Najnowsze komentarze
też mam takie odczucia, im jestem ...
Pomysł na podbój rynku świetny. Ta...
cebula 500 do: upadek komina
Miałem podobnie dopóki nie kupiłem...
Mam takie same opony w Hondzie. Wy...
Marcin Jan ciekawe spostrzeżenia. ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

02.08.2017 18:47

techniki dwukołowego szaleństwa

LUŹNE DYWAGACJE NAD CZASU UPŁYWEM I JAZDY TECHNIKAMI

 

 

    Jeden kumpel, który jeździ od niedawna, pyta się mnie ostatnio jak ja pokonuje zakręty. Przyznam, że nie wiedziałem na początku, co mam mu odpowiedzieć.

    - No normalnie - mówię mu.

    - Ale jak normalnie ? - pyta on.

    - Jadę prosto, a potem skręcam - zaczynam się niecierpliwić - żeby się fajnie złożyć i przy okazji nie wyjebać.

    - No to ale z jaką prędkością wyjeżdżasz w taki zakręt ? - dopytuje on.

    - Jak kurwa z jaką ? W każdy z inną, przecież każdy winkiel jest inny, na litość boską.

    Ta rozmowa uświadomiła mi jednak, że nie wiem za bardzo,  jak ja tak dokładnie, pokonuje te swoje zakręty. Że nie mam żadnej przemyślanej i celowo wdrażanej techniki. Nie czytałem specjalnie żadnych poradników, nie oglądam w skupieniu treningowych materiałów. Pamiętam tylko, że jak zacząłem jeździć na motocyklu, to postanowiłem sobie, że nie będę się niczego uczył na siłę, ani niczego przyspieszał. Miałem już sporo doświadczeń w kolarstwie górskim i spokojnie sobie jeździłem na swoim pierwszym motocyklu, czekając, aż umiejętność same do mnie przyjdą. Ta technika okazała się jak mniemam słuszna - wciąż jestem w jednym kawałku i nie uszkodziłem jeszcze żadnego ze swoich motocykli.

    Postanowiłem więc sprawdzić, jak to jest u mnie z tymi zakrętami. Wyjechałem pewnego chłodnego wieczoru nastawiony sportowo-bojowo i udałem się na swoje ulubione winkle w najbliższej okolicy. Postanowiłem przyobserwować samego siebie z ukrycia i poczynić w głowie odpowiednie notatki.

    Tiger 800 XR jest motocyklem, którym można efektywnie pokonywać zakręty - jak na takiego kloca. Jest dosyć sztywny w swojej klasie, i nie ma w nim mowy o zbytnim bujaniu zawiasami,  czy nadmiernej nerwowości podwozia. Silnik też pozwala na małe co nieco, a cała konstrukcja na stalowej ramie jest stabilna i prowadzi się pewnie.

    Rozluźniłem się zatem i pojechałem tak, jak zwykle jeżdżę. Po godzinie atakowania ramp dojazdowych przy autostradzie i średnicówce, wiedziałem już, jak mógłbym precyzyjniej odpowiedzieć na pytania mojego koleżki. 

    Otóż okazało się, że najeżdżam na zakręt z dużą prędkością, którą nawet przed nim specjalnie zwiększam i dojeżdżając doń nie hamuje. Zwykle redukuje biegi ze zwyczajowym międzygazem i w ten sposób wytracam prędkość tuż przez samym winklem, czy nawet już na jego początku, uzyskując moim mniemaniu jej wartość pożądaną. Atakuje zakręty przeważnie od osi jezdni, a potem ściskam tor jazdy do wewnętrznej. Pochylanie motocykla, sam ruch to inicjujący, to "pierwsze" złożenie, wykonuje delikatnie,  badając, czy motocykl dokonał już wstępnego "wklejenia" się w zakręt (nie dotyczy to sytuacji szybkich, naprzemiennych winkielków, w które staram się rzucać jak dzik w żołędzie). Kiedy już czuję, że moto jest złożone i jakby to powiedzieć "klei" się w asfalt, a zawiecha jakby się "ścisnęła", zaczynam pracować gazem i w ten sposób zwiększam prędkość z jaką pokonuje winkla. Wiadomo, im szybciej jedzie motocykl, tym bardziej można go pochylić w kierunku matki ziemi. Najbardziej lubię właśnie te momenty, kiedy jestem powiedzmy w środku zakrętu, czuję, że motor fajnie się trzyma, a ja zaczynam coraz bardziej odkrecać, pochylając go jeszcze bardziej. Środek zakrętu i wyjście z niego sprawia mi najwięcej radochy. Kiedy odnajduję, że jest naprawdę nieźle, przesuwam się na siedzeniu próbując zwiesić z motocykla, opierając się o siedzenie udem, i lekko odchylając kolano w kierunku asfaltu, jednocześnie dociskając podnóżek po drugiej stronie motocykla. Kierownicę trzymam dosyć luźno w dłoniach i patrzę się nie pod koło,  tylko w dal zakrętu. Kiedy jest ślepy, to zwalniam i przejeżdżam na zewnętrzną stronę skąd trochę bardziej w jego głąb. Ślepym zakrętom nie ufam z automatu.

    Obserwując swoją jazdę poczyniłem też parę innych ciekawych spostrzeżeń. Musze mieć poważne braki w technice, bo na przykład w niektórych zakrętach, pochylam sylwetkę  jakby do wewnętrznej, w stronę złożenia, czyli się kładę, a na innych czasami coś jakbym się odchylał przeciwnie do przechyłu motocykla. Nie wiem od czego to zależy, jednak wygląda na to, że częściej odchylam się na bardzo ciasnych winklach pokonywanych wolniej, dopycham wtedy motocykl rękami do ziemi, jakby próbując wbić, wgnieść go w asfalt, próbując zwalczyć w ten sposób działanie siły odśrodkowej. Nie mam pojęcia, o zawiłościach technicznych takiego postępowania, ale gdzieś tam z tyłu głowy mam podejrzenie, że są to reminiscencje z czasów freeride'u rowerowego, kiedy to pikowałem w dół zboczy, na śmierć i życie po ciasnych, górskich, kamienistych szlakach.

    Tak czy siak, przydało by mi się jakieś solidne szkolenie na torze i jak się uda, to w przyszłym roku może się na takie wybiorę. Mam też parę dyżurnych lęków, jak na przykład strach przed zanieczyszczeniami z samochodów, które przeważnie brudzą asfalt na środku pasa i to głównie w łukach, tam gdzie pogniecione miski olejowe dostają przechyłów, zmuszając mnie tym samym do wzmożonej uwagi i jazdy po suchych skrajach ulicy, co zwykle zaburza plan i koncentrację potrzebne na efektowne pokonanie zakrętu. Często obawiam się też,  że zje mnie rutyna, zamyśle się nad jakąś pierdołą, gapiąc pusto w dal i nie zmieszczę w zakręcie. To spowodowało, że wziąłem sobie do serca maksymę, która gdzieś, kiedyś usłyszałem - "na drogach publicznych jedź na 80% swoich umiejętności" i dołączyłem ją do innych ulubionych, takich jak - "nie ufaj kurwa nikomu", czy "nie widzisz - nie jedziesz (czyli jedziesz wolno i ostrożnie)".

     Ale o co chodzi z tym wpisem - nie tylko o zakręty, ale też trochę o technikę jazdy, w ogóle. Dawno temu już zauważyłem, że bardzo rzadko hamuje, wręcz unikam dotykania klamki, czy dźwigni jak tylko mogę. Podczas jazdy po mieście, jest bardzo podobnie. Uwielbiam redukcje i hamowanie silnikiem. Nie wiem, być może dlatego, aby wywołać te wspaniałe wystrzały z Leosia, które na zejściu z obrotów funduje mi mój motocykl. Fajnie tak dolatywać sobie do świateł redukując w akompaniamencie soczystych detonacji.

    Tak na poważnie, po tym wszystkim uzmyslowiłem sobie, że jeszcze ani razu , w żadnym swoim motocyklu nie wymieniałem klocków hamulcowych, a opony również wytrzymują u mnie podejrzanie długo. Normą jest, że przód spokojnie przeżyje dwa tyły. Podczas niedawnego przeglądu Tiger'a,  zgłosiłem potrzebę wymiany tylnych okładzin, bo wydały mi się podejrzanie cieńkie, jednak wymienione nie zostały - podobno wytrzymają jeszcze 2-3k. Zobaczymy.

    O ile moja jazda po zakrętach wymaga jeszcze sporo pracy, o tyle że swojej jazdy "ogólnej" czytaj ulicznej, jestem jak na razie bardzo zadowolony. Wykształciłem w sobie taki dosyć płynny, a zarazem dynamiczny styl jazdy, który sprawia mi przyjemność dając równe, gwałtowne przyspieszenia i spokojne, przewidywalne na ogół, wytracania prędkości. Nie lubię u innych motocykli, czy puszek, takiej nerwowej, szarpanej jazdy z ciągłym siedzeniem komuś na dupie, raptownymi i nieczytelnymi manewrami, czy brutalnym, niemalże awaryjnym wyhamowywaniem. Stosuje też coś, co w jednym komentarzu opisał ptwr2 - ruchy w poprzek pola widzenia, ale głównie w ich "wstecznej" wersji. Czyli jadąc za puszką, a nie mogąc jej wyprzedzić, zwykle "przeskakuje" z jej lusterka wstecznego wewnętrznego, do osi jezdni pokazując się też w lusterku kierowcy i próbując nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Ogólnie to jeżdżę tylko środkiem swojego pasa, bądź przy osi jezdni, nie wiem, być może wydaje mi się, że łatwiej mi będzie uciec na przeciwny pas ruchu, niż w kierunku pobocza - taki instynkt, który niestety może skończyć się czołówką.

    Sporo jeżdżę też w pracy samochodem, i powiem Wam, że raczej już się nie rozwijam w tej materii. O ile w motocyklu jest jeszcze sporo do nauki, to w autach tak średnio. Nuda. Jak latałem ciężarówami i dostawczakami, jeszcze przed trzydziestką, wtedy byłem w najlepszej formie jako kierowca. Nie chodzi tutaj o to, że byłem lepszy technicznie, chociaż pewnie też -  w mobilku dawno  nie siedziałem, tylko o to, że było we mnie więcej brawury, a mniej poszanowania dla przepisów ruchu drogowego. Mogłem więcej, bo byłem bardziej wolny, a mniej odpowiedzialny. Potrafiłem odjebywać takie manewry, że nieraz włosy dęba moim pasażerom stawały na głowie. Teraz za to, cofam się w rozwoju i wielu rzeczy nie jestem w stanie już zrobić. Boję się głównie o to, żeby nie wymalować jakiegoś przypału, a potem włóczyć się po sądach, czy szpitalach, albo potracić przez to uprawnienia i w rezultacie kieliszek chleba. Proces ten nie jest niczym nowym dla mnie i trwa już od dosyć długiego czasu. Motocykle chwilowo go zaburzyły, ocuciły mdlejące we mnie pokłady dawnej buty motoryzacyjnej. Ale teraz, po tym pierwszym namotocyklowaniu się, afterwyszaleniu, wszystko powoli wraca powoli do normy, i ulega stabilizacji , a zdrowy rozsądek podszyty obawą, w pełni próbuje przejmować kontrolę nad wszystkimi moimi poczynaniami na drogach publicznych. Wiem, wiem - starość, nie radość, młodość nie wieczność.

    Na koniec bardzo bym prosił, żeby nie brać moich opisów pokonywania zakrętów, jako źródła jakiejkolwiek wiedzy i to samo powiedziałem swojemu ziomkowi. Opisałem po prostu jak ja to robię, jak lubię i co najważniejsze nie twierdzę, że tak jest prawidłowo i jestem świadomy swoich braków. Być może rzeczywiście, kiedyś wybiorę się na odpowiednie szkolenia i wyuczę arkan sztuki do porządku, chociaż, aż tak bardzo to mi na tym nie zależy. Domyślacie się pewnie dlaczego. Jeżdżąc frirajdy na góralu lata temu,  cały czas intensywnie się uczyłem, a moje umiejętności rosły.  Skończyło się uszkodzonym kolanem, dwoma kręgami wybitnymi w krzyżu , złamanym nadgarstkiem i stawem skokowym, oraz dziesiątkami pomniejszych ran, a wszystkie te urazy dziwnie wydażały się równomiernie z przyrostem moich skilów. Każdy bowiem zawodowiec od sportów ekstremalnych wam powie, że wraz z przyrostem umiejętności w tych dziedzinach, rośnie też znacznie ryzyko kontuzji. 

     A jakby nie patrzeć, dla większości społeczeństwa motocykle są niczym innym jak sportem ekstremalnym. Wymagającym skupienia i w dużej mierze skrajnie przypadkowym. Ludzie wciąż się dziwią, po co tak ryzykować swoje zdrowie i życie. Nie wiem co im odpowiadać na tak postawione pytanie, ja po prostu lubię jeździć jednośladami - kiedyś jeździłem rowerem, potem skuterem, a teraz motorem i nie widzę sensu w dorabianiu do tego jakiejkolwiek filozofii. Na końcu powiem Wam jeszcze, że cieszę się, że dosyć późno rozpocząłem swoją moto-przygodę, że największe pokłady mojego szaleństwa wziął na siebie góral i samochody. Bo gdybym to, w wieku dwudziestu paru lat kupił sobie swojego pierwszego litra, a nie dziesięć lat później...nie wiem jak by to teraz wyglądało. 

    Może byłbym teraz motocyklistą z większym stażem, a może nie.

Lewa!

Komentarze : 4
2017-08-15 11:38:50 ptwr2

jazda na kuli: A ja im więcej czytam (i potem testuję) tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o znikomej wartości "kursu na kat. A", jak również o niebezpiecznych przemilczeniach w ogólnie polecanych książkach i materiałach edukacyjnych. Ostatnio, z racji dużej ilości wolnego czasu, trafiłem na serię ciekawych artykułów, które ujmują technikę jazdy od innej strony. Przy okazji odkryłem, że autor napisał na ten temat całą książkę, którą zamówiłem i ciekaw jestem, jaka będzie.

Od motolupy można się nauczyć o wiele więcej, niż tylko jak dociążać podnóżek ;)

2017-08-15 09:16:21 jazda na kuli

ptwr2 niechcący sklamałem, że nie czytałem fachowych porad - o dociążaniu zewnętrznego podnóżki przeczytałem na blogu motolupy.
Stefan Kalafior dzięki dla takich komentarzy aż chce się coś tworzyć. Dzieło pozostawione bez jakiejkolwiek reakcji napawa twórcę zwątpieniem

2017-08-12 08:45:54 Stefan Kalafior

Trafiłem na twojego bloga zupełnie przypadkowo chyba szukając opinii na temat Verysa 1000 i tak z ciekawości zacząłem czytać z nastawieniem że zaraz zacznę się śmiać z pseudo mądrości i dobrych rad dla początkujących udzielanych przez mistrza który na każdym zakręcie schodzi na kolano a 200 po mieście to standard a tu niespodzianka.Bardzo fajnie i mądrze napisane i czytam z przyjemnością ,mało tego patrząc na całość zgadzam się w 100%
Pozdro!

2017-08-03 15:11:58 ptwr2

Niechcący samodzielnie odkryłeś technikę pokonywania zakrętów opisywaną w literaturze, jako prawidłowa. Można by dywagować nad drobnymi różnicami w stylu i nazewnictwie, ale sam sposób czy metoda jest ta sama.

Odnośnie pozycji ciała na zakręcie, trzeba zauważyć, że im bardziej pochylisz motor, tym ciaśniej skręci. Jednocześnie im szybciej pojedziesz, tym bardziej wyprostujesz tor jazdy - przy dużej prędkości zwyczajnie nie da się ciasno zawinąć. Idealnie jest, gdy pochylenie potrzebne do zmieszczenia się na jezdni ma taki kąt, który zapewnia zrównoważenie siły grawitacji (ciągnie motor do ziemi) i siły odśrodkowej (prostuje motor).

Ale co zrobić, gdy zakrzywienie drogi jest na tyle duże, że wymusza jednocześnie duży przechył (grawitacja mocno ciągnie w dół) i zmniejszenie prędkości (siła odśrodkowa jest słaba)? Pojawia się tendencja do walenia maszyny do ziemi. Prostując tułów w stronę przeciwną do zakrętu przesuwasz środek ciężkości ciała na zewnątrz, co ma taki efekt jakbyś dał sile odśrodkowej dłuższą dźwignię, na którą ona działa. W rezultacie jest ona w stanie zrównoważyć grawitację (której "dźwignia" jest równocześnie skrócona) i motocykl zachowuje równowagę.

Do tego dochodzi praca gazem, która nawet jest ważniejsza od pozycji ciała, bo ma większy wpływ; trochę gazu robi więcej niż mocne wychylenie. Dodawanie gazu w przechyle prostuje maszynę i to stąd masz uczucie, że musisz wpychać motor rękami do ziemi, żeby utrzymał kąt złożenia. Zauważ, że popychanie rączek kierownicy "w stronę ziemi" w gruncie rzeczy jest przeciwskrętem "do środka zakrętu". Jeżeli zakręt przy idealnym kącie i neutralnej pozycji ciała można nazwać równowagą statyczną, to tutaj masz równowagę dynamiczną: jej utrzymanie wymaga aktywnej i skoordynowanej pracy gazem i kierownicą.

Na szybkich i łagodnych zakrętach, pokonywanych z dużą prędkością, sytuacja jest odwrotna. Małe zakrzywienie zakrętu oznacza małe przechylenie niezbędne do pokonania go, ale siła odśrodkowa wypycha na zewnątrz. Żeby ją zrównoważyć, trzeba dociążyć motor w stronę środka zakrętu - zasada z gazem i kierownicą nadal obowiązuje. Dodatkowe efekty zwieszania się w zakręcie są takie, że koła idą bardziej pionowo (większy zapas przyczepności) oraz poprawia się cała dynamika zespołu człowiek - maszyna.

Ekstremalnie można to zaobserwować np. w MotoGP. Tam w zakrętach maszyny idą lekko bokiem, oba koła wyślizgują się na zewnątrz, zwieszenie pozwala na przytarcie łokcia, a do tego przednie koło jest tak mocno przeciwskręcone, że widać to gołym okiem. Wszystko po to, żeby zrównoważyć siłę odśrodkową w zakręcie o krzywiźnie jak na zwykłej drodze poza obszarem zabudowanym, tylko pokonywanym z prędkością autostradową, oraz ciąg 250 - 260 konnego silnika.

Ja wejście w zakręt czuję tak, że obracam głowę do środka zakrętu, głowa pociąga za sobą tułów, za nim idzie ręka po zewnętrznej, która tym samym automatycznie wykonuje przeciwskręt poprzez pociągnięcie zewnętrznej rączki po czym cały motocykl reaguje płynnym pochyleniem się do zakrętu. Wszystkie kolejne ruchy gładko wynikają jeden z drugiego i czuję, jak motor miękko i precyzyjnie wpasowuje się w zakręt, nawet jeżeli sam moment dobierania kąta jest szybki i zdecydowany.

Jeżeli chodzi o samą wartość prędkości na wejściu, to lubię rzucić okiem na przyrządy.

Wspomnienia z czasów na rowerze są jak najbardziej na miejscu, ponieważ tam kierowanie wychyleniem ciała jest w wiele ważniejsze, niż na motocyklu, ponieważ masz o wiele korzystniejszy stosunek masy ciała do masy pojazdu.

Hamowanie samym silnikiem ma ten minus, że nie zapalasz światła stopu i zwiększasz prawdopodobieństwo, że jakaś jadąca za Tobą gapa nie zorientuje się w porę że zwalniasz i nie wyrobi się ze swoim hamowaniem. Potwór przepięknie strzelał z wydechów, hamowanie silnikiem było fenomenalne i tak sobie to praktykowałem, dopóki nie uświadomiłem sobie pewnych konsekwencji takiej jazdy. W sumie po co sprawdzać przed wyjazdem działanie świateł, skoro potem z nich nie korzystam?

Starałem się unikać jazdy środkiem pasa. Podzielam Twoją obawę, że cały olej rozlewa się właśnie tam. Do tego boki pasa ruchu są ciągle czyszczone kołami samochodów, podczas gdy na środku wszystko zalega nie niepokojone przez nikogo. Ewentualny kamień czy ukruszony asfalt również.

Pozycja przy osi jezdni, to znak dla samochodu przede mną, że będę atakował. Jeżeli nie miałem zamiaru wyprzedzać, to jej nie stosowałem, żeby nie wprowadzać kierowcy w błąd i go nie drażnić. Tak więc przeważnie trzymałem się tej drugiej strony jezdni, przy okazji zgodnie z przepisami ruchu prawostronnego. Zakładanie, że ktoś popatrzy w lusterko, a jak popatrzy, to że zauważy, a jak zauważy to zareaguje po mojej myśli, jest trochę zgubne - za dużo okazji do błędu pod rząd. W imię większego pola widzenia, sferyczne lusterka pomniejszają obiekty. Co to oznacza dla i tak małego motocykla, nie trzeba tłumaczyć. Zresztą obraz w telefonie / nawigacji / tablecie jest ciekawszy, niż w jakimś tam lusterku, prawda?

Teorię i praktykę jazdy poznaję i ćwiczę, żeby mieć większy margines bezpieczeństwa na drodze. Poza tym to jest ciekawe, jak to się dzieje, że motocykl jedzie i skręca. Jak to wszystko razem działa, dlaczego ma taki a nie inny kształt itp. Naturalnie oglądam na Internecie różne przypały, jakieś wyspy Man czy lokalnych herosów. Niepokojąco często mam impuls w głowie, że chciałbym jeździć tak jak oni, tylko że z każdym kolejnym zdjęciem rozbitego w drobny mak motocykla przychodzi otrzeźwienie. Zawodników i kozaków jest wielu i niezależnie od "strat w ludziach i sprzęcie" zawsze jest kogo oglądać. A ja jestem tylko jeden.

  • Dodaj komentarz