmury, ale ani jedna zabłąkana kropla deszczu nie spadła na motocykl, przez calutki dzień, chociaż byłem niemal pewien, że będzie inaczej. Jechałem wyluzowany, a mój spokój wynikał po trochu z tego, że nasz Tygrysek był ubłocony po poprzednim wyjeździe. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że brud i niechlujstwo wyzwoliło mnie od stresu i niewoli pewnego założonego wizerunku, dało spokój poszerzający możliwości. Ciekawe, nie? Sam lot przebiegł szybko i sprawnie, bez żadnego szkolenia, zbędnych dokumentów i podpisywaniu papierów, że nie będę miał pretensji do firmy jak zginę.

     Co mogę powiedzieć o samym locie? Dostałem spadochron i posadzono mnie z przodu, pilot siedział z tyłu. Lot był bardzo spokojny i wszystko trwało jakieś pół godziny. Miejsca w kabinie jest dosyć niewiele, a nad głową zamykają nam bańkę z pleksy. Jest wolant, są zegary i jakieś pedały a żadnego z tych urządzeń nie należy dotykać. Oprócz krępujących szelek spadochrona, przypieli mnie tak ciasno pasami do miniaturowego siedzonka, że nie umiałem wyciągnąć telefonu z kieszeni. Z takich bardziej emocjonujących momentów wyróżniam odpięcie linki od samolotu. Słychać glośny trzask, szybowiec nurkuje wtedy gwałtownie przez chwilkę, samolot holujący znika z pola widzenia, robi się ciszej i troszkę jakby niepewnie. Drugi taki motyw miał miejsce, kiedy pilot nakręcał nad lądowiskiem gwałtownie zmniejszając wysokość. Chwilowe wrażenie spadania spowodowało, że poczułem w gardle kotleta i kawę z przydrożnej knajpy i oblałem się zimnym potem.  A tak, to widoki ekstra, o wiele bardziej podobał mi się pejzaż leżących w dole miast i wrocławskie Sky Tower z jednej strony i Czechy z drugiej, niż widok zamku Książ z góry. Lądowanie wyglądało nieco groźnie, trawnik przybliżał się z dużą prędkością, ale szybowiec grzmotnął weń dosyć płynnie i łagodnie. Potem sholowano nas z powrotem jednym z dwóch zdezelowanych Seicent 1,1 bez tablic rejestracyjnych. Kiedy spytałem pilota o ich ciężką służbę (targały po nierównej trawie ponad pół tony) odparł w te słowa: wie pan,  mieliśmy tu już corsy i fiesty, ale wszystko popadało...a fiaciki cały czas jeżdżą.

     Co do zamku, ja byłem tam parenaście lat temu, a Aga w ogóle, więc po locie i zwiedzeniu rynku w Świebodzicach pojechaliśmy na zamek. Takie zatłoczone zamki średnio mi się podobają, wole opuszczone ruiny i tym razem miałem podobne odczucia, chociaz obiekt, jakby nie patrzeć monumentalny. Większą niespodzianką okazała się jednak starówka świdnicka, do której zajechaliśmy po trasie na Wrocław, bo nigdy wcześniej tam nie byliśmy. Bardzo fajna i klimatyczna, chciało by się zostać dłużej, ale czas gonił. W drodze powrotnej wiatr zupełnie się uspokoił i wracaliśmy komfortowo z prędkościami przelotowymi rzędu 150-170km/h.

    Wyjazdy te, wykonane tydzień w tydzień obnażyły bezsens tak zwanego kultu sezonu motocyklowego, wakacji i słońca. Wczoraj temperatura nie przekroczyła 18tu stopni i było mroczno jak w Mordorze, a jechało się o niebo lepiej niż w zeszłą niedzielę, ze słoneczkiem i bezchmurnym nieboskłonem nad nami.

    Nie ma więc co czynić założeń i bezkrytycznie patrzeć w portale prognozowe. Do skutecznego motocyklowania potrzeba wolnego czasu, rezygnacji z pośpiechu, przygotowania sprzętowego i dobrego humoru wynikłego z wiedzy - że co ma być to będzie, a kijem Wisły nie zawrócisz. Nie ważne bowiem co się dzieje, ważne jak do tego podchodzisz. Dla mnie motocykl w tych ostatnich wyjazdach nabrał wymiaru czysto praktycznego i bardzo mi się to podobało. Trzeba było pojechać w te miejsca, a za bardzo nie było czym - w moim gracie wyszły badania techniczne i gdyby nie motor, musiałbym pożyczyć jakąś furę, a ja nie za bardzo lubię pożyczać drogie przedmioty, czy też prosić się o pomoc.

     Na koniec taka mała wisieńka. Otóż następny mój tekst, będzie testem motocykla, a zarazem też luźnym spojrzeniem na filozofię chopper/cruiser. Testem motocykla nietuzinkowego, przedstawiciela odradzającej się, kultowej w pewnych kręgach marki Indian. Udałem się na jazdę do salonu w Bielsku, przyciągnięty jedynie znaczkiem Indian i głową Wodza na baku i przekonany, że przejadę się chwilkę kolejnym trzęsącym się harlejowatym - a wróciłem zdumiony tym, jak może jeździć ten motocykl. Test będzie dosyć obszerny, niewykluczone wiec, że podzielę go na dwie części - filozoficzne wprowadzenie i wrażenia z jazdy. Tymczasem -  HOWGH!

Komentarze : 4
2017-09-05 01:08:40 Dziabong1

Dlatego fajnie ze mamy wujowo długa jesień i zimę. Zawsze na wiosnę jest ten pierwszy raz i szansa na ponowne zakochanie.
Z drugiej strony wróciłem właśnie z wakacji na południu Europy i ludziska traktuja tam moto jako pojazd użytkowy i pier...ola cały ten 'bezpieczny' ekwipunek godny rycerza i północno europejska ideologię o pasji itp. Sezon mają cały rok i jezdza na pizdzikach czy r1 w klapkach. Trochę im zazdroszczę bo ten wiatr we włosach to jest kurna przyjemny, a mi jak jadę do roboty to się nie chce na samą myśl ile czasu musze sie szykować.
W skrócie moto to jak każda przyjemnosc może się znudzić i z wiekiem ewoluuje.

2017-09-04 16:39:51 ptwr2

U mnie przejście od płomiennej pasji do zdrowej zajawki odbyło się właśnie w momencie zamiany skrzydeł na dwa koła. Też się przechyla na zakrętach, żeby skręcić w lewo też trzeba popchnąć ten lewy (tylko że ręką, a nie nogą), ale praktyczność jest o niebo większa. Zwłaszcza jak można schować łupy do "zbiornika paliwa" :P (czego w skrytości zazdroszczę) Nagle głupie i do bólu prozaiczne odebranie papierowej wersji e-maila w lokalnej placówce Poczty Polskiej, urasta do rangi imprezy w jednej z miejscówek opisanych w przełomowym dziele "O obrotach sfer niebieskich". I gdyby tylko Kopernik była kobietą, aż chciałoby się zakrzyknąć, podchodząc do czekającej na chodniku mechanicznej konstelacji części zamiennych i akcesoriów: "to mały ruch manetką dla motocyklisty, ale wielkie wheelie dla motocyklizmu!". Kask, który zastąpi ten rozbity (Houston, mieliśmy mały problem), ponownie będzie biały; tylko gdzie dostanę do niego złotą szybkę i naklejkę NASA? Niektórzy zastanawiają się, dlaczego pcham się w deszcz i zimno, uzbrojony wyłącznie w kosmiczny skafander, podczas gdy czterokołowe Sojuzy są wygodniejsze. Właśnie dlatego :)

2017-09-04 13:29:58 vilip

Zgadza się. Jak mam coś do załatwienia przed albo po pracy, to motywacja wyjazdu w kasku rośnie proporcjonalnie :-)

2017-09-04 09:51:32 DominikNC

Przyjemnie jest pojechać na male zakupy, albo coś załatwić motocyklem, zamiast samochodem. Takie praktyczne wykorzystanie powoduje, ze motocykl przestaje być zabawka, a motocyklista przestaje być ...dzieckiem? Pozdrawiam!

  • Dodaj komentarz