Najnowsze komentarze
Marcin Jan do: w trudnym terenie
no to jesteśmy na tym samym etapie...
Fajna opisówka, ciekawe "ćwiczenia...
sylwesterdudi do: w trudnym terenie
hej, ciekaw jestem twoich opinii ...
Dzięki. Rewelacja wpis i akcja. Du...
giejezdzi do zdjęcia: -
Ale ta Tenerka jest ładna, naprawd...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>

03.04.2021 18:14

w trudnym terenie

 

     Luty obiecująco się rozpoczął, a potem pogoda się pogorszyła. Było zimno i wrócił śnieg. Nie ruszałem więc Tenerki nawet jak było parę stopni i nie padało. Znowu sypnęli solą, wiało paskudnie i nie przyjemnie. Postanowiłem więc czekać spokojnie na cieplejsze dni, głównie po to, by nie profanować sobie radości z jeżdżenia na motocyklu. Maszyna stała ponad trzy tygodnie.

     Końcówka marca się poprawiła, a ja zacząłem szwendać się po bezdrożach. Miałem sporo przyobserwowanych bocznych traktów, które to chciałem sprawdzać gdzie prowadzą i tak też próbowałem działać. Szybko okazało się, że nawet w moim rodzinnym mieście jest wiele dróg, które to nie wiem gdzie prowadzą, a odkrywanie ich tajemniczych destynacji daje sporo nowych wrażeń. Wąskie przesmyki pod autostradą, grobla na rozlewisku pokopalnianym, zaniedbany ośrodek wypoczynkowy nad jeziorkiem czy asfaltowa droga nie używana od tak dawna, że wygląda jak ulice w Prypeci, czy Czarnobylu.

     I tak, po tylu latach znów powróciłem do jeżdżenia głównie w około komina. I z refleksją, że po tych śląskich, industrialnych pejzażach to jest się tutaj gdzie pokręcić.

     Do tych eksploracji zaadoptowałem stary plecak, jeszcze z latania po górach na rowerze. Ma wypust na rurkę z h2o, więc stary, zapleśniały bukłak wyrzuciłem i w sklepie sportowym kupiłem sobie nowy. Oprócz tego ubieram sfatygowane buty krosowe six six one, które dostałem w prezencie od kumpla Seby. Seba  lata spędził w motokrosie, ale teraz już jeździ zwykłym nakedem i sporo gratów mu zostało. Buty te mają klamry i są niesamowicie sztywne i wielgachne, co mam nadzieję nie dopuści do ewentualnych urazów stawu skokowego. Minus jest ich taki, że ciężko wrzuca się biegi i dosyć mocno rysują boki motocykla. No i że w razie wu siły nie rozprężone w okolicach kostki mogą pójść wyżej, na kolano.

     Tenerka wymiata poza asfaltem, ale muszę przyznać, że ze względu na swoje gabaryty i masę nie jest idealnym sprzętem dla terenowego nowicjusza, do nauki jazdy po trudnych sekcjach. Ona jest najlepsza, dla kogoś, kto już umie jeździć w terenie. Ja po bezdrożach kręciłem się już mniej lub więcej, przez ostatnie lata, ale wysoka efektywność tej  Yamaszki prowokuje do ciągłego zwiększania poziomu trudności i naginania własnych limitów. A do tego trzeba mieć umiejętności. I właśnie w tym momencie swojego motocyklowania pożałowałem, że nie jeździłem na lżejszych endurakach i to na dodatek lata temu. Myślę, że w rękach doświadczonego krosowca, Tenerka dopiero pokazała by pazury (jak na turystyczne enduro oczywiście). Co ciekawe, kiedy jeździłem po szutrach Tigerem, nie  czułem aż takich  braków w sztuce. Jego możliwości poza asfaltem były dużo skromniejsze, a masa większa - nie pchałem się zatem w trudniejsze fragmenty, cieszyłem się z płaskich, łatwych szuterków i nie czułem braków w sztuce, gdyż nie miałem większych możliwości.

     Szybko więc ustaliłem, że nie umiem jeździć w terenie i z takiej właśnie wiedzy wychodzę bazowo. Wspomnienia z jazd Sebowym Ktm'em 450 SX po torze motokrosowym, czy WR'ką 450 po krzakach, wszystkie szutry na moim Tigerze, czy innych testówkach, wszystko to wyrzucam do śmieci i zaczynam od nowa, od zera. Tamte jazdy traktuje teraz jako epizody, które przejechałem nie mając za bardzo pojęcia o pozycji na motocyklu, pracy zawieszeń, czy pracy gazem. Na wtedy to jakoś wystarczało, ale teraz ...teraz Tenerka chce już ode mnie dużo, dużo więcej.

      Wszystkiego zatem mam zamiar nauczyć się od nowa, jakby pod ten motocykl. Do tego ustaliłem sobie taki limit na którym chciałbym się zatrzymać i nie rozbudzać ambicji pójscia dalej. Ten limit do skuteczna i sprawna jazda po szutrach, lekkich podjazdach, czy trudniejszych zjazdach. Ale bez szaleństw i próby jak największego wyczynu, tylko jazda z założenia krajoznawcza - po prostu sprawne wałęsanie się po bezdrożach i dobre opanowanie motocykla na takim właśnie nie za wysokim, szutrowym levelu.

     I w ten oto sposób, szukając miejsc do nowych eksploracji trafiłem na największe motocyklowo/terenowe wyzwanie swojego życia. Za cel obrałem sobie punkt widokowy na hałdzie Makoszowy, o którym wcześniej to nie wiedziałem nawet, że istnieje. Hałda Makoszowy łączy się z hałdą Sośnica, po której to lata jeździłem na rowerze freeridowym, ale tym razem zaczynałem atak od strony mi wcześniej nie znanej.

     Ten wjazd na Hałdę Makoszowy jest od ulicy Sejmowej, a ponadto droga prowadzi przez szeroki przepust pod autostradą A4 a właściwie pod węzłem Sośnica, będąc bardziej dokładnym. Początkowo miałem lajtowy szuterek, jest dziesięć stopni na plusie, słoneczko fajnie świeci, a wiaterek prawie wcale nie wieje. Wbiłem ten punkt widokowy w navi, żeby zbytnio nie błądzić po zaroślach i telefon sprawnie prowadzi mnie prosto na górę hałdy, której to jak na razie kompletnie nie znam.

    No i zaczęło się. Na hałdach tych jest sporo imprez 4x4, więc większość dróg jest mocno zryta koleinami. Taką też przeoraną drogą próbujemy z Tenerką wjechać na szczyt, do tak zwanego punktu widokowego. Teraz już wiem, że można tam poszukać łagodniejszych podjazdów, ale wtedy nie wiedziałem.

    Przed wjazdem stanąłem chwilę żeby się zastanowić jak to ugryźć i zrekonesansować podłoże. Zrezygnowałem z jazdy środkiem, bo bałem się że jak mnie rzuci to w koleinie na bank braknie mi nogi i leżę. Byłem niepewny i nie rozjeżdżony. Uznałem po raz kolejny swój totalny brak doświadczenia i z pokorą ruszyłem na górę głęboką kolejną wyrytą w ziemi przez dżipy, która po mojej lewej ręce zmieniała się w nasyp. Dla pewności na siedząco i z niewielką prędkością - droga wyglądała na prawdę wrednie.

    Nie było tak żle, ale koleina była tak głęboka, że nie raz trzeba było dźwignąć nogę. Motor zgasł mi ze trzy razy. Oberwałem po rękach i kasku gałęziami jakiś krzaczorów rosnących na nasypie. Nachylenie było spore i nieraz tylna opona drapała w miejscu  po ziemi. Ale finalnie wjechałem na szczyt. 

    Na górze jest palenisko, stół i parę ławek. Roztacza się świetna panorama na autostradę w dole, jakieś jeziorko i ogólnie cały uprzemysłowiony region. Porobiłem parę fotek, po czym ruszyłem dalej na eksplorację całej hałdy. To, że tego dnia ani razu nie położyłem moto zakrawa na jakiś cud, bowiem jeszcze sporo podstępnych pułapek tam na mnie czekało. 

     Szczyt hałdy też jest dość mocno poryty dżipami. Zaschnięte koleiny, doły, zapadliska. Im dłużej jeździłem, tym bardziej czułem jak wiedza przyrasta, taka wiedza podstawowa, czyli np szybka ocena czy dany odcinek pokonać na trójce, czy raczej może na dwójce. Poczułem, że dopiero kontakt z trudniejszym podłożem zaczyna wymagać ode mnie szybkiego przyrostu umiejętności i to takich, które musisz wypracować sam, metodą prób i błędów - obok nie ma instruktora, który powie ci co masz robić. Po swojej stronie miałem tylko takie wyuczone podstawy np że jak motor leci na bok, to trzeba wyjść z tego na gazie.

     Zacząłem kierować motocyklem, szukać najlepszych miejsc przejazdu, wdrażać w jazdę kocie ruchy.

     Wjeżdżałem się.

    Pierwsza gleba by była w piachu, gdzie uciekło mi przednie koło - nie byłem dostatecznie czujny, ale wyratowałem. Druga, a właściwie to chyba z trzy pod rząd przyczaiły się na mnie w zacienionym lasku, gdzie tym razem jechałem wąską górą pomiędzy głębokimi koleinami, wszystko w lepkim błocie. Rzucało mi tyłem raz po raz, droga wiła się i wiodła w dół a ja w mojej ocenie byłem aż w tak kiepskim położeniu, że nawet zatrzymać się bałem, bo prawie półmetrowe doły po obu stronach się rozpościerały a motor chciał się ślizgać jak po lodzie. Opony zalepiło błoto. W momencie dotarło do mnie, że ten odcinek powinienem jechać nie teraz, tylko za powiedzmy dwadzieścia moto godzin spędzonych na nauce lżejszego terenu. Ale udało się - zjechałem na dół.

     No i w końcu doszło do najgroźniejszej sytuacji. Wybrałem sobie dosyć szeroki, długi i stromy zjazd. Zjazd był w miarę równy, bez większych kamoli, więc uznałem, że muszę nim zjechać. Postanowiłem korzystać z doświadczenia rowerowego, gdzie nie raz robiłem dużo gorsze stromizny z tyłkiem tak zawieszonym za rowerem, że aż szorowałem dupą po tylnym kole.

     Zacisnąłem więc zęby, pokonałem lęk i najechałem na zjazd na jedynce, z lekko ugiętymi kolanami, pochylony na stojaka do tyłu. Wszystko było w porządeczku, gdyby nie stało się coś czego kompletnie nie przewidziałem. Mianowicie,  kiedy motor pokonał przełom moja ręka wystąpiła przeciwko mnie jak u Ash'a z Martwgo Zła i na skutek zmiany poziomu szarpnęła za manetkę gazu.

      Nie zdążyłem nawet obsrać się ze strachu. Moto skoczyło do przodu i runęło w dół zbocza ze mną na pokładzie. I nie mówcie teraz, że doświadczenia na rowerach nie przydają się na motocyklu - nie wyglebiłem na tej górze tylko dlatego, że miałem mocno wyrobiony nawyk nie dotykania w takich sytuacjach hamulca przedniego. Depnąłem więc tyłem i skuliłem się jak najdalej od kierownicy. Dlatego,  że wszystko działo się tak szybko, nie zdążyłem wcisnąć sprzęgła i motocykl zgasnął. Wcisnąłem je instynktownie sekundy później, jak zaczął szarpać się i telepać.

      W ciszy zsuwałem się w dół zbocza. Tenera uciekała bokiem raz z lewa raz z prawa. Deptałem tyłem i co chwila odpuszczałem, jak już wydawało się, że moto fiknie bokiem na glebę. Zacząłem mieć jednak nadzieję,  że wyjdę z tego cało, bo byłem już w połowie górki. Najgorsze było jednak to, że zgaszony motor cały czas się rozpędzał, mimo moich prób zwalniania tylnym hamplem.

     Sprzęgło miałem cały czas wciśnięte, ale nie zaryzykowałem odpalenia z pycha. Nacisnąłem więc starter i tak uruchomiłem zsuwającą się w dół Tenerkę. Załapała od razu i od razu ją wysprzęgliłem. Pomoc pierwszego biegu była jak dar z niebios - natychmiast odzyskałem kontrolę, moto zwolniło i złapało pion. Zjechałem na dół a serce waliło mi jak młotem. Jednak silniejsza od tego była radość z pokonania przeszkody, mimo, że pozwoliłem na tak głupi i beznadziejny błąd na samym szczycie wzniesienia.

      Niedługo później wróciłem na asfalty. Na hałdzie byłem może z godzinę, a byłem już dosyć mocno sponiewierany. Wracając straciłem znowu czujność i podczas mielenia dla zabawy tylnym kołem po lużnej, mokrej nawierzchni przesadziłem z entuzjazmem i wpadłem w poślizg, który obrócił mi motocyklem o dziewięćdziesiąt stopni - wyratowała mnie prawa noga w potężnym bucie six six one. I być może to, że miałem już bardzo mało paliwa w baku i szarpnąłem Tenerkę do pionu z dosyć głębokiego przechyłu. Waży swoje, ale nie jest ciężka, jakby to powiedział klasyk.

      Tak mniej więcej wyglądał najtrudniejszy jak na razie mój wypad motocyklem w teren. Mnóstwo emocji. Po godzinie tamtej jazdy, kurtkę, kask i rękawiczki miałem całe mokre od środka, mimo, że było tylko dziesięć stopni. Plery mnie bolały i wypiłem prawie cały bukłak wody mineralnej. Natargałem się też ciężko parę razy, kiedy to jechałem wąską dróżką, a ta nagle zmieniała się w paskudne rozlewisko bez końca, więc w tej ciasnocie wśród drzew i krzaków i nasypów musiałem jakoś obrócić Tenerkę, żeby się z tamtąd wygrzebać. I cieszy mnie to, że radzę sobie z tym motocyklem, nie jest na tyle ciężki żeby nie dało się go awaryjnie wytargać.

      Ale jestem zadowolony. Dzieją się nowe rzeczy. Są nowe wyzwania. Nawet takie niby banalne, jak przejechanie na pełnej petardzie przez rozległe kałuże na drodze, gdzie potem całe nogawki do kolan uwalone w błocie. I te emocje, kiedy wiesz, że jak dasz ciała z daleka od cywilizacji i utkniesz na bezludziu to może być dosyć nieciekawie. Tak, czy owak jest niezła przygoda i to zaledwie parę kilometrów od domu. 

     Lecz  żarty na bok - ten dzień uświadomił mi także dobitnie, że Tenerka waży dwieście kilo, a ja mam prawie  czterdzieści pięć lat na karku. I że na takich hałdach przeważnie nikogo nie ma, więc trzeba cały czas mieć to gdzieś  z tyłu głowy. I podejść do tematu raczej logicznie i na chłodno, niż z dzikim hura-optymizmem.

     Mimo tego mam dalsze plany związane z tą hałdą. Chciałbym dalej poćwiczyć tam jazdę, z naciskiem na wjazdy i zjazdy z tej górki, gdzie zgasła mi Tenerka,  czy na podobne, których tam jest pełno. I na tym chciałbym jak na razie poprzestać z rozwojem swoich umiejętności, jak to już dobrze opanuje, to będzie i tak elegancko jak na taki motocykl i na moje lata.

     A Tenerka? Tenerka jest cała uwalana w żółtym błocie. Mimo przebiegu niewiele ponad 2200km ma rysy na lusterkach i handbarach, oraz porysowane plastiki od sebowych buciorów. Ale mi to nie przeszkadza. Co więcej uważam, że dopiero teraz ten motocykl zaczyna przyzwoicie wyglądać, co dla mnie jest zaletą, gdyż nie muszę go myć, a jedyne o co regularnie dbam to powietrze w kołach i smarowanie łańcucha. Wielki endurak nabiera charakteru. Yamaszka na tych hałdach wybaczyła mi ostatnio dużo błędów, z tego się bardzo cieszę i jestem wdzięczny. W 2017tym byłem dwa razy Tigerem na hałdzie w Łaziskach, raz nawet z Agą, ale tamte wjazdy w porównaniu z ostatnim targaniem na Tenerce to był zaledwie spacer po parku.

      Tymczasem, jak pogoda nam siądzie, to w poniedziałek pojedziemy z Agą pojeździć po Beskidach - przetestujemy w końcu tą kanapę komfort a także jednoramienny deflektor, który kupiłem specjalnie na dalsze trasy. To będzie w sumie pierwsza nasza przejażdżka we dwoje na nowym motocyklu. Sam jestem ciekawy jak wyjdzie to wspólne jeżdżenie, już nie mogę się doczekać.... czy Tenerka rzeczywiście da radę w dwuosobowej turystyce.

Lewa!

Komentarze : 4
2021-04-10 20:56:26 Marcin Jan

no to jesteśmy na tym samym etapie odkrywania bezdroży wokół komina :).
Ja dziś zapuściłem się tu
50.29817802164978, 18.89797460422834
i okazało się że jest tam taki jakby tor crossowy.
No to pojeździłem sobie parę kółeczek tj próbowałem pojeździć bo kompletnie rozłożyły mnie ciasne nawroty w koleinie. No i też przypadkowo odwinięta manetka wystrzeliła moto do przodu czego w ogóle nie planowałem :). Nie mniej wydaje się że to dobre miejsce aby sobie pojeździć technicznie. Mi się zdaje że bez jakiegoś szkolenia ADV to ja się nie przemogę na ostrzejszą jazdę. Powłóczyłem się też odcinkami TET które są niedaleko nas.
BTW Miałem kiedyś taki pomysł jak jeszcze miałem szosowy motocykl aby kupić wówczas sobie jakiegoś crossa. Teraz kurcze bym na AT wymiatał.

2021-04-09 22:39:25 thrillco

Fajna opisówka, ciekawe "ćwiczenia" szczególnie z tym zsuwaniem sie po zboczu. Ja bym sie pewnie zdązył obsrać.

2021-04-04 21:25:00 sylwesterdudi

hej,
ciekaw jestem twoich opinii po przejażdżce we dwoje,
bo w szutrach tenere 700 jest rewelacyjna, zresztą sam o tym wiesz.
pozdrawiam ja zdecydowałem się ana AT ale tenere była tuż tuż

2021-04-04 11:00:18 okularbebe

Dzięki. Rewelacja wpis i akcja. Dużo dzieje się poza asfaltem i jak widać od razu po starcie. Brawo za silne podstawy w sztuce i ratowanie akcji. Zwyczajna koleina ukryta w trawie potrafi sponiewierać, a co dopiero koleina w połączeniu z taką stromizną. No i ta dusza industrialna... Osobiscie jako amator polnych dróg na XT, czekam na więcej treści z takimi szczegółami.

  • Dodaj komentarz