Najnowsze komentarze
Majorke uwielbiam, a trasa do Vald...
nie wiem czy zauważyłeś ale u nasz...
Smiac się chce... Kolega pyta czy ...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

24.07.2019 20:17

tiger 800 xr - pierwsza awaria.

tak więc stało się, po 23 tysiącach wspólnych kilometrów tigerek wziął i się popsuł. nieładnie, nieładnie .

 

     W miarę jak posiadam coraz dłużej wspomniany motocykl, to dowiaduję się o nim więcej i więcej, co jest jakby naturalne. Generalnie są trzy takie typowe usterki, które mogą się w nim wydarzyć. Pierwsza to awaria silnika krokowego biegu jałowego, potem urwanie sprężyny cofającej dźwignię zmiany biegów, a także uszkodzenie szczotek rozrusznika. Podczas każdej z nich są duże szanse na powrót na kołach do domu. Wersja xc dodatkowo ma jeszcze problem z rozcentrowywaniem koła przedniego. Innych typowych usterek nie ma, albo wersja mniej optymistyczna - ja jeszcze o nich nie wiem.

    Silnik krokowy w moim tygrysku dał znać o sobie znać już jakiś czas temu, kiedy wyjeżdżaliśmy z agą do wrocławia na jazdę testową hondą cb 500x ad 2019. Tajger odpalił wtedy, po czym natychmiast zgasł, budując nieco napięcie, jak filmowa christine zazdrosna o swojego kierowcę. Stało się tak 3 razy pod rząd. Za czwartym razem popstrykałem killswitch'em, pokombinowałem z sekwencjami i motocykl finalnie ustabilizował się na wolnych obrotach. Pomyślałem wtedy, że to może elektronika po prostu odwaliła jakiegoś przypadkowego przypała, ale gdzieś tam z tyłu głowy pojawiła się myśl o feralnym silniczku krokowym biegu jałowego.

     Całą trasę na dolny śląsk porobiliśmy z agą  elegancko, a i przez następny tysiąc kilo motor jechał bezproblemowo. Jednakże, gdy podczas któregoś tam tankowania sytuacja się powtórzyła, wiedziałem już, że robi się jakaś grubsza kapa. Tamtym razem żadne pstrykanie pstryczkami już nie pomogło i do celu dojechałem na lekko otwartej przepustnicy podczas każdego postoju na luzie. Po ostygnięciu spodziewałem się powrotu do domu w tym samym  nerwowym stylu, jednakże później moto odpaliło normalnie i spokojnie mogłem wrócić na chatę

     Jechałem jednak tak trochę niepewnie, bo widziałem już wtedy o jednym: silniczek ów może się zablokować na dwa sposoby. W jednym trzy cylindry tracą obroty biegu jałowego i gasną, ale w drugim, blokują się na wysokich obrotach, co w zakręcie może nie być  tak z grubsza mówiąc niefajne.

     Najgorsze jednak było w tym wszystkim to, że za dwa tygodnie mieliśmy z koleżką jechać w długi weekend, w końcu na tą kultową chorwację, którą ja osobiście odkładałem już ze dwa razy.

    Wstawiłem więc moto jak najszybciej do serwisu (dojechało normalnie o własnych siłach). Zostało zdiagnozowane dosyć szybko i sprawnie, a silniczek zamówiony jak najszybciej. Część owa nie dotarła jednak na czas i wyprawę byłem zmuszony odwołać.

     Rozpacz mojego ziomka była straszliwa. Aż żal było patrzeć jak się miota, bo miała to być jego pierwsza tak daleka wyprawa na kołach (to znany wam bartek, z którym byłem w alpach, ale  z przyczepką). Cisnął na  mnie strasznie, żebym nie pizdeczkował i odebrał moto oraz pojechał nie naprawionym, no bo przecież nic się pewnie nie stanie i spokojnie damy radę. Było by to jednak trochę  zbyt lekkomyślne jak na moje oko, więc upierałem się twardo przy swoim. Zwłaszcza, że ponad 3 tysięcy kilo planowaliśmy tam zrobić ogółem, a to tak trochę jest, jak by na to nie patrzeć. Serce jednak krajało się jego krzywdą i zawodem okrutnie, odebrałem więc motor z serwisu na te pięć dni i zaproponowałem inną, krótszą trasę: przez kotlinę kłodzką i drogę stu zakrętów oraz piekielne doły, do czeskiej szwajcarii, a potem na północ do niemiec, do malowniczego miasta miśnia, o którym słyszałem wiele dobrego.

    Serwis jakoś tam  poustawiał mi parametry z poziomu komputera, przez co miałem nadzieję na pomyślny przebieg naszej trasy. Wykupiłem assistance z holowaniem oraz ubezpieczenie zdrowotne i ruszyliśmy wczesnym rankiem, w naszą kolejną wspólną trasę.

    Tutaj słowa uznania dla dzielnego tygryska, który zachował się na wysokim poziomie. Poinformował odpowiednio wcześnie o awarii i pozwolił mimo uszkodzenia, na spokojne przebycie trasy, która wyniosła w sumie ponad 1100 kilometrów. Raz tylko, w jeleniej górze, po zalaniu wachy na bipi odpalił, po czym natychmiast zgasł. Nieomal zsikałem się w majty ze strachu, ale po ponownym uruchomieniu wszystko wróciło do normy. 

     Po powrocie od razu wstawiłem go spowrotem do warsztatu. Silniczek został wymieniony (sam element kosztuje ponad 700zł) wykonano diagnostykę, a także poprosiłem o wymianę oleju i filtra przy okazji. Filtr powietrza był czysty, został więc jedynie profilaktycznie przedmuchany. Na oleju miałem zrobione około 5 tysięcy kilometrów ( interwał dla 800tki to 10k)  i tak jak po poprzedniej wymianie, od razu zauważyłem poprawę w pracy skrzyni biegów. Całość kosztowała mnie 1500 złotych.

    Tu taka ciekawostka - wadliwy silniczek zapycha się brudem i przestaje działać przy różnych przebiegach, od około 20 tysięcy kilometrów wzwyż. Element ten nie jest wytworem triumph'a, to podzespół dostarczony przez japońskiego producenta, firmę keihin. Silniczki wytwarzane obecnie podobno są już poprawione i motocykle po wymianie nie wracają z tym problemem ponownie na serwis. Cóż, zobaczymy, albo jego następny właściciel zobaczy już raczej.

    To tyle jeśli chodzi o pierwszą usterkę tigera 800xr z 2013'go. Motocykl ma obecnie przejechane 45500 kilometrów. Ja nabyłem go, gdy miał 20600. Wymieniłem napęd trzy tysiące temu, klocki z tyłu i nic więcej. Do tego raz komplet nowych opon, które wytrzymają jeszcze jakieś trzy, cztery tysiące. Jak na czwarty sezon użytkowania, to nie mam zbytnio co narzekać, chociaż wiadomo - ta usterka krokowca to zbędna pierdoła, która nie powinna się wydarzyć. 

     Kończąc napiszę jeszcze parę zdań na temat przejechanej przez nas trasy. Mieliśmy po drodzę dwa noclegi, w czeskim mieście deicin i w lubaniu, w polsce, w drodze powrotnej. Pogoda dopisała. Z rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięci, to miasteczko hrensko w szwajcarii czeskiej, oraz okoliczne winkle w parku krajobrazowym, słynne piekielne doły i przepiękne miasto miśnia w niemczech. Podobało mi się także na rynku w kłodzku, gdzie staneliśmy na obiad, a gdzie wcześniej jeszcze nie byłem. Natomiast największym rozczarowaniem moim zdaniem była słynna droga stu zakrętów oraz niemcy w ogóle. Gdybym miał tam mieszkać, to chyba sprzedałbym motocykl i przestał jeździć. Jeden fotoradar na drugim, co chwila zona 30 i wszyscy jadą jak totalne anemie, raczej nie ustępując drogi motocyklom. Po dosyć sprawnym przejeździe przez czechy, gdzie wszyscy nam się rozjeżdżali i na drogach jednojezdniowych dwukierunkowych szedłem spokojnie środkiem między tirami (co ziomek skwitował, że za całokształt tam jazdy powinni mi zabrać prawko na 10 lat) to wjazd do niemiec okazał się swoistą męczarnią. Przy wieczornym piwku w knajpie, postanowiliśmy nawet zgodnie, że nasza noga na moto już tam raczej więcej nie postanie, co pewnie w rzeczywistości okaże się trudne do zrealizowania.

    A chorwacja? Znowu przeszła mi koło nosa, tym razem po raz trzeci. Jednak, co się odwlecze to nie uciecze. Teraz motocykl mam już sprawny, olejek świeży, a napęd nowy. Będe stawał na głowie, żeby odbyć jeszcze w tym roku jakąś daleką trasę. Tak jak marudziłem w poprzednich wpisach, w tygodniu to praktycznie przestałem już zupełnie jeździć, zostały tylko takie bardziej turystyczne wypady weekendowe i jak na razie i przy obecnie posiadanym przeze mnie rodzaju motocykla, ten stan rzeczy już raczej się utrzyma. A używając jakby takiej szerszej analogii do życia ludzkiego w ogóle,  to wygląda to u mnie trochę tak, że w tygodniu to może i wygospodarowałbym po pracy powiedzmy podobną ilość czasu na jazdę motocyklem jak kiedyś. Sęk jednak w tym, że wraz z wiekiem coraz więcej czasu potrzebujemy nie na aktywność, tylko na regenerację. Innymi słowy, aby na drugi dzień pracować z podobną energią i zwlec się koło tej piątej z łóżka, to muszę swoje odleżeć w domciu, pozornie nic nie robiąc, leżąc na kanapie, czy na fotelu przed telewizorkiem. A kiedyś to rzucało się teczkę w kąt, łapało za kask i heja prosto z samochodu służbowego - hop na motocykl.

     Ale jak już wszyscy wiemy.... kiedyś to było. 

Lewa!

 

 

 

 

 

Lewa!

Komentarze : 4
2019-07-29 06:20:50 DominikNC

Niestety, mam już trzeci akumulator. Pierwszy padł po 13 miesiącach, chociaż to była yuasa. Z dnia na dzień zniknęło napięcie. Drugi pojeździł 4 lata i bez ostrzeżenia skończył się w czasie wakacji, na szczęście kilometr od sklepu z akumulatorami. Teraz jeżdżę drugi rok z tym akumulatorem. Ładowanie jest ok, motocykl zapala na dotyk i jeżdżę często, akumulator ma dobre warunki, zawsze jest naładowany, a jednak już dwa padły. Takie są fakty. Pozdrawiam!

2019-07-28 10:07:51 jazda na kuli

Hejka DominikNC! Honda to jest jakość, a jeżeli coś w niej szwankuje, to podzespół innego dostawcy :) ale widzę że padł Ci akum, ja mam jeszcze ori z nalepką vinu fabryczną. Ale z drugiej strony Twój motor jest rok starszy i ma 14 k więcej nalotu, więc możliwe (a raczej pewne), że mój też wkrótce padnie. Kiedy Ty wymieniałeś?

2019-07-25 20:27:13 DominikNC

Cześć! Fajnie, że komentarze znowu działają. Ja piszę z Czech, właśnie wracamy z motowyprawy do Albanii. Po drodze w tamtą stronę była Bośnia i Czarnogóra. Z powrotem przez Chorwacje :) Moja Honda z 2012 roku jeszcze się nie zepsuła, aktualny przebieg 59 tys km. Tylko serwis eksploatacyjny: olej, świece, opony, łańcuch, akumulatory. Pozdrawiam!

2019-07-25 09:31:01 Calmly

Ładną trasę zrobiliście. Wcale nie musiała być to Chorwacja, choć jak wiemy dobrze jest realizować swoje plany czy marzenia.
Początek waszej trasy to mój rewir z przed kilkunastu laty. Miałem przyjemność tamtędy przejeżdżać kilka lat temu, przez drogę stu zakrętów ( gdzie zginął polski kierowca rajdowy Marian Bublewicz) dziewięć razy w ciągu tygodnia. Lubię ten odcinek.
Co do braku energii po robocie coś wiem na ten temat. To brak biofotonow w naszym organizmie. Najlepszą metodą na ich pozyskanie to ruch. Dlatego rowerek po pracy zaliczam dość często :)

  • Dodaj komentarz